MORNE  – azyl naturalnej muzyki

Czy nowy album Morne przeskoczył swojego poprzednika, czy może jest on rozczarowaniem po doskonałym debiucie – to już zależy od tego, kto czego się spodziewał. Oczywiście zespoły, zwłaszcza tak dobre, nie są od spełniania oczekiwań tylko od grania dobrej muzyki, a tej na „Asylum” nie brakuje, choć odbiła ona w nieco bardziej stonowane rejony. Wszelkie wasze wątpliwości postara się rozwiać Miłosz – gitarzysta, wokalista i lider Morne.

Czytałem, że materiał na „Untold Wait” był napisany jeszcze przed zmontowaniem pełnego składu, czy zatem „Asylum” jest już dziełem zespołowym? Czy podczas pracy nad nową płytą zdarzyło wam się podrzucić producentowi jakieś konkretne albumy z komentarzem „tak mniej więcej chcielibyśmy brzmieć”?

To prawda, ze materiał z „Untold Wait” był w większości napisany przeze mnie w zasadzie przed powstaniem zespołu. Wiedziałem czego chcę i jak zespół ma brzmieć, wiec pisałem muzykę i teksty w czasie, kiedy szukałem jeszcze konkretnych ludzi, z którymi będę mógł grać. Praca nad „Asylum” była już pracą zespołową, każdy coś wniósł. Mieliśmy tę samą wizję i wiedzieliśmy co chcemy zrobić. Niektóre kawałki były napisane przez jedną osobę, inne stanowiły dzieło kilku. Jakoś wszystko to ułożyło się w 66 minut muzyki. Ta płyta była trzecią nagraną przeze mnie z tym samym realizatorem. Nie było potrzeby wyjaśniana jak chcemy brzmieć, nasz realizator wie co robimy i w jakim kierunku idziemy. Jedyną rzeczą, nad którą my i Ethan (realizator) się skupialiśmy była prostota produkcji – nagraliśmy mniej gitar niż na „Untold Wait”. Nie chcieliśmy kombinować, plan był taki, by płyta brzmiała tak, jak zespół brzmi na koncertach.

Na „Asylum” brakuje elementów d-beatowych, które przenikały „Untold Wait”. Czy taki kierunek był przez was obrany świadomie, czy też wynikł sam z siebie w procesie pisania i nagrywania materiału?

Szczerze mówiąc staramy się odejść od tej d-beatowej strony. Chcemy grać wolniej i ciężej. Te szybsze kawałki były napisane bardzo dawno temu i wydaje mi się, że kierunek, w którym idziemy teraz jest bardziej dla nas komfortowy.

Czy sesja nagraniowa wymagała stworzenia jakiejś szczególnej atmosfery, która miałaby przełożyć się na klimat samej muzyki?

Nasze sesje nagraniowe są raczej bardzo proste i konkretne. Zawsze wchodzimy do studia z konkretnym planem i staramy się go trzymać. Jest to z reguły praca rzemieślnicza, nie wymagająca specjalnej atmosfery. Inaczej jest z naszymi próbami, na których staramy się zrelaksować i powoli kształtować naszą muzykę.

Nie obawiacie się, że brak partii klasycznych instrumentów zuboży koncertowe wykonanie utworów z nowej płyty? Rozważaliście tak ryzykowny zabieg jak puszczanie tych ścieżek z taśmy?

Wszystkie kawałki prócz „Volition” gramy na koncertach w takich wersjach, w jakich były nagrane, nic w nich nie brakuje. Ian gra wszystkie partie pianina itp. „Volition” jest nie możliwe do zagrania na koncertach, bo to wymagałoby obecności Jarboe i Kris. Byłoby to ciężkie do zrealizowania – nie mówię, że nigdy nie postanowimy tego zrobić, ale na razie o tym nie myślimy.

 Azyl naturalnej muzyki

Azyl naturalnej muzyki

Czy główną zachętą do podpisania papierów z Profound Lore były konkretne warunki, jakie zaproponowali Kanadyjczycy, czy też renoma firmy i jej profil wydawniczy?

Kiedy Chris z Profound Lore skontaktował się z nami, szczerze mówiąc nie wiedziałem dużo o tej wytwórni. Wiedziałem tylko ze nasi znajomi Amber Asylum i Asunder się tam wydali, więc zapytałem ich co sądzą o tej wytwórni. Kris (Amber Asylum) i Dino (Asunder) byli bardzo zadowoleni ze współpracy z Profound Lore. Stwierdziłem, że ich opinia jest miarodajna, bo ilość innych firm, z którymi współpracowali jest dosyć duża… Rozmowy z Profound Lore były bardzo konkretne, a zarazem mile i przyjacielskie. Chris zgodził się na wszystkie nasze warunki i podpisaliśmy kontrakt na jeden album. Zobaczymy jak będzie to wyglądało w przyszłości, ale myślę, że jeśli wszystko będzie się układać, zostaniemy w Profound Lore na dłużej…

Niedawno graliście w Gdyni na DIY Hardcore Punk Fest. Twoim zdaniem, z obecnym obliczem Morne, wciąż pasujecie do takich imprez?

To trudne pytanie. Wywodzimy się ze sceny „punk”, nadal mamy takie ideały, ale nie chcemy, żeby nasz zespół był podłączony do jakiejkolwiek sceny. Muszę powiedzieć, ze odbiór na festiwalu był bardzo dobry. Dużo ludzi z tego kręgu słucha muzyki jak nasza. Zresztą dobrze było zagrać w Trójmieście, z którego pochodzę. Być może z czasem te dwa końce zaczną się od siebie oddalać, cóż, nie można mieć wszystkiego. Nie przejmuję się tym. Będziemy nadal robić to co robimy, a jeśli komuś się to nie będzie podobać – nie będzie to moim problemem.

Spora część metalowej publiczności usłyszała o Morne dzięki pewnej okładce i pewnemu przemiłemu listonoszowi z Norwegii… Fenriz słynie ze swojej określonej i dość konserwatywnej wizji tego, jak powinna brzmieć muzyka rockowa/metalowa, czy Ty sam, jako muzyk i jako fan, utożsamiasz się z taką postawą?

Muzyka i produkcja powinny być naturalne. Uważam, że sedno tkwi w prostocie, jeśli kapela nagrywa sześć gitar, pełno solówek, a potem gra koncert i okazuje się, że mają tylko jednego gitarzystę, cala sprawa mija się z celem. Zgadzam się z Fenrizem na temat używania triggerów przy nagrywaniu perkusji – to kompletnie rujnuje brzmienie. Nie lubię plastikowego brzmienia wszystkich tych nowych kapel, nie ma to kompletnie smaku. Zespoły takie jak Black Sabbath czy Pink Floyd brzmiały bardzo prosto, nie wiem czemu ludzie nie biorą przykładu z klasyki… Nawet kapele jak Napalm Death potrafiły uzyskać niesamowite metalowe brzmienie bez kombinowania. Muzyka i produkcja muzyki powinny być naturalne.

A wiadomo ci już może, czy Fenriz miał okazję usłyszeć „Asylum” i jaka była jego reakcja?

Muszę przyznać, że nie miałem czasu wysłać płyty do Teda i Fenriza. Byliśmy na sześciotygodniowej trasie po Europie i po prostu nie daliśmy rady. Wyślę to jak znajdę trochę czasu. Zobaczymy, co powiedzą, ha, ha.

Jak z perspektywy lat widzisz teksty Filth of Mankind? Ostały się takie, z którymi do dziś mocno się utożsamiasz?

Utożsamiam się ze wszystkimi tekstami FOM, moje poglądy i opinie nie zmieniły się dużo. Moje teksty w Morne są inne, mówią o sprawach, które są w nas, osobistych problemach. To, jak myślimy jest naszą prywatną sprawą i nie chcemy, by Morne był w żadnym stopniu zespołem politycznym.

Podoba ci się to, co tworzy zespół Way to Nowhere (zespół, w którego skład wchodzą m.in. byli członkowie Filth of Mankind – przyp. B.)? Miałeś okazję słuchać ich nagrań, widzieć koncert?

Szczerze mówiąc, nie miałem okazji słyszeć skończonego materiału. Balon podsyłał mi jakieś miksy w czasie, kiedy nagrywali – brzmiało to ok, ale to nie za bardzo moja bajka.

Jak oceniasz postępujące zbliżenie muzyczne, a po części ideologiczne, hc/crust punka i black metalu? Rzecz jeszcze dziesięć -dwanaście lat temu była nie do pomyślenia na taką skalę.

Nie bardzo zajmuję się analizowaniem tego, ale musze przyznać, że lubię, kiedy kapele z poszczególnych nurtów muzycznych zapożyczają jakieś motywy z innych klimatów. Strona ideologiczna wygląda trochę inaczej. Wiem, że nadal jest wiele kapel black metalowych mających niedwuznaczne poglądy. Wydaje mi się, że ten klimat powinien pozostać tam gdzie jest, a może nawet wyginąć, nie rozumiem tej fascynacji. Co do muz … jestem  stuprocentowym zwolennikiem eksperymentów i cieszę się, że ludzie mają więcej energii i odwagi, by rozszerzać swoje horyzonty muzyczne, inaczej muzyka byłaby nudna i słyszelibyśmy ciągle te same trzy riffy gitarowe.

Przyznasz, że środowisko punkowe, z którego się wywodzisz, jest mocno hermetyczne i dużą wagę przykłada do ideologii – zarówno tej zawartej w swojej muzyce, jak i do wartości wyznawanych przez słuchaczy. Morne nie jest zespołem „politycznym”, ale czy zastanawiasz się do kogo trafiacie ze swoją muzyką i czy aby nie do ludzi „nieodpowiednich”, cokolwiek by przez to rozumieć?

Nie jesteśmy w stanie kontrolować tego kto słucha naszej muzyki, nie gra roli w jak dużej albo małej wytwórni się wydajemy, jak jakiś idiota będzie chciał nas znaleźć i posłuchać, to tak zrobi. Prawda, nie uważamy się za zespół polityczny ,wolimy te klimaty trzymać z daleka od muzyki, ale mimo to mamy  własne poglądy, które są związane poniekąd ze sceną punkową czy hardcore’ową. Nasza muzyka balansuje na krawędzi sceny metalowej, skupiającej wielu ludzi, z których poglądami się nie zgadzamy, ale nie mogę im zakazać kupowania naszych płyt. To nierealne.

Czy Twoje inspiracje obejmują kino? Potrafisz wskazać jakieś konkretne filmy, które mniej lub bardziej pośrednio wpłynęły na Morne?

Lubię kino, ale nigdy nie zastanawiałem się nad czerpaniem inspiracji do mojej muzyki czy tekstów z jakichkolwiek filmów. Czerpię je z życia, z tego jak go doświadczam.

Pytanie czysto „fanowskie” – jak podoba ci się nowy singiel Amebix i czy według ciebie zanosi się po nim na powrót godny klasycznych dokonań Brytyjczyków?

Przyznam, że na razie nie mam mocnej opinii na ten temat. Słuchałem tego kawałka kilka razy w Internecie, a singiel powinienem otrzymać wkrótce. Kiedy usłyszę cały materiał, będę w stanie coś powiedzieć. Amebix to nasi znajomi i nie chce wyciągać pochopnych wniosków. Nie mogę się doczekać kiedy ukaże się cała płyta. Rob i Chris są konsekwentni w tym co robią i jestem pewien, że cokolwiek nagrali, płynęło to z ich serc… a to się liczy w tych czasach.

Zaglądasz czasem do Trójmiasta sprawdzić, ile nowych supermarketów i dziur w jezdniach powstało od twojej ostatniej wizyty?

Byłem w Trójmieście kilka miesięcy temu. Moje wizyty nie są częste, raz na kilka lat. Jeżdżę tam głównie po to, by spotkać się z moim ojcem. Przy okazji tego widzę zmiany, widzę, jak wielkie markety zabijają małe sklepy, które nie mogą konkurować z zaniżanymi cenami. Nie popieram tego, ale z drugiej strony te wielkie sklepy poniekąd tworzą miejsca pracy, i co tu robić… Kapitalizm. Szkoda, że Polska się tak amerykanizuje…

Serdecznie dziękuję za wywiad, ostatnie słowo pozostawiam tobie.

Również dziękuję. Dzięki za zainteresowanie naszym zespołem.

Rozmawiał Bartosz Cieślak