MR DEATH – wiemy, czego szukamy…

Jeśli komuś nie znudziło się jeszcze szwedzkie rzępolenie, nienawidzi melodyjnego szitu w stylu In Flames, lubi punka i wielbi – zgodnie z obowiązującym dzisiaj kodeksem – stare, zamszone granie sprzed dwóch blisko dekad – może z powodzeniem sięgnąć po drugi, pełnometrażowy album pomyleńców ze Sztokholmu. Mr Death swoim debiutem pokazał, że wie, o co chodzi w starej szkole a najnowszym dziełem zmiótł konkurencję jednym, głośnym pierdnięciem. Czyli nagrał płytę niesamowicie stylową, obleśnie brzydką, zadziwiająco brudną i prostą jak cep. A przy tym cholernie punkową w treści i sięgającą do tych korzeni, które są dzisiaj mniej lub bardziej świadomie wielbione przez długowłosych czcicieli czarta. Płyta idealnie pokazująca wszystko to, za co ksiądz z ambony wyklnie. Rzecz jasna, jeśli znajdzie czas między kazaniem a pluciem na Nergala co wespół z diabłem drogie i niewinne dziatki nasze (bo wszystkie dzieci nasze są…) z telewizora straszy. Kilka słów ku pokrzepieniu serc skreślił pan basista – Juck Thullberg…

Na początek zdradź czytelnikom, co wy tam wdychacie, że wychodzą Wam takie surowe, brudne, death’owe rock’n’rolle?!

Można powiedzieć, że składa się na to wiązanka różnych rzeczy. Przede wszystkim jednak chodzi o starego człowieka, takiego jak ja, który nauczył się w kontrolowany sposób pokazywać swoją złość. Prawda jest taka, że muzyka nas nakręca i cały czas zbliżamy się do sedna sprawy. A jednocześnie cały czas doświadczamy tej samej energii, co 15 lat temu. Jesteśmy tak samo sfrustrowani jak nastolatki z początków lat 80 – tych. No i taka właśnie kombinacja tworzy ducha naszego zespołu.

Jestem fanem waszej poprzedniej płyty „Detached From Life”, jednak nowe dzieło poderżnęło mi gardło. To jedno z lepszych, tegorocznych dokonań w temacie starego metalu śmierci, jakie dane było mi słyszeć…

Dzięki, stary… Jestem naprawdę usatysfakcjonowany, bo udało się stworzyć całkiem niezły cios. Zależało nam na płycie, która będzie miała podobnego ducha co nasz debiut a jednocześnie będzie czymś świeżym. W zasadzie ideą Mr Death nie jest granie muzyki old schoolowej, chodzi raczej o powrót do momentu, kiedy metal zaczynał dopiero ewoluować. Niestety, ewoluować w złą stronę, gdzie stracił całą swoją „energię neandertalczyka”. Wszystko wyszło zupełnie nowe, inne riffy, inny kierunek niż na debiucie, także brzmienie to coś bardzo starego, pierwotnego, niosącego ze sobą brudny, szczery klimat koncertowy.

wiemy, czego szukamy...
wiemy, czego szukamy…

Jestem bardzo konserwatywny w moim smaku i to przechodzi także na muzykę. Oczywiście, współcześnie także jest całkiem sporo ciekawych zespołów z mojego punktu widzenia. Zawsze zwracam uwagę na grupy, które ogniskują cechy nadające ich muzyce maksymalną energię. Jeśli coś mnie irytuje współcześnie to fakt, że ktoś może uważać, że jakieś obłąkane riffy, efekty gitarowe, maniakalne tempa i striggeroweane centralki dodają muzyce kopa. Nic bardziej mylnego. Dla przykładu – lubię Black Breath, bo świetnie brzmi, w manierze starego Entombed, tyle, że bardziej punkowo niż ekipa LG Petrova. I to właśnie takie zespoły przywracają mocnej, metalowej muzie należne jej miejsce i cechy…

Możesz zatem krótko opisać muzykę i teksty, jakie wypełniają „Descending Through Ashes”?

Nowy album jest nieco bardziej zróżnicowany od swojego poprzednika. Na „Detached…” kierowaliśmy się raczej na wściekłości, która osiągana była wszystkimi kanałami. Co ciekawe, nowa płyta w zasadzie skupia się na tym samym, tyle, że czyni to w bardziej ciekawy, zróżnicowany sposób. Po prostu, teraz mamy więcej środków wyrazu i możliwości, by pokazać esencję Mr. Death. Teksty są… też bardziej ekstremalne, jeszcze bardziej odwołujące się do armagedonu, myślę, że idealnie współgrają z dźwiękiem, malują pewien, mało wesoły, ponury obraz.

Wspomniałeś już o dźwięku, jaki udało się wam stworzyć na nowej płycie. Ja dodam tylko, że brzmienie „Descending…” mnie zmiażdżyło. Te surowe, łamiące uderzenia perkusji, gitarowe, zasyfione riffy to jest to! Echa Dismember czy Entombed unoszące się w powietrzu… Kurde, jakich wy instrumentów używacie podczas nagrań?!

Używamy raczej standardowego sprzętu. . Sześciostrunowe Gibsony, bębny Pearl, ja z kolei gram na standardowej gitarze Rickenbacker. Jeśli mówimy już o instrumentach strunowych, to ważne jest znalezienie i wypieszczenie odpowiedniego brzmienia, które będzie utożsamiane z danym zespołem. I tu nie ma znaczenia jakiego sprzętu używasz, tylko raczej czy wiesz, czego tak naprawdę szukasz. Nie trzeba mieć niczego nadzwyczajnego, żeby osiągnąć to, co się chce usłyszeć. Brzmienie jest w głowie…

Idąc dalej tym tropem – jak przebiegały prace w studiu nagraniowym?

Nagrywaliśmy płytę w dwóch różnych studiach – Grondal i Riddarborgen, podczas dyskusji w zespole wybraliśmy właśnie producenta Karla-Daniela Lidena. To doskonały inżynier dźwięku a przy tym także muzyk, co ma duże znaczenie. To gość, któremu mogliśmy zaufać, jednocześnie on lubi pracować w obydwu wybranych studiach i to także ułatwiło pracę. Sprzęt w tych miejscach jest dokładnie taki, jakiego potrzebowaliśmy. Żadnych efektów specjalnych, wszystko naturalne, grane z mikrofonów. Idealna opcja…

No to wszystko brzmi bardzo poważnie, że tak powiem – profesjonalnie… Nie było żadnych „fakapów” podczas nagrywek i zabawnych wpadek?

Zabawnych to może nie, ale wkurzających na pewno. Chociażby kwestia mojej gry. Ja bardzo mocno atakuję struny mojego basu, dlatego w studiu podczas nagrywek musiałem się hamować, żeby wydobyć odpowiednie brzmienie. Niestety, używam dość miękkich i cichych strun i wg Karla nie były one wystarczające do tych nagrań. Chcieliśmy osiągnąć koncertowe, surowe i potwornie ciężkie brzmienie. W efekcie rwałem przynajmniej jedną strunę na numer. Zniszczyłem trzy głośniki w moich kolumnach, ale w końcu to się opłaciło, bo brzmienie tej płyty jest autentycznie bliskie ideału takiej prawdziwej, starej death metalowej płyty.

Słuchając waszych dokonań, wciąż mam wrażenie, że poszukujecie swojego miejsca na ziemi i że to dopiero kokon, z którego wyjdzie prawdziwy – stalowy – motyl, mylę się?

Tak naprawdę to nie wiem, co o tym sądzić, ale mam nadzieję, że się mylisz. Myślę, że stała ewolucja to nic złego. Ciągle się czegoś uczymy i zmieniamy nasze podejście do muzyki. Cały czas wnosimy coś nowego do muzycznej sceny. Poza tym – jeśli przestajesz się zmieniać, poszukiwać, to zaczynasz być nudny a to już w przypadku muzyki straszna sprawa. Chciałbyś usłyszeć naszą kolejną płytę i stwierdzić, że nic się nie zmieniliśmy? Chyba nie, przecież czekamy na nowe płyty naszych ulubionych zespołów z nadzieją, że pokażą znowu coś ciekawego i zaskakującego.

Dla takiego zespołu jak Mr Death scena jest chyba najlepszym miejscem do pokazania pełni swoich możliwości – opowiedz trochę o tej stronie aktywności?

Graliśmy z różnymi zespołami min Grave, Nifelheim, Insision, Thorture Division, Crusifyre, Nirvana 2002 i wieloma innymi. Nie pamiętam też, żebyśmy świadomie zagrali jakiś strasznie gówniany koncert. Owszem, zdarzało się nam grać w autentycznie zawszonych klubach. np. w Vasteras w Szwecji, jednak zawsze, jak miejsce było złe, to koncert był udany, albo szalona, zajebista publiczność sprawiała nam niespodziankę. Zawsze trzeba patrzeć na te pozytywne aspekty. Graliśmy też gigi, które zachowały się w mojej głowie jako znakomite pod każdym względem. Najważniejsze jest to, że każdy koncert jest unikatowy, w każdym miejscu publiczność chce, żeby występ danego zespołu był dla nich czymś wyjątkowym i nie ma usprawiedliwienia, że akurat w danym dniu mamy gorszą formę lub nie podoba nam się miejsce… Zawsze gramy jakby to był pierwszy albo ostatni koncert trafiający się nam w życiu…

Dziękuję za rozmowę i zapraszamy do Polski…

Rozmawiał Arek Lerch