MORD’A’STIGMATA – Spowalniamy bicie serc

Nie wiem, czy 17 lutego będzie zimno. Pogoda w Polsce jest dość nieprzewidywalna, prognozy jeszcze mniej miarodajne, dlatego cieszę się, że z dużym prawdopodobieństwem można określić, iż tego dnia musi być zimno, bo na świecie pojawi się „Nadzieja”, nowe dziecko Mord’A’Stigmata. Kolejna po mini „Our Hearts Slow Down” płyta, która potwierdza wyjątkowość i konsekwencję z jaką działa ten zespół. Tym razem powstał chyba najbardziej skończony, monolityczny twór, który wymagał będzie od nas odporności, pokory i czasu, bo tylko tak możemy odbyć podróż tam, gdzie nadzieja jest żarem. Ale nie tylko o samej muzyce rozmawialiśmy z mózgiem zespołu – Kubą znanym tu i ówdzie jako Static.

Pamiętam, że przy okazji pierwszej płyty wypowiadałeś się trochę niepewnie o przyszłości – nie wiadomo co się wydarzy itp. Dzisiaj, Mord’A’Stigmata jest zespołem rozpoznawalnym, gracie dobre koncerty, staliście się marką. Kiedy spoglądasz wstecz – znajdujesz jakieś punkty, które pomogły wam dojść do dzisiejszego punktu? Coś, bez czego moglibyście już dawno zniknąć z powierzchni ziemi?

Takim momentem, który w jakiś sposób dał mi wizję, że coś z tego może być w przyszłości było wydanie debiutu w Lilith Productions. Gość naprawdę wierzył w swoje zespoły i dawał sporo od siebie, żeby je wypromować. Dzięki niemu po wydaniu płyty zagraliśmy trasę z Massemord i Blaze of Perdition, Mogliśmy poznać reakcję szerszej publiczności na tak dziwną muzykę. To było dość inspirujące. Może nie determinujące całkowicie naszego istnienia, bo odkąd pamiętam, byłem dość mocno zmotywowany do robienia muzyki i takimi też ludźmi starałem się otaczać.

Wywołałeś temat Lilith. Wytwórni, z której szefem miałem przyjemność się spotkać i który był maksymalnie zaangażowany w to co robił.1 Szkoda, że tak krótko. Jak myślisz – czy gdyby Lilith przetrwała, bylibyście w tym miejscu co dzisiaj, czy nie ma to znaczenia?

Ciężko powiedzieć. Nie sądzę, żeby wypchał nas wyżej na poziomie „Antimatter”, pewnie pogralibyśmy trochę więcej w kraju, ot tyle. Prawdziwym przełomem była dla nas „Ansia” , ale gdybyśmy dalej nagrywali dla Lilith, potencjał tej płyty mógłby zostać zmarnowany. Mariusz uczył się tego biznesu tak samo jak i my w czasach debiutu. I on i my popełnialiśmy sporo błędów, nie umiem powiedzieć czy wyciągnąłby z nich podobną lekcję do mnie, za szybko zwinął interes.

„Ansia” czyli Pagan. Dla mnie to było wyjście z cienia, określenie sytuacji. Myślisz, że za 15 lat to będzie klasyk?

Nie, dlatego, że nie stworzyliśmy nowej jakości w tej muzyce. A tylko takie płyty mają szansę być zapamiętane na dłużej. Niemniej, uważam ten krążek za bardzo udany.

Czym jest stworzenie nowej jakości? Punktem do którego zespół dąży, ale nigdy nie dotrze, czy opinią kształtującą gusta muzyczne?

Nowa jakość to stworzenie muzyki w sposób absolutnie unikalny i inspirujący rzeszę naśladowców. To udało się Deathspell Omega czy Oranssi Pazuzu. My czerpaliśmy z dorobku innych na tyle obficie, że nie uważam „Ansia” za płytę, która zmieniła oblicze black metalu.

Ok, w inną stronę. Mówiliśmy o promocji, a teraz przed wami duży strzał – Metalmania. Widziałem, że obserwowałeś krakowską dyskusję, co do której mam nieco mieszane uczucia. Nie wiem, czy było organizować taki panel, jednak sam fakt spotkania świadczy o tym, że ta impreza wywołuje różne reakcje i emocje. Myślisz, że dzisiaj ma ona sens, szczególnie, że chyba bardziej powinna skupić się, mimo wszystko, na promowaniu nowych wykonawców?

Jestem bardzo ciekawy jak wypadnie ta impreza po dłuższej przerwie. Stałych bywalców pewnie nadgryzł już ząb czasu, młodzi chyba nie za bardzo łapią gwiazdy i nastawiają się bardziej na drugą scenę… a ta może nie wystarczyć, zwłaszcza, że bilety do najtańszych, dla kieszeni młodego człowieka, nie należą. Niemniej sam bardzo się cieszę, że będziemy mieć możliwość wzięcia udziału w tym wydarzeniu, pewnie bym się wybrał tak czy siak, bo Arcturus i Moonspell.

To trochę poprawne politycznie (śmiech). Nie uważasz, że brakuje imprezie nieco funkcji promocyjnej? Mimo wszystko…

Ale ja naprawdę nie mam innego zdania. Jeśli chcesz brudów, proszę bardzo – nie zapłaciliśmy ani grosza za możliwość zagrania, sami się do nas zwrócili. Widocznie nie było wystarczająco chętnych do płacenia. Nie mam pojęcia, co impreza z taką historią miałaby promować, młode, nieznane talenty?

2Z tym płaceniem mam nieco inne zdanie – skoro ktoś chce przeskoczyć wszystkie szczeble kariery i od razu wskoczyć na dużą scenę, to, no cóż… Ale oczywiście nie chodzi mi o brudy, bo te zawsze same wypływają. Macie jakieś nadzieje związane z festiwalem?

Mam nadzieję na absolutnie fantastyczną imprezę w gronie znajomych, których będzie bez liku. No i przynajmniej dobre występy kapel z dużej sceny, o których już wspomniałem. Nie sądzę, żeby występ na drugiej scenie Metalmanii mógł coś zmienić w funkcjonowaniu takiej kapeli jak nasza.

Nowa płyta mnie trochę zaskoczyła, bo gdzieś tam z tyłu głowy myślałem sobie, że oddalicie się od metalu, tymczasem wy szukaliście kamienia filozoficznego, który pomoże wam ożenić wodę z ogniem, czyli metal z… niemetalem. Skąd ten mocny (mocniejszy niż zwykle…) ukłon w stronę czarnych brzmień?

Z potrzeby serca. Nagraliśmy bardzo świadomą płytę, wiedzieliśmy jak ma brzmieć, wiedzieliśmy jakie składowe chcemy na niej zawrzeć. Nie było improwizacji ani przypadków, tylko konsekwentne realizowanie założeń. To jest bardzo moja płyta, zrobiłem ją w większości w zaciszu domowym, w przeciwieństwie do poprzednich dwóch krążków, które bardziej wykuliśmy w sali prób. Chciałem, żeby brzmiała bardziej metalowo, jednocześnie nie tracąc tej specyficznej dla nas maniery flirtowania z innymi gatunkami.

Jeśli miałbyś określić, w jakich ramach rozpina się dzisiaj Mord’A’Stigmata – jakie granice byś zaznaczył? Bo jakieś granice są przecież…

Tak, granice stylistyczne mamy na nowym krążku nawet jaśniej zakreślone niż poprzednio. Poruszamy się w obszarach klimatycznego black metalu i zimnej fali. Są też wpływy rocka gotyckiego. Choć jestem pewien, że co poniektórzy znajdą na „Hope” inspiracje, o których nie mam pojęcia.

„Hope”. Tak sobie zestawiam to słowo z okładką, i staram dopasować. Możesz to wyjaśnić? Nadzieja na zmartwychwstanie nocy? Nadzieja na jej dominację? Co rodzi się na tej okładce? Swoją drogą, genialnej…

Na tej okładce nic się nie rodzi, tylko umiera i wypala. Czy trzeba pisać coś więcej? Okładka jest powiązana nie tylko z tytułem, ale też z całością tekstów na płycie. Nadzieja jest żarem, który dopóki trwa, daje ciepło. Po niej nie ma już nic.

Spowalniamy bicie serc

Spowalniamy bicie serc

Czy to w jakiś sposób związane jest z tym co dzieje się wokół nas? Reagujecie w jakiś sposób na rzeczywistość czy pozostajecie introwertykami i wszystko rozgrywa się poza realem?

Jest to związane z moimi osobistymi doświadczeniami z ubiegłego roku. Nic więcej nie powiem w tym temacie, prócz tego, że teksty napisałem o prawdziwych wydarzeniach i dla prawdziwych ludzi.

Prawdziwi ludzie stanowią coś w rodzaju twojego kręgu zaufania? Wiem, że to brzmi dziwnie, ale staram się zrozumieć, to co działo się w Twojej głowie i teraz dzieje się za każdym razem, kiedy słucham płytę…

To moja rodzina. To bardzo intymne teksty i nie chcę w nich grzebać, żeby nie naruszać przestrzeni moich najbliższych. Są za to napisane w taki sposób, że sądzę że sporo słuchaczy może się w nich odnaleźć tak czy inaczej.

Ok, zatem nie drążymy tego tematu, skupiając się na zespole i muzyce. Możesz powiedzieć, że teraz skład MAS jest stabilny i pewny? Tworzycie zwarty kolektyw?

W obecnym składzie popełniliśmy trzy ostatnie nagrania studyjne. Jeśli nie liczyć roszady na stanowisku gitarzysty to nawet cztery. Zagraliśmy też od czasu „Ansia” kilka tras i sporo pojedynczych sztuk, przeżyliśmy w jednym busie podróż do Londynu i z powrotem nie robiąc sobie krzywdy. Można powiedzieć, że umiemy współpracować.

Zespoły często gadają brednie o tym, że są jak rodzina. Byłbyś ostrożny z takimi deklaracjami?

Oczywiście. Nic nas nie łączy oprócz dżentelmeńskiej umowy i pasji do muzyki. Oczywiście, jesteśmy kumplami i dobrze bawimy się w swoim towarzystwie, ale są rzeczy ważniejsze od tego typu więzów. Od więzów rodzinnych natomiast ważniejszych rzeczy nie ma.

Czyli są jednak granice poświęcenia (śmiech…).

Naturalnie. Bez narzucania sobie granic, bylibyśmy zwierzętami.

W muzyce MAS zwraca uwagę element, który bardzo sobie cenię – trans. Czy wynika on z tego, w jaki sposób powstawała ta płyta? Czym jest dla Ciebie trans w metalu?

Ja również cenię sobie transowość muzyki i to nie tylko metalowej. Są natomiast różne rodzaje transu dźwiękowego, z czego staram się korzystać podczas2 komponowania. Na „Ansia” i do pewnego stopnia na „Our Hearts Slow Down” powtarzalność motywów przewodnich i ich ewolucja podczas koncertów pozwalała nam na „odpłynięcie”, tymczasowe zatracenie się w dźwiękach. Z kolei na „Hope”, pewne motywy zacząłem powtarzać rozpamiętując rzeczy, o których napomknąłem wcześniej. Grałem jakiś patent i wspomnienia wracały, a ja grałem go dalej aż do momentu zobojętnienia na ból. I tak już zostało. Może nie aż w takiej monstrualnej formie, jaką zdarzało mi się uzyskać grając w zamkniętym pokoju u siebie w domu.

Stawiałeś sobie jakieś ograniczenia podczas pracy, np. numery nie mogą przekraczać, powiedzmy, 15 minut? Coś, co było takim twoim auto – deadlinem…

Nie, nie było ram czasowych. Natomiast nie chciałem powtórki z rozrywki, nie chciałem robić kolejnej płyty w taki sposób jak „Ansia”. Dlatego np. syntezatory na „Hope” brzmią w zupełnie inny sposób.

Co było dla ciebie nowością, o której warto wspomnieć, w sensie sprzętu, uściślając?

Zagrałem na gitarze i piecu, które sprawdziły się na „Our Hearts…” więc tu, poza innym sposobem produkcji, niespodzianek nie było. Nowością sprzętową okazał się nonameowy, radziecki syntezator, na którym nagrałem końcówkę tytułowego utworu.

Czyli żadnej ekwilibrystyki sprzętowej? Pytam, bo sporo zespołów mocno wchodzi w świat elektroniki, testuje dużo różnych sprzętów… Chcecie pozostać jednak stricte metalowi?

Tak, na tej płycie założenie było takie a nie inne. Nie gwarantuję, co przyniesie przyszłość, zwłaszcza, że ostatnio znowu mocniej ciągnie mnie do syntezatorów.

Mimo mojego uwielbienia dla tej płyty, czuję, że jeszcze dużo może się wydarzyć. Szczególnie, że chyba już dość wyraźnie określiliście, co lubicie w metalu. Wprawdzie post rockowe wątki teraz są nieco schowane, jednak wyczuwam tu chęć pójścia w stronę nowofalowych klimatów… Mam rację?

Tak, oczywiście. Zaskakujące jest to, że już kilka wywiadów zrobiłem (z okazji nagrania „Hope” ma się rozumieć…), a nikt mnie o te wpływy jeszcze nie pytał. Jeśli miałbym wróżyć świeżo po nagraniu „Hope” to jest to kierunek, który w przyszłości możemy zgłębiać. Przez ostatni rok odkryłem dla siebie muzykę lat 80. mocniej niż kiedykolwiek.

Możesz zdradzić jaka muzyka z 80. najbardziej błysnęła w twojej głowie?

Od gigantów pokroju The Cure, Fields of the Nephilim, Depeche Mode, Sisters of Mercy po totalnie niszowe bandy, których kariera zakończyła się po dwóch 7-calowych singlach jak Coldreams czy Odessa. I wciąż odkrywam coś nowego.

Co z tych klimatów zamierzasz przenieść na grunt Mord’A’Stigmata?

Dobre pytanie. Nie planuję aż tak dokładnie, pozwalam inspiracjom spokojnie przechodzić od uszu do palców. Parę osób mówiło mi, że na „Hope” jest sporo The Cure i ja się z nimi zgadzam.

Zimno. Ta płyta, mimo emocji jakie nią rzucają, jest zimniejsza niż moje mieszkanie w ostatnich miesiącach. A przez to trochę, hmmm, prosektoryjna. Czuję to krojenie skalpelem… Takie odczucia mam za każdym razem… Sugestywny materiał, bez jednego, niepotrzebnego dźwięku.

To chyba… dobrze?

Dobrze. Bo przecież muzyka musi wpływać na słuchacza. Czujesz się po spłodzeniu „Hope” spełniony? Gotowy na więcej?

Pytałem, bo nie wiem czy lubisz siedzieć w swoim mieszkaniu w zimie (śmiech). Jeśli muzyka wywołuje tak mocne emocje, to bardzo dobrze, zwłaszcza w czasach gdy ludzie, ze względu na łatwy dostęp do dźwięków, są mocno osłuchani i zwyczajnie wybredni. Po zakończeniu pracy nad „Hope” czuję się artystycznie spełniony, bardziej niż kiedykolwiek. Nie mam jeszcze dystansu do tej płyty, nie wiem czy to nasz najlepszy album, ale czuję ogromny potencjał emocjonalny jaki nim drzemie i mam nadzieję, że to będzie nasza karta przetargowa w walce o uwagę słuchacza.

3Jak zamierzacie tą „kartę przetargową” rozegrać? Bo wiadomo, że wiara w muzykę to jedno, ale trzeba jej jednak pomóc. Jakieś pomysły, które możesz już dzisiaj zdradzić?

Pagan ma rozplanowaną dobrą kampanię promocyjną, trochę dobrych koncertów jest już potwierdzonych. Nie planuję jakichś nadzwyczajnych ruchów ani przebieranek na scenie.

Właśnie – tylko wzmacniacze i bębny, zero wystroju sceny? Pójście w surowiznę? Czyli jednak jest w tym cały czas taka – hmmm- odlskulowa myśl, wywodząca się z czystej, metalowej sceny?

Raczej niechęć do cyrku i odpierdalania szopki. Ja rozumiem, że są kapele, które tego potrzebują i młodzi Niemcy szaleją jak widzą chłopa w sukience albo z zakutaną twarzą, ale to nie jest coś z czym bym się dobrze czuł. Odrzuciliśmy też kaptury, bo nagle wszyscy wokół zaczęli korzystać z tego pomysłu. Mamy dym, mamy instrumenty i piosenki, które spowalniają bicie serc – czemu tego nie wykorzystać?

Czuję w Twojej wypowiedzi leciutki przytyk w stronę krajowej sceny black/eksperymentalnej, która rośnie w siłę. Mimo wszystko – czujecie się jej częścią?

Absolutnie nie chcę nikomu przytykać. Jesteśmy częścią tej sceny, nawet gdybyśmy tego nie chcieli. I bardzo dobrze, bo polska scena metalowa jest bardzo silna na europejskiej mapie.

Myślę, że zaintrygowaliśmy czytelnika dostatecznie – ostatnie słowo zostawiam Tobie…

Bardzo dziękuję za możliwość rozmowy – jak zawsze na poziomie. Pozdrawiam i do zobaczenia gdzieś na koncertach.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu/Dariusz Hermiersz