MOTHERS IN FURS – Wybrał nas Blake

W ramach akcji „poszukujemy przodowników muzyki”, udajemy się do grodu Kraka, gdzie ze smok(g)iem zmaga się dzielne trio Mothers In Furs. Mało ich, smok(g) nie odpuszcza, ale dzięki wytrwałości mają szansę przebić się do świadomości słuchaczy także poza siedzibą ziejącego siarą i spalinami stwora. A wszystko dzięki właśnie drukowanej z mozołem płytce o uroczym tytule Jisei No Ku. Co też to znaczy, co grają i dlaczego zamiast własnych wypocin stawiają na poezję Williama Blake’a możecie dowiedzieć się z poniższej konwersacji, w której żywy udział wzięli następujący osobnicy: dzielny Szymon (tutaj jako „Sz”), nie mniej odważny, tajemniczy osobnik, występujący jako „Krzy”, wypytywał zaś raczej mało tajemniczy A.L.

Na wstęp kilka słów o tym, co było na początku – hałas czy muzyka?

Sz: Na początku pewnie hałas. Ale u mnie zdecydowanie muzyka, zawsze lubiłem piosenki z „ładnymi” melodiami, w których hałas był ewentualnie jednym z współtworzących formę elementów. Np. Sonic Youth jest dla mnie zespołem, który pisze przeboje i świetnie stosuje te wszystkie zgrzyty, żeby było jeszcze chwytliwiej. To trochę żarty, ale nie sam hałas jest dla mnie najbardziej ciekawy, lecz raczej jego ujarzmianie. Czasem jednak lubię poddać się oczyszczającej mocy hałasu – polecam zespół Part Chimp. Krzy: Hałas. Ale ludzie za wszelką cenę pragną porządku, stąd i muzyka. Skłamałbym, mówiąc, że nie lubię tej drugiej, ale to hałas jest czymś bardziej ekscytującym, bo dociera głębiej chlastając trzewia.

W tych układach co było na początku: adapter taty? Lady Pank? Czy punk właśnie…

Sz: Raczej grunge. Właściwie to nie bardzo czujemy związani się z punkiem. Lubimy rockowe zespoły, które mocno czerpały z punka, ale samego punka nie bardzo słuchamy; podobnie jest z metalem – kochamy np. Toola, ale dla nas to jest raczej rockowy zespół, który na nowo interpretuje ciężkie granie. Swoją drogą pamiętam odsłuch pierwszej płyty Zeppelinów na szpulowcu w kanciapie kolegi. Niezapomniane chwile. Krzy: Jaki adapter!? Kasety! Freddie Mercury i Michael Jackson. Ale przede wszystkim muzyka z lat 90. Mamy ją we krwi i do dziś nie jesteśmy w stanie pozbyć się tego piętna.

Tak, mnie to mówicie… A kaseta jest dzisiaj pomostem między latami 80. a współczesnością. Nie dziwi Was renesans tego nośnika?

Krzy: Postmoderna, ot co. Jednak mimo całego sentymentu do kaset, nie wróżę jej wielkiego powrotu. Mamy w końcu winyle. Sz: Mnie trochę dziwi, szczerze mówiąc. Jakość z kaset nie jest szczególnie nadzwyczajna. Bardzo lubię od czasu do czasu posłuchać sobie jakichś starych kaset, szczególnie tych przegrywanych, jakichś składanek czy nagrań z radia, ale nie kupowałbym chyba nowych kaset. Zdecydowanie wolałbym winyle. Ale też nie przeszkadza mi ta moda. Jest sympatyczna – w końcu to jakieś docenienie lat 80. i 90.mif_6

Oj, nie wiem. Teraz każdy szanujący się niezal musi mieć taśmę. Równie ciekawy jest powrót prasy papierowej. Czy to już wojna wirtualu z realem?

Krzy: Dla mnie to trochę kwestia mody. Choć nie powiem, w wirtualnych czasach człowiek czerpie prawdziwą przyjemność z wytworzonych, namacalnych przedmiotów. Sam np. buduję repliki brytyjskich fuzzów gitarowych z lat 60., a wystarczyłoby przecież ściągnąć sobie jakiegoś plug-ina na komórkę. Jednak o wszystkim i tak decyduje czynnik ekonomiczny, i to on zawsze jest górą. Chyba, że jesteśmy gotowi dopłacać z własnej kieszeni.

Pytam o to wszystko, żeby określić kontekst istnienia zespołu w 2016 roku. Zabawa? Chęć przełamywania barier? Przekaz…

Sz: Obecna jest teraz tendencja do robienia muzyki samemu. Nawet tej rockowej. Bierze się looper, komputer i gra się tak koncerty. Ale znika element świetnej zabawy i przygody, jaką jest granie razem. Nie da się posłuchać co tydzień na próbie jak łoi perkusja na żywo, jak dudni bas… znika też trochę element przypadku, oprócz oczywistego elementu interakcji. Natomiast co do naszego grania, bo może o to także pytasz, gramy przede wszystkim dla z potrzeby spełnienia się i dla własnej przyjemności. Może to i banał, ale pozytywna reakcja słuchacza to dla nas największa nagroda. Jeżeli możemy komuś zaprezentować i sprezentować muzykę, jaką sami chcielibyśmy słuchać, bo taką właśnie tworzymy, i jeszcze otrzymujemy pozytywny feedback – to jest właśnie główna frajda w tym wszystkim. Krzy: To jest bardzo trudne pytanie i chyba nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Zespoły mainstreamowe, żeby utrzymać się na powierzchni muszą wiosłować wg określonych reguł. Powiedzieć: stworzonych przez wielkie koncerny – będzie pewnie banałem, ale w banale często leży prawda, i tu powracamy do wspomnianego czynnika ekonomicznego. Ale nie oszukujmy się, zawsze tak było. Pozostając nieco z boku można zaś pozwolić sobie zdecydowanie na więcej i to jest właśnie piękne!

Tyle, że chcąc mimo wszystko zaistnieć w tej przestrzeni, trzeba do części z tych reguł się nagiąć. Zginacie karki? A jeśli tak, to kiedy?

Sz: Przy każdej okazji pozdrawiamy kogo trzeba, a jak! Szczerze mówiąc, nie mieliśmy nigdy okazji, żeby musieć iść na jakieś kompromisy czy w ogóle musieć zastanawiać się nad tym. Oby ten czas nadszedł (śmiech), ale właściwie to chyba jesteśmy zbyt daleko mainstreamu, żeby mieć na to szansę. Właściwie to może powinniśmy pójść na kompromis i trochę zradykalizować nasze brzmienie…? Zdajemy sobie sprawę, że w Polsce ta muzyka raczej jakoś bardzo nie zażre. Jakiś mif_1mieszkający w Krakowie Amerykanin usłyszał kiedyś koncertowe nagranie „The Tyger” i stwierdził, że super, że brzmi jak płyta Rapeman, i skąd Ci goście w ogóle wzięli się w Polsce. Kiedy dowiedział się, że my stąd, stwierdził, że w Stanach znaleźliby się słuchacze, ale tutaj nie zna nikogo takiego. Może nie jest aż tak źle, ale to nie jest muzyka pod „polskiego słuchacza” rzecz jasna.  Krzy: To prawda, to pytanie nas nie dotyczy. Następne proszę (śmiech).

Odpowiem: w Polsce nie ma szans, by wykoncypować co zażre, a co nie… Ale, ale – dwa zdania na temat powstania MiF?

Sz: Z Krzy gramy od liceum. Wciąż nawet gramy dwie piosenki z tamtych czasów. Mieliśmy zawsze duże kłopoty, żeby znaleźć to perkusistę, to wokalistę, więc jakoś zawsze wszystko grzęzło. Mieliśmy też długą przerwę i na poważnie zaczęliśmy grać dopiero parę lat temu. W końcu ze dwa, trzy lata temu ustalił się dzisiejszy skład. Udało się nam wtedy namówić Michała, zwanego Kaczorem, na wspólne granie. Pozwolił nam zrealizować sporą cześć naszym muzycznych wizji. Dobry perkusista to podstawa!

Intryguje mnie od samego początku ten Blake. To oczywiście ciekawy pomysł, ale dlaczego On? Chodziło o dekadencki smaczek? Dlaczego nie Mickiewicz?

Sz: Może zacznę od drugiej strony. Wiersze Blake’a doskonale pasują do muzyki rockowej. Wersy mają po 7–8 sylab, świetnie się to dopasowuje do muzyki. Zauważyli to już Doorsi. My tworzymy muzykę w ten sposób, że najpierw powstaje część instrumentalna, potem linia wokalu, a na końcu dokładamy tekst. Śpiewaliśmy też kiedyś tekst Poe’go, ostatnio przerobiłem trochę sentencje Heraklita z Efezu coś od siebie dodając, ale na razie głównie ten Blake się nas trzyma. A sam Blake, to na pewno trochę pokłosie zauroczenia filmem „Truposz”. Szukam polskiego słowa na angielskie „powerful”. Jego poezja jest niezwykle silnie oddziałująca, w jej prostocie tkwi siła. Krzy: W rzeczy samej: „Truposz”. Genialny obraz Jima Jarmuscha z genialną ścieżką dźwiękową Neila Younga. Posiadam niezwykle silną emocjonalną więź z tym filmem, bo widzę w nim samego siebie… W każdym razie wydaje mi się, że to nie my wybraliśmy Blake’a, ale on sam wybrał nas. Pewne rzeczy dzieją się poza nami, bez naszego udziału. Kosmiczny wymiar wyobcowania obecny w poezji Blake’a idealnie wzmacnia wydźwięk muzyki, którą tworzymy.

Nie myśleliście, żeby przetłumaczyć poezje na język polski? To byłby dopiero sztos… I zaśpiewać po naszemu rzecz jasna…

Sz: Nie, sam Miłosz powiedział, że jest właściwie nieprzetłumaczalna. Nie zrobimy przecież przykrości Nobliście. Norwid w wykonaniu Niemena, a także i potem Maleńczuka brzmi świetnie. Może poszukamy kiedyś patentu na wykorzystanie polskiej poezji, ale na razie to chyba nie zagra. Krzy: Frazy po angielsku mają dużo większą moc. Przetłumaczone na polski często brzmią jakoś tak banalnie. A podchwytując wątek rodzimej poezji, genialną robotę m.in. z Tetmajerem zrobiło De Press. Ale my nie gramy góralskiej muzyki. Przynajmniej na razie (śmiech).

Jakie było kryterium wyboru tekstów, jakiś klucz?

Sz: Jeżeli chodzi o samego Blake’a, to głównie takie, żeby pasowały to melodii i oddawały klimat danej piosenki. Wykorzystujemy też kilka tradycyjnych folkowych tekstów amerykańskich. Tutaj pierwsze kryterium jest podobne; muszą też być trochę tajemnicze i mroczne. Te historie nie mogą kończyć się zbyt dobrze.

Ok, to pytanie paść musi: nie próbowaliście własnych sił jako tekściarze? Ktoś może powiedzieć, że to pójście na łatwiznę…

Sz: Cóż, nie chcemy śpiewać kiepskich tekstów, chociaż z drugiej śpiewanie poezji może być czasem trochę pretensjonalne. Napisałem kilka tekstów, Krzy również, ale na razie czekają w ukryciu. Być może skieruje nas kiedyś w tym kierunku potrzeba albo ambicja… A może przypadek, może dołączy do nas kiedyś wokalista z zacięciem tekściarskim. Łączenie wielkiej poezji z własnymi tekstami jest na pewno trochę ryzykowne. To też pewien powód, dlaczego na razie szukamy tekstów już istniejących. Być może zmiana musiałby być całościowa.

Okładka

MOTHERS IN FURS – Jisei No Ku  Próba szybkiego opisu tego co tworzy MIF jest dość trudna, bo piosenki proponowane przez trio w jakiś pokrętny sposób zawsze gdzieś się rozpływają. Niby wszystko jest normalnie, niby fajnie a potem nagle skręcają w stronę psychodelii, nieco improwizowanych, pulsujących lotów (np. „The Tyger”). I już nie ma piosenek. A jeśli już trafia się fajny, melodyjny motyw wokalny jak w „The Land of Dreams” (gościnny udział pani Matyki), to dla kontrastu gitara rzęzi w najlepszej tradycji Sonic Youth. Co więcej, w paru miejscach trafia się świetny, lekko funkowy puls, kojarzący się mocno z dokonaniami Jane’s Addiction a od czasu do czasu nawet noise’owe opiłki lecą aż miło („Why Was I Born with a Different Face”) i wtedy nad wszystkim zaczyna się unosić duch wiadomo kogo. Do tej paranoicznej układanki zespół dorzuca fascynacje stoner rockiem, ale tych akurat słyszę tu mało, może jedynie w „Katie Cruel” ktoś poczuje piaszczysty powiew. Za to można skomplementować świetny wokal, który kojarzy się z manierą Jacka Adamczyka z Kr’shna Brothers. Płytka kończy się numerem tytułowym, w którym zespół odkrywa już wszystkie karty – jest psychodeliczny klimacik, luźny, mocno improwizowany lot, zabawy brzmieniem i balansowanie dynamiką. Utwór trwa siedem minut, ale jeśli chodzi o mnie, mógłby trwać i drugie tyle. I w tym momencie zaczyna się problem, bo nie wiem dokładnie gdzie zespół umieścić. W zasadzie grupa znajduje się w połowie drogi między tworzeniem świetnych, melodyjnych i energetycznych, rockowych songów a konkretnym, odjazdowym tripem. W swoich poszukiwaniach mają w sobie lekki posmak trójmiejskiej dekadencji, ale także coś z czasów, kiedy Perry Farrel odjeżdżał w trzecie i czwarte wymiary… Kolejna ciekawa, dobrze przygotowana załoga. Teraz potrzebny jest jedynie… sukces. Jakikolwiek. Miejcie na nich baczenie.

Muzyka. Meritum. Wiele ścieżek, klika furtek… To wygodny materiał, bo daje Wam sporo możliwości rozwoju i co najciekawsze, noise jest tu tylko jednym ze składników. Dokąd podążacie, wędrowcy?

Sz: Cóż, sami nie mamy jasno wytyczonej ścieżki. Gramy to, co do nas przyjdzie i co będzie wystarczająco dobre. Może się zdarzyć, że napiszemy pod rząd trzy spokojniejsze piosenki, może być na odwrót. Ale wygląda na to, że opuszczamy powoli pustynię w kierunku klimatów noise rockowych czy nawet trochę progresywnych. W nowych piosenkach jest sporo pokopanych rytmów. Motywem, który scala naszą muzykę, a o którym nie było jeszcze mowy, jest psychodelia. Właściwie wszystkie zespoły, które kochamy: Soundgarden, Tool, Jane’s Addiction czy Mars Volta (do czasu), są w jakiś tam sposób psychodeliczne. Kurczę, nawet Fugazi jest miejscami mocno psychodeliczne.

Rozstrzał przeogromny. Do tego dodajmy „The Land of Dreams” w którym gryząca, sonicowa gitara połączona jest z melodyjnym żeńskim wokalem. Niezły pomysł. Kto na koncertach zastępuje koleżankę?

Sz: Ja. Choć z inną linią melodyczną i innym tekstem. Koleżanka, a dokładnie Magda ze Strachu Uszu, będzie wpadała co jakiś czas na nasz koncerty. Na najbliższym, na którym będziemy promować nasz minialbum, zaśpiewa na pewno. Być może nie tylko „The Land of Dreams”…

Dużo na tym materiale takiego luźnego, niemal blues rockowego improwizowania. Pozwalacie sobie na koncertowy odjazd? Np. z 5 do 15 minut?

Sz: Tak i nie. Przeważnie przedłużamy te momenty, gdzie można poimprowizować, ale na koncertach nie gramy zazwyczaj takich długich odjazdów jak na próbach, gdzie ostro improwizujemy po pół godziny, a nawet dłużej. Formuła naszego grania na koncertach jest trochę inna, ale niewykluczony, że będziemy tę formułę trochę modyfikować. Na próbach improwizując tworzymy właściwie zarysy nowych kompozycji. Takie improwizowanie interesuje nas bardziej niż blues-rockowe solówki.

Skoro przy koncertach jesteśmy, jakie macie w tym temacie doświadczenia? Gdzie było najlepiej? Może jakieś godne zapamiętania wydarzenia?

Sz: Miejsce, do którego wciąż z przyjemnością wracamy to piękny Klub Piękny Pies w Krakowie, gdzie gramy najbliższy koncert. Krzy: Super było ostatnio w Coffee Cargo – nieistniejącym już klubie na Zabłociu – który mieścił się w przemysłowym magazynie, a właściwie takim wielkim blaszanym hangarze. Graliśmy tam praktycznie bez dodatkowego nagłośnienia, a jednak wszystko było rewelacyjnie słychać. Wszystkie pofabryczne budynki w tej dzielnicy, w których rozgrywało się wiele oddolnych kulturalnych inicjatyw, są niestety burzone przez deweloperów. Ale nie ma tego złego, gdyż funkcje te przejmie już niedługo stara fabryka tytoniu w samym centrum Krakowa!mif_7

Zastanawia mnie tytuł płyty i okładka. Są lekko niedopowiedziane i trochę tajemnicze. Coś na ten temat?

Krzy: Bardzo się cieszę, że użyłeś słowa „niedopowiedziane”. Taki rodzaj sztuki w dużej mierze przerzuca trud interpretacyjny na odbiorcę, dzięki czemu staje się on nie jej tylko konsumentem, ale i współtwórcą. Swój wiersz śmierci każdy pisze sam… Sz: Jisei no ku to właśnie ów wiersz śmierci – inspirowany buddyzmem zen, tak więc o zdecydowanie pogodnym wydźwięku. W końcu narodziny i śmierci nie istnieją, lecz zmienia się tylko stan skupienia. Ten swoistego rodzaju stan umysłu w pewien sposób pasuje do mistycznego, trochę panteistycznego, postrzegania świata przez Blake’a. Te rzeczy nie są jakoś szczególnie wykoncypowane. Raczej przychodzą do nas naturalnie. Z kolei okładka to kolaż na temat góry Fuji, który wykonała moja koleżanka Ania. W sumie, wynika z tego chyba, że brniemy przez mroku ku światłu…

Wydajecie płytę własnym sumptem?

Sz: Tak, uznaliśmy, że na razie to najlepsze wyjście. Gwarantuje nam też tzw. stuprocentową wolność artystyczną. Może gdy będziemy trochę bardziej rozpoznawalni, to spróbujemy dostać się pod skrzydła jakiejś niezależnej wytwórni, co i tak będzie zapewne polegało tylko na ułatwieniu nam pewnych rzeczy, a nie opłaceniu nagrania itd. Na razie wysyłamy pewnego rodzaju próbnik. Mamy już trochę materiału na kolejny album, jeszcze trochę i uzbiera się na pełnowymiarowy album, choć krótkie formy też nas pociągają. Zobaczymy, co się będzie działo…

No to na zakończenie: co będzie się działo u was w najbliższych miesiącach? Jakie plany i wyzwania na Was czekają?

Sz: Przede wszystkim będziemy promować naszą muzykę grając koncerty. Postaramy się zagrać w kilku większych miastach w Polsce, miejmy nadzieję, że trafią się i jakieś większe festiwale. Być może zrobimy małą trasę po Europie Środkowej (Austria, Słowenia, Czechy, Słowacja). Poza tym tworzenie nowej muzyki i szlifowanie warsztatu. Wszyscy trzej pracujemy, więc to i tak spore wyzwanie…

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu