MONS – Plankton w paszczy muzycznego wieloryba

Podobno indie nie istnieje albo jest planktonem w paszczy muzycznego wieloryba. Melancholia jest potrzebna, tak samo jak scena DIY i las. Okazuje się, że tuż obok, za rogiem powstała fajna (to dobre słowo, bo ukazuje potencjał, bez niepotrzebnego zaaferowania) kapela, która bez kompleksów gra alternatywnego rocka, nafaszerowanego lekkim  smutkiem, wyrazistą melodią i ujętego w klamrę konkretnych umiejętności. Być może nie jest to wydarzenie na miarę debiutu Oasis, może nie zagrają na Open’erze, może pozostaną jedynie stołeczną legendą. Na razie chcę wierzyć, że wzorem innych zespołów z tej – a jednak! – sceny, w końcu zwrócą na siebie należytą uwagę. O debiutanckim dziele Mons było już na naszej stronie, teraz kilka słów od samych zainteresowanych, czy Jakuba, Adama i Janka.

Pytanie może banalne, ale co tam: czym jest, był i będzie „polski indie rock”? Jest coś takiego? Mit? Czy może faktycznie ta nisza to po prostu wymysł dziennikarzy?

Jakub: Indie rock jest tak pojemnym określeniem, że trudno jednoznacznie stwierdzić czym faktycznie jest, a tym bardziej, gdy mamy na myśli polską odmianę. Na pewno można wrzucić tu wiele nazw zespołów, jednak moim zdaniem taka scena nie istnieje. To po prostu bardzo wielu wykonawców, którzy w podziemiach miast, miasteczek i może wsi, tworzą coś czym próbują wyrazić siebie. Każdy jednak surfuje w sumie samotnie, szukając swojej fali. Jest scena hardcore, scena punk, scena metalowa, ale indie? To plankton w paszczy muzycznego wieloryba. W tym sensie, a więc jako scena, jest mitem. Z drugiej strony te zespoły i ci ludzie, którzy je tworzą, faktycznie istnieją, nawet jeśli może się zdarzyć, że nigdy się o nich nie dowiemy. Swego czasu krążył żart wśród muzyków, że bycie niezależnymMons 1 to bycie niezależnym od pieniędzy (śmiech). Jedno co można powiedzieć to, że indie (polski również) był, jest i będzie, czymkolwiek jest. A o szczegółach pewnie można byłoby książkę napisać (śmiech). Adam: Piękne słowa Jakuba „plankton w paszczy wieloryba„. Są zespoły, są koncerty tych zespołów, ale ja wywodzę się ze sceny hardcore/punk i dla mnie określenie „scena” to coś więcej. „Scena” to miejsce gdzie nie do końca jest podział na my i oni. Zespół i publiczność to jedność. Każdy na tej scenie w jakiś sposób działa, czy to organizując koncerty, wydając płyty swoich kumpli, wydając fanziny czy w jakikolwiek inny sposób wspierając tę społeczność. Scena indie rockowa raczej nie istnieje.

Krótko i węzłowato na temat historii Mons – co gdzie i kiedy? No i dlaczego…

Jakub: Poznaliśmy się 1,5 roku temu, gdy mój pierwszy poważniejszy zespół (Farel Gott) wydawał swoje ostatnie tchnienie. Jak to często bywa w świecie ludzi muzykujących, połączył nas przypadek. Szukałem osób do stworzenia nowego zespołu. Na początku w zespole (wtedy jeszcze bez nazwy) był gitarzysta Igor Wójcik i Marcin Ptaszyński na perkusji. Spotykaliśmy się w sali prób Silent Scream i po jednym ze spotkań, na którym testowaliśmy basistów, Adam rzucił trochę żartem, że chętnie z nami pogra. Po kilku próbach odszedł Igor i Adam powiedział, że zna fenomenalnego gitarzystę. Tym gitarzystą był i jest, Grzesiek Białowarczuk. Gdy zrezygnował Marcin, od razu pomyślałem o Janku Pstrokońskim, z którym znałem się od wielu lat. W takim składzie zarejestrowaliśmy ep-kę i gramy do dzisiaj. Dlaczego? Pewnie każdy z nas odpowiedziałby trochę inaczej, ale myślę, że wszystkich nas łączy miłość do muzyki, zarówno tworzenia jak i słuchania – bez tego nie ma zespołu, bez tego są tylko ludzie grający na instrumentach. Adam: Dlaczego? Od zawsze gdzieś tam brzdąkałem w jakichś zespołach. W chwili gdy spotkałem chłopaków byłem bez zespołu. Graty stały i się kurzyły, postanowiłem zatem spróbować pograć muzykę inną niż ta, którą robiłem całe życie. Jedną z głównych motywacji było wyjście z tego kokonu muzyki agresywnej, której graniem byłem już trochę zmęczony. No i jakoś tak to trwa.

W dużej mierze macie za sobą „kariery” w bardziej lub mniej niezależnych/hardcore’owych środowiskach. Skąd ta zmiana – bo dla miłośników ostrego, bezkompromisowego grania, Mons będzie… hmmm… zdecydowanie za miętki.

Adam: Twoje pytanie zabrzmiało trochę tak: “całe życie grasz metal, a tu taka zmiana, Twoi fani będą zdziwieni”, he, he. Na szczęście, nie mam fanów, więc nikt nie będzie zawiedziony. A na poważnie, jak wspomniałem wcześniej, gdzieś tam w środku mnie od zawsze była potrzeba grania jakichś lżejszych rzeczy. Zawsze obok Venom i Slayer i całej masy zespołów hardcore/punk kochałem the Cure, Joy Division czy rodzime Myslovitz. Faktem jednak jest to, że kilka znajomych osób było zdziwionych łagodnością MONS, ale większości z nich nasza muzyka się podoba. Uważam to za spory sukces.

Plankton w paszczy muzycznego wieloryba

Plankton w paszczy muzycznego wieloryba

Słyszę na tym mini-albumie kilka kierunków, o których zresztą napomknąłem w recenzji, chciałbym jednak Was pociągnąć za język – jakie zespoły/muzyka wpłynęły na to, co dzisiaj słyszymy w waszym wykonaniu? Nakreślcie genezę Waszego stylu…

Jakub: The Verve, Oasis, Kasabian, The Cure, Television, Talking Heads, War on Drugs, the Strokes, Arctic Monkeys, The Kills, Iggy Pop, David Bowie, Black Rebel Motorcycle Club, Republika, Hey, Radiohead, PJ Harvey, Klaus Mitfoch… Adam: Kuba wymienił już trochę tych zespołów. Geneza naszego stylu nie jest łatwa. Myślę, że inspiracje są gdzieś głęboko w nas, tak, że nie zdajemy sobie z tego sprawy. Zacząłem grać na basie pod wpływem Cronosa z Venom. Czy słyszysz ten zespół w naszej muzyce? Szczerze wątpię, a mnie on strasznie inspirował i wpłynął na to kim jestem dzisiaj. Podobnie jak cała masa innych zespołów. To co muzycznie reprezentujemy jest wypadkową rzeczy, które każdego z nas w życiu jarały. Nie sposób tego wszystkiego wymienić. Dodatkowo nie zakładamy, że kolejny kawałek zrobimy w takim czy innym stylu, lub, że przekalkujemy ten czy inny zespół. To wypływa jakoś naturalnie. Zazwyczaj Jakub przynosi jakieś pomysły, mniej lub bardziej otwarte a potem się dzieje. Zresztą, chyba jeszcze za wcześnie pisać o stylu zespołu, który zarejestrował 6 kawałków i zagrał dwa koncerty.

Patrząc na sprawę od strony biznesowej – jest możliwość „zrobienia” z Waszą muzyką czegoś więcej? Nadal pozostajecie w kręgu szeroko pojętego podziemia, jednak muzycznie widzę tu duży potencjał by Mons mógł pojawić się nawet na takim Open’erze. Krótko – jakie są Wasze ambicje?

Janek: Pewnie można coś zrobić, zależy na ile mamy się nagiąć, żeby ciągle czuć, że to MY. Najważniejsze jest, żeby rozgłośnie grały nasze piosenki, im więcej tym lepiej, wtedy różne festiwale będą w zasięgu. Zastanawiamy się nad promocyjnymi koncertami w innych miastach, ale chcemy to zrobić z głową, żeby trafić do odpowiednich ludzi i żeby było ich jak najwięcej. Nic tak nie obniża morale zespołu, jak pusta sala na koncercie. Adam: Moje ambicje związane z tym zespołem to grac jak najwięcej koncertów. I chciałbym też w końcu nauczyć się grać (śmiech).

Obserwuję „kariery” różnych artystów z kręgów alternatywy/indie i widzę, jak daleko musi być posunięta promocja, by zespół mógł zaistnieć w umysłach tzw. szerokiego odbiorcy; zakreślacie sobie jakieś granice, których w ramach promocji Mons nie chcecie/nie zamierzacie przekraczać?

Jakub: Może jestem staroświecki, ale nie wyobrażam sobie naszego zespołu w talent show. Rozumiem produktywość muzyki, ale bycie małpami w cudzym cyrku nie jest dla nas. Dlatego też nie skorzystaliśmy z zaproszenia do Mam Talent; miło że nas zauważyli, nawet jeśli takie zaproszenie otrzymało setki innych zespołów, dziękujemy, poszukamy swojej drogi.  Adam: Oczywiście, w zalewie całej masy muzyki nazwijmy to „konsumpcyjnej” jest bardzo trudno dotrzeć do masowego odbiorcy. Gdzie jest granica, trudno ocenić. Na pewno nie zgodzę się abyśmy zagrali na „dniach golonki” czy wiecu wyborczym jakiejkolwiek partii. Dla mnie przykładem doskonałej drogi jest zespół Tides From Nebula. Ci goście potrafią grać, przykładają się do jakości swoich koncertów, grają ich mnóstwo. I to procentuje. Mnie imponuje ta droga. To jest bardzo punkowe. Bez oglądania się na major labels czy sponsorów, budują swoją markę.

Jak na dzień dzisiejszy kształtuje się bilans Mons – gdzie zagraliście i czy np. konfrontowaliście swoją muzykę z konsumentami hardcore’a?

Adam: Zagraliśmy w sumie dwa koncerty. Raczej kameralne. Dopiero zaczynamy naszą przygodę z występami na żywo. Nie czuję potrzeby konfrontowania MONS ze sceną hardcore. Oczywiście, cieszę się, że kilku moich kolegów z tejże sceny posłuchało naszej płyty. Miłe, że im się to podoba, ale szczerze nie ma to dla mnie wielkiego znaczenia jak scena hardcore zareagowałaby na nas. Gram w tym zespole bo sprawia mi to radość. I tyle…

W jakimś sensie zastanawia mnie okładka waszego mini albumu. Ten las kojarzy się z black metalem, ew. post rockiem a Wy z tym nie macie nic wspólnego. Próbowałem skonfrontować obrazek z tekstami, ale też nic mi nie wyszło. Skąd ten pomysł?

Adam: Okładka to nieco zmodyfikowana kolorystycznie fotografia autorstwa Maćka Smolińskiego. Od zawsze podobał mi się klimat jego zdjęć. Myślę, że oddaje ona sporo klimatu naszej muzyki – jest tu jakaś przestrzeń, jakaś surowość, zagadka, melancholia. Poza tym… “A Forest” – mój ulubiony kawałek The Cure (śmiech…).Mons 3

Parę słów na temat tekstów. Czy fakt, że macie coś wspólnego ze sceną hc/punk (w części) powoduje, że Wasze teksty powinny być bardziej uważnie czytane? Bo przyznam, że, niestety, w większości przypadków, na scenie alternatywnej teksty są albo bełkotliwe albo głupie. W przypadku Mons wyczuwam jednak pewien rodzaj, hmmm, poetyckiego klimatu, pewna chęć zwrócenia uwagi słuchacza na słowo…

Jakub: Poza paroma koncertami i znajomością Adama i Grzecha, mój kontakt ze sceną hc jest minimalny, ale teksty są w Mons bardzo ważne. Muzyka jest dla mnie równie istotna – melodia, puls, frazowanie. Słowa są kolejnym instrumentem, który ma budzić wyobraźnię i emocje. Na początku powstaje jednak muzyka, to ona jest inicjatorem powstania tekstu. Przekaz nie jest sformułowany wprost, ale nie jest też skomplikowany. Stawiam na klarowność treści. W tekstach pojawiają się tematy, które są mi bliskie, to taka forma mojego dialogu z pustą kartką papieru, na której łączę słowa. Dla przykładu, punktem wyjścia do powstania tekstu „Melancholii” była choroba afektywna dwubiegunowa, która pojawiła się w mojej rodzinie i siała niemałe spustoszenie. Ten kontekst przeniosłem na pewien rodzaj pustki, którą, myślę, nosi każdy z nas. Coś na kształt emocjonalnej czarnej dziury, która daje czasem o sobie znać. Jednak kaliber można dostosować do siebie podstawiając pod słowo „nic” co tylko się chce.  Adam: Strasznie się przyczepiłeś tej mojej i Grześka legitymacji punka. Cieszę się, że nie uważasz tekstów Jakuba (bo to on je pisze) za głupie. Jesteśmy za starzy chyba, lub zbyt mało cyniczni aby śpiewać teksty “oł bejbe bejbe”, i chociaż nie jesteśmy zespołem, któremu przyświeca jakaś idea, czy to polityczna czy światopoglądowa, i nie chcemy nikogo nauczać, to chcielibyśmy aby nasze teksty zachęcały do zastanowienia się nad pewnymi, mniej lub bardziej skomplikowanymi sprawami. Mamy też świadomość, że jesteśmy zespołem rozrywkowym, więc nie oczekujemy zbyt wielkiego zaangażowania i strasznych rozkmin w stylu: czy podmiot liryczny w utworze “Powtarzam” mówiąc “idąc w złą stronę” ma na myśli to, że kieruje się ku złu, czy po prostu ucieka od czegoś co go zmęczyło w codziennym życiu… Chociaż mam takie marzenie, że jak już w końcu Jakub przejdzie na wegetarianizm (został nam tylko on do przekabacenia na jasną stronę mocy…) to napiszę o tym tekst… Albo i całą płytę (śmiech).

Wasza muzyka ma w sobie sporą dawkę wspomnianej już zresztą melancholii czy może nostalgii. Słuchałem płytki i zastanawiałem się – za czym w zasadzie tęsknicie?

Jakub: Melancholijna lub nostalgiczna atmosfera naszej muzyki… Myślę że jest trochę odzwierciedleniem naszego stosunku do rzeczywistości. Pozwala przyjrzeć się sytuacjom z perspektywy i z dystansu.  Adam: Tęsknię za spokojem. Za kilkoma dniami w chacie pod lasem. Bez hałasu miasta, bez hałasu mojej jednej czy drugiej pracy. Za długimi spacerami z piesełem. Za takimi przyziemnymi raczej sytuacjami. Nic wielkiego. A może właśnie największego…

A na koniec – proste pytanie: co dalej?

Adam: Dalej to wiadomo – palec w górę i do przodu. Robimy nowe kawałki, szukamy miejsc i osób/zespołów do zagrania koncertów. Próbujemy dotrzeć gdzie się da z naszą muzyką. Bez większego ciśnienia, ale systematycznie. A co z tego wyjdzie, czas pokaże. Kilka osób, na których opinii mi zależało i które są dla mnie autorytetami, wypowiadało się pochlebnie o naszej ep-ce, więc jestem dobrej myśli.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Janek Fronczak