MORNE – fundamentem jest prostota

Długa droga wiodła mojego rozmówcę, Miłosza Gassana z brudnych, polskich ulic do zamorskich krain, od wściekłego crust punka granego w Filth of Mankind aż do trupiobladej aury „Asylum” czy mrocznych cieni najnowszego dzieła Morne – „Shadows„. Płyta zamyka pewien rozdział i puentuje działalność bostońskiej formacji, która, wywodząc się z punk rocka, spokojną (czy to aby dobre słowo?) przystań znalazła na scenie post metalowej. Może niczego odkrywczego Morne nie proponuje, jednak solidny, oparty na mocnym przekonaniu o swojej racji, muzyczny fundament, na jakim zbudowano te dźwięki, gwarantuje dawkę przeżyć głębokich i mało wesołych. Kto jednak od Morne oczekuje radości? Chyba tylko hipisi. Poniżej znajdziecie rozmowę, podczas której próbowaliśmy zgłębić, czym jest Morne, na czym polega fenomen tej grupy i gdzie należy szukać genezy muzycznych wariacji, proponowanych przez zespół. Zapraszamy, miłej lektury. 

Na dobry początek może banalnie, ale koniecznie – co działo się u Was od wydania poprzedniej płyty? Troszkę historii najnowszej….

Miłosz: Po nagraniu „Asylum” zagraliśmy dużą, europejską trasę, oraz sporą ilość koncertów Stanach i Kanadzie. Praca nad nowym materiałem też zajęła nam trochę czasu. No i w międzyczasie pożegnaliśmy się z naszym klawiszowcem. Gramy teraz we czwórkę i wygląda na to, że tak pozostanie.

Wydaje mi się, że nowy materiał jest bardziej surowy, zimny i „wycofany”. Pomijając brak klawiszowca – taka wizja muzyczna była założeniem, czy wynikała z Waszego aktualnego nastroju?

Takie było założenie. Chcieliśmy żeby ta płyta brzmiała prosto, bez zbędnych udziwnień i kombinowania. Nie mówię, że nasze wcześniejsze płyty są skomplikowane, ale „Shadows” jest dużo prostszą płytą. Taki był plan i brak klawiszowca nie miał dużego wpływu na jej kształt. Na taj płycie są klawisze, ale użyliśmy ich w nieco inny sposób niż np. na „Asylum”. Max nagrywał je podczas sesji studyjnej. Oczywiście, nastrój w zespole i poza nim miał wpływ na kształt płyty. Czas płynie, nastroje się zmieniają i ma to na pewno kształtuje brzmienie naszej muzyki w danym momencie. Kto wie, jak będzie brzmiała następna płyta? Nie chcemy w żaden sposób się ograniczać.

Być może zabrzmi to dziwnie, ale czy nie uważasz, że na charakter muzyki Morne może mieć wpływ fakt Twojej narodowości ? Zastanawiałem się nad tym, bo jest w niej taki nieco polski mrok, zawziętość, połączone z pewna dozą melancholii. Zgodzisz się z tym, czy raczej nie ma takiej zależności?

Ktoś mi ostatnio zadał to pytanie. Trudno powiedzieć. Nigdy tak naprawdę się nad tym nie zastanawiałem. Z reguły, kiedy piszę muzykę, kieruję się własnym instynktem, więc może tam być jakaś zależność od tego z jakiej części świata pochodzę. To, gdzie się wychowałem ma ogromny wpływ na to, kim dzisiaj jestem, więc myślę, że w jakiś sposób może to mieć wpływ na muzykę, ale nie jest to w żadnym stopniu zamierzone…

 fundamentem jest prostota

fundamentem jest prostota

Czy musi być jakiś bodziec, który wpływa na to, że ruszacie z komponowaniem nowej muzyki? Na ile jest to instynktowne a na ile wyrachowane? Pytam dlatego, że wasza muzyka jest właśnie w jakiś sposób emocjonalna, pierwotna, dlatego wydaje mi się, że taki emocjonalny sposób tworzenia jest wam najbliższy…

Zawsze piszę muzykę w sposób instynktowny. Nie siedzę z gitarą po parę godzin dziennie, próbując znaleźć jakiś dobry riff. Z reguły jest to spontaniczne. Coś wpadnie mi do głowy, wtedy łapię za gitarę i próbuję to zagrać. Uważam, że takie naturalne podejście jest dla nas czymś normalnym. Nic nie powinno być wymuszone. Jeden z nas wpadnie na jakiś pomysł i nad nim pracujemy, ale nie jest to jakaś mechaniczna sprawa. Muzyka musi wychodzić z nas i to musi być naturalne. Dużą wagę przywiązujemy do tego, żeby wszystkie kawałki łączyły się z sobą w jakiś konkretny sposób. Ważne jest to, żeby album mógł funkcjonować jako zbiór kilku utworów a także był jednym, długim kawałkiem.

A czy jakieś pozamuzyczne wydarzenia, przeczytane książki, coś co miało fizycznie miejsce w życiu, wpłynęło i było takim katalizatorem do rozpoczęcia prac nad nową płytą?

Życie jest moją główną inspiracją. Muzyka jest ucieczką od codzienności. „Shadows” to dla nas kolejny rozdział i w pewnym sensie coś normalnego, coś co pozwala nam oderwać się od codzienności. Wydarzenia z życia dają nam inspirację do tego, co robimy i o czym są nasze teksty, ale nie mogę powiedzieć, że coś specjalnego zainspirowało nas do pracy nad „Shadows”. Po prostu to robimy.

Nowa płyta jeszcze bardziej – moim zdaniem – bliższa jest estetyce z kręgu, że tak to ujmę, Neurot, co oczywiście może Wam się podobać albo nie. Czy uważasz takie porównania za dziennikarskie pójście na łatwiznę, czy uznajesz je za coś oczywistego czy wręcz nobilitującego?

Szczerze mówiąc, oprócz Neurosis nikt z nas nie słucha kapel z tej wytwórni. Ludzie porównują nas do kapel, o których my nigdy nie słyszeliśmy. Jest to w pewnym sensie denerwujące, ale nie spędza nam snu z powiek. Każdy odbiera naszą muzykę po swojemu i my nie mamy na to wpływu.

Zatem jeśli sam miałbyś scharakteryzować styl, w jakim porusza się Morne, jak brzmiałby taki opis?

Trudno powiedzieć… Ludzie określają nas jako „post rock”, „crust”, „doom”, „sludge”. Trudno się w tym połapać. Wydaje mi się, że nasze płyty różnią się trochę od siebie, dlatego tyle różnych określeń. Kto wie, jak będzie brzmiała nasza następna płyta i jakie nowe określenia się pojawią? Zawsze mówię, że gramy metal bo to najprostsze i uniwersalne określenie. Ludzie potrzebują szyldów, żeby lepiej poruszać się w muzyce, a ja myślę, że my nie brzmimy jak żaden z tych zespołów, do których jesteśmy porównywani. Dziwię się, że ludzie spędzają tyle czasu by określić typ muzyki, zamiast po prostu usiąść i posłuchać płyty, odetchnąć trochę. Gramy ciężką, emocjonalną muzykę.

Człowiek potrzebuje azymutu… Teraz trochę na temat przekazu werbalnego. Czy można przekaz tej płyty ująć w ramy pewnego sloganu, tematu, który ja organizuje? Jest coś takiego, czy to raczej impresje, mające wytworzyć nastrój podobnie jak muzyka? Czy może nadal hołdujesz punkowym ideałom w myśl których przekaz stoi w pewnym sensie ponad dźwiękami ?

Tematem „Shadows” jest poruszanie się do przodu, odrywanie od przeszłości, złych wspomnień, które wloką się za nami. Próba parcia do przodu bez znaczenia co przyniesie jutro. Nie ma sensu stać w miejscu i myśleć co by było gdyby… Myślę, że ta płyta ma w pewnym sensie pozytywny przekaz. Ja próbuję podchodzić realnie do codziennych problemów i stawiać im czoła – o tym jest ta płyta. Co do punkowych ideałów – muszę powiedzieć, że my wszyscy w Morne wywodzimy się z tych, kręgów, mamy dużo ideałów które nadal są w nas żywe, ale Morne w żadnym wypadku nie jest zespołem politycznym. Takie było postanowienie od początku istnienia tej grupy. Nie jest to w żadnym wypadku most do jakichkolwiek politycznych dysput. To kim my jesteśmy i jakie mamy ideały jest naszą, prywatną sprawą i tak pozostanie.

Ok, zatem pozostajemy to za kurtyną prywatności. Z bardziej fizycznych spraw – jak wygląda sesja nagraniowa takiego zespołu jak Morne? Różni się w jakiś sposób od sesji „normalnych” zespołów? W jakiś wyjątkowy sposób osiągacie ten specyficzny, mroczno-zawiesisty klimat?

Nasze sesje nagraniowe są bardzo proste. Staramy się nie kombinować za dużo bo i po co? Nie nagrywamy miliona gitar itp. Zawsze jesteśmy bardzo dobrze przygotowani, żeby nie marnować czasu w studio. Do tej pory korzystamy też z tego samego studia. Wiele zespołów wchodzi za każdym razem do innego studia, my staramy się nie mieszać w tym temacie za dużo. Fundamentem Morne jest prostota. Tak jest z muzyką, okładkami oraz sesjami nagraniowymi. Wiemy, czego chcemy, dlatego sesje nagraniowe są bardzo konkretne.

Jak wygląda deal z Profound Lore? Jesteście zadowoleni z efektów? Uważasz, ze w dzisiejszych czasach wsparcie wytwórni ma jeszcze jakiś sens? Jakie są plusy i minusy posiadania tzw. kontraktu?

Z Profound Lore jest nam bardzo dobrze. Nasz kontrakt jest bardzo luźny i w dużym stopniu napisany przez nas samych. Oni robią dobrą promocję i ma to w tych czasach duże znaczenie. Na razie bycie z nimi to same plusy i mam nadzieję, że nigdy żadnych minusów nie będzie. Bycie w większej wytworni może być bardzo dobre albo bardzo złe. My mieliśmy kilka ofert z większych stajni i wszystkie odrzuciliśmy, bo nie miały dla nas żadnego sensu. Mamy w Profound Lore 100% wolności i to ma dla nas duże znaczenie. Jesteśmy zespołem, który przywiązuje wagę do jakości tego, co się robi. Nie ma dla nas sensu wchodzić w coś, co nie daje nam pełnej satysfakcji, a z Profound Lore taką satysfakcję mamy. Nie jest to wytwórnia, która owija w bawełnę. Jak już powiedziałem, bycie z większą firma może być dobre, albo złe. Trzeba uważać, co się podpisuje i tyle. My nie oddalibyśmy naszej muzyki byle komu tylko dlatego by ukazać się w jakimś piśmie albo zagrać jakiś większy koncert.Morne3

Kilka słów na temat aktywności Morne – jest uzależniona od waszej pracy, działanie okresowo (w sensie koncertowym), czy starcie się by przez cały rok coś się działo? Jeśli miałbyś przywołać wydarzenie, które z waszego punktu widzenia było/jest najistotniejsze dla zespołu, o czym chciałbyś wspomnieć?

Wszyscy mamy pełnoetatową pracę, ale z reguły nie mamy problemów wyjeżdżać na trasę czy grać koncerty. Jest to w jakimś sensie komfort. Mimo, że nasza praca pozwala nam na granie tras, staramy się za często nie grać. Jeśli się decydujemy na trasę albo pojedyncze koncerty, musi mieć to dla nas sens. Chodzi nam o jakość, a nie ilość. W 2009 i 2011 zagraliśmy dwie, potężne trasy w Europie. Graliśmy też tu w Stanach i Kanadzie. Gramy lokalnie, ale jak już napisałem, musi mieć to sens. Co do istotnego wydarzenia, wydaje mi się że było nim nagranie pierwszego dema. Wtedy wszystko się zaczęło…

Czy można traktować Morne jako dojrzalszą wersję FoM? Pewnego rodzaju rozwinięcie tamtej wściekłości? Czy nie korci Cię, żeby znowu przyspieszyć, czy raczej d-beat pozostał już za Tobą i nie masz ochoty na takie sentymenty?Morne

Nie powiedziałbym, że Morne jest jakakolwiek kontynuacją Filth of Mankind. FoM jest przeszłością, która została w 2001 roku. Morne jest czymś nowym, świeżym i mimo, że ja i inni z nas byli w mniej lub bardziej znanych kapelach, nie ma to nic wspólnego z tym, co robimy teraz. Przeszłość zostaje w przeszłości. Raczej staram się nie patrzeć w tył. Nadal słucham szybszych zespołów, ale nie wydaje mi się, że jest na to miejsce w Morne. Jeśli kiedykolwiek zdecyduję się na jakieś szybsze klimaty, będzie to nowy projekt.

Zazwyczaj kończymy pytaniem o plany, te jednak można zawsze sprawdzić na FB, zatem inaczej – jak z dzisiejszej – swojej – perspektywy oceniasz scenę hc/punk, której przecież tak na prawdę nigdy nie porzuciłeś? Chodzi mi o naszą, krajową scenę, ale też i tą, w której funkcjonujesz obecnie?

Muszę powiedzieć, że nie znam szczegółów, jak to wszystko teraz wygląda, ale wiem, że dużo moich starych znajomych dalej działa, robi koncerty i funkcjonuje na „scenie” w Polsce. Nie bywam w Polsce za często, więc trudno jest wypowiadać się na ten temat, patrząc na to z perspektywy Internetu. Graliśmy koncerty w Polsce w 2009 i 2011 i były one lepiej lub gorzej zorganizowane. Ogólnie mówiąc, to nie czasy decydują, jak to wszystko wygląda, tylko ludzie tym się zajmujący, a ludzie są tylko ludźmi… Dobrze było widzieć, że Rozbrat nadal funkcjonuje i kapele jak Infekcja nadal grają jakby nic się nigdy nie zmieniło. Z kolei scena w Bostonie jest dziwna i bardzo podzielona; mnóstwo znajomych robi dużo dobrych rzeczy, ale jest tu sporo tzw. „podscen” a my nie należymy do żadnej z nich. Po prostu robimy to, co robimy i staramy posuwać się naszą własną ścieżką.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Hillarie Jason