MORD’A’STIGMATA – Człowiek wielkiej wiary

Serce zwalnia, patrząc na te czasy, że sparafrazuję klasyka. Zwalnia i staje się czarne. Tymi słowami zakończymy poetyckie wyznania odnośnie kolejnego dzieła Mord’A’Stigmata, o którym kilka słów skreślił red. Czajkowski. Dzieła jak zwykle zaskakującego, straszliwie depresyjnego, ale pokazującego – po raz kolejny – szerokie spektrum inspiracji, których wspólnym mianownikiem niechaj będzie słowo „hałas”, tu rozumiane jak najbardziej pozytywnie. Skoro o płycie już było, czas zasięgnąć u źródeł informacji, dlaczego jest tak a nie inaczej, przewodnikiem jest zaś nie kto inny jak sam maestro Static, w zespole odpowiedzialny za partie syntetyczne i gitarowe.

Musisz mi wybaczyć ten start. Wiem, że to poważna muzyka, ale… czy widziałeś już memy dotyczące okładki Waszej nowej płyty?

Nie, nie miałem pojęcia że coś takiego powstało…

A widzisz. Sam się zdziwiłem, ale w sumie, przecież to jedna z bardziej przerażających okładek w tym roku…

Ha, zgadzam się w zupełności. Zapragnąłem, żeby zdobiła któreś z naszych wydawnictw, kiedy tylko ją zobaczyłem. Zabawnym wydaje się fakt, że powstała niejako przez przypadek.Mord 'A' Stigmata - photo Rafał Kotylak www.kotylak.pl(2) Marcin Gadomski, który jest jej pomysłodawcą i autorem, podrzucił mi surową wersję tego pomysłu jako luźną propozycję na planowany split.

Skąd są w ogóle te foty, to jakaś… dokumentacja medyczna?!

Tak, to zdjęcie młodej Francuzki cierpiącej na anoreksję, pochodzi z dokumentacji medycznej.

W połączeniu z tytułem daje dość apokaliptyczny wydźwięk. Zastanawiam się na ile to przekora, chęć uderzenia w słuchacza, wprowadzenie pewnego klimatu a na ile, nie wiem, deklaracja?

Na pewno nie postrzegałbym tych elementów jako fragmentów większej deklaracji. Okładka, tytuł, teksty, owszem, są dosyć spójne i mają na celu zobrazowanie naszego zamysłu. Ale nie jest to przekora, prowokacja, nic z tych rzeczy. Raczej przekazanie stanu ducha.

Jeśli to stan ducha, to co ma na niego wpływ? Słuchałem dzisiaj po raz kolejny płyty i po raz kolejny doświadczyłem stanu euforii związanego z dźwiękami i objawów depresji ze względu na okrutną ilość mroku, jaki sączy się w mózg…

W głównej mierze doświadczenia życiowe. Moje i pozostałych członków Mord’A’Stigmata. Przez ostatnie dwa lata doświadczyliśmy śmierci osób z bliższego i dalszego otoczenia. To jeszcze dobitniej uświadomiło mi, że nasza cielesność jest ulotna. I prędzej czy później zostaniemy zmuszeni do rozstania z osobami, które kochamy. I choć głęboko wierzę, że ta rozłąka będzie tylko tymczasowa, nie jest to świadomość, która napawa optymizmem. Może stąd ten mrok.

Czy taka terapia, jaką jest wypluwanie z siebie tego typu dźwięków przyniosła ulgę?

W pewnym stopniu. Część rzeczy, które są zawarte w naszej muzyce, wraca do mnie podczas występów live. A że gramy całkiem sporo jak na tak osobliwy band, to ciężko o dystans i kompletne katharsis.

Nie czujesz bólu, kiedy występujesz, czyli niejako ekshibicjonistycznie obnażasz swoje traumy? To trochę jak terapia na scenie, przed publicznością… Myślisz, że ten rytuał może być zrozumiały?

Są różne sytuacje. Bywają koncerty, w których trącamy inne struny naszych wrażliwości, publiczność też ma tu niebagatelne znaczenie, bo czasami specyficzna energia bijąca sprzed sceny jest ciężka do zignorowania i wpływa na moje przeżywanie koncertu. Najciężej było z materiałem z „Ansia”; powstał w warunkach skrajnego wyczerpania mojej psychiki, więc miałem sporo oporów i wątpliwości przed wychodzeniem na scenę i prezentowaniem go szerszemu gronu. Zwłaszcza na początku promocji koncertowej tego albumu. Po parunastu gigach oswoiłem się jednak na tyle z sytuacją, że teraz jestem już w stanie kontrolować emocje. Z materiałem z „Our Hearts Slow Down” jest o tyle łatwiej, że nie jest to aż tak osobista płyta. Co nie znaczy, że nie włożyliśmy mnóstwo serca w jej tworzenie.

Czyli należy ją traktować jako taki okres przejściowy dla zespołu?

Każde nasze wydawnictwo należy tak traktować. Nie przywiązujemy się do stylistyk.

Człowiek wielkiej wiary

Człowiek wielkiej wiary

No właśnie – po „Ansia” myślałem, że jeszcze bardziej pójdziecie w stronę post metalu, w stronę post rocka wręcz, a na „Our…” jest sporo hałasu i metalowej smoły…

Dokładnie to miałem na myśli – nie sądzę, żebyśmy zaczęli grać po tzw. „sznurku”, czyli przewidywalnie. Inna sprawa, że słuchacze bardzo różnie postrzegają nasz nowy mini album. Dla ciebie jest to bardziej hałaśliwe wydawnictwo, dla innych suplement do „Ansia” ,dla jeszcze innych nasze najbardziej klimatyczne dokonanie.

Raczej krzyk rozpaczy i cięte żyły. Ten opętańczy, zgrzytliwy trans w kawałku tytułowym przyprawia o zawrót głowy. Dosłownie…

Bardzo się cieszę,że zwróciłeś na niego uwagę, bo wydaje mi się, póki co, mocno niedoceniany przez słuchaczy. Dla mnie to najlepsze zakończenie tego materiału jakie mogliśmy sobie wymarzyć.

Gitary w tym numerze to napruty chemią Sonic Youth rozpierdalający sklep z bronią. Mistrz. Czy po takiej kompozycji można zagrać coś jeszcze?

Dziękuję za komplement, to bardzo miłe, ale nie wiem co powiedzieć (śmiech)…  Zgadzam się za to z twierdzeniem, że to musiało być zakończenie ep-ki. Jednak ile ludzi, tyle opinii; ostatnio czytałem nawet recenzję, której autor dziwił się, że umieściliśmy intro na końcu krążka.

Bo pewnie patrzył na czasy kawałków po prostu (śmiech).

Nie wiadomo, być może…

Niedługo startujecie z trasą, która może być niezłym wydarzeniem. Na jednej scenie z Blaze of Perdition z ich nowym krążkiem, kwintesencją depresji i szaleństwa. Nie boisz się tej trasy?

Nie, ani trochę, wręcz nie mogę się jej doczekać. Graliśmy już trasę z BoP sześć lat temu i wtedy to był zupełnie inny zespół, inni ludzie, podobnie jak i my. To pasjonujące, obserwować ile rzeczy może się zmienić przez tak relatywnie krótki okres czasu.

Pamiętam, że po premierze debiutanckiej płyty, bałem się trochę, że będziecie efemerydą, supernovą, co wybuchnie i szybko zgaśnie, a tu proszę – trzy duże płyty, nowy mini album… Co Was tak po prawdzie trzyma przy życiu, tym bardziej, że Dodge’a Challengera za to sobie nie kupicie…

Było bardzo blisko tego scenariusza, który opisałeś. Dość powiedzieć, że po premierze debiutu zostałem tylko z Silencerem, który na dodatek niedługo wcześniej dołączył do zespołu. Co nas trzyma przy życiu? Pasja, głód muzyki, głód doświadczeń, chęć tworzenia. Mnie akurat nie trzeba jakoś specjalnie motywować do twórczej pracy. Czasami jest ciężko, nawet bardzo, bo zespół wymaga coraz więcej uwagi a powiększające się rodziny i problemy egzystencjalne nie ułatwiają jego prowadzenia, ale jakoś dajemy radę.

Kiedy powiesz sobie dość?

Jestem wpatrzony w osobistości takie jak Michael Gira czy Scott Kelly. Kiedy oni powiedzą sobie dość?

Gira śmietankę spija dopiero podczas swojej drugiej młodości, po przepłynięciu rzeki gówna…

Tym bardziej jest moim idolem. Jestem człowiekiem wielkiej wiary.

Dlatego na koniec powiedz mi – dokąd zmierza ten świat? Europa, która powoli zanurza się w chaosie…

Och, Morda Logopolityka… to taki smutny temat w kontekście wywiadu muzycznego. Obecna kondycja kultury europejskiej oczywiście mnie przeraża, ale liczę na to, że jest to kryzys, który społeczeństwo pokona, podobnie jak pokonało wiele poprzednich kryzysów. Jeśli chodzi o politykę globalną, to od niej stronię, dbam o najbliższe sobie środowisko. Nie sądzę, żeby któryś z nas, maluczkich, mógł zrobić coś więcej.

I ostatnia kwestia – czy nasze serca muszą zwalniać?

Niestety, jest to konieczny i nieodwracalny, jednocześnie niezwykle smutny proces. Proces, który każdy z nas musi przejść aby mieć szansę stać się kimś więcej. Dziękuję za świetną rozmowę…

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Rafał Kotylak