MOANAA – Gotowi na poświęcenia

Popyt na post metale nie słabnie i choć odkrywczość nurtu najlepsze lata ma już za sobą, nadal pojawiają się kolejne grupy, które z tego stołu chcą się najeść. Moanaa niewątpliwie do tej sceny się zalicza, jednak trzeba przyznać, że podchodzi do swojego muzykowania bardzo poważnie. Druga płyta Passage to dopracowane dzieło, które choć nie wprowadza w post metalowym światku zamieszania, jest przykładem solidnego przygotowania i świetnego wydania. W dodatku zespół jest wyrazisty, zdeterminowany i ma sporo do powiedzenia o czym przekonuje nas gitarzysta Łukasz „cHooDy” Kursa. Zapraszamy.

Zastanawiam się, dla kogo był to lepszy rok, dla Moanaa czy dla Ciebie. Biorąc pod uwagę niektóre Twoje posty na fejsie, bliskie spotkania z gwiazdami pokroju Stachurskiego w sklepie w którym pracujesz robią Cię bardziej niż występy na Castle Party (śmiech).

Początek z przytupem, widzę (śmiech). 2016 pod wieloma względami dobrym rokiem raczej nie był, no może z pewnymi wyjątkami. Te śmieszne akcje, które mnie spotykają w pracy to jest tylko jedna strona medalu, niestety – staram się nie dzielić ze znajomymi na fb ludzkim skurwysyństwem a praca z ludźmi nie należy do łatwych, ma w głębokim poszanowaniu moje nerwy i właśnie zwykłego skurwysyństwa w niej pełno. Pewnie, że zawsze fajnie posłuchać Stachurskyego testującego mikrofony, ale zaraz po nim wejdzie ktoś, kto pierwszym zdaniem potrafi podnieść ciśnienie. Dla Moany zdecydowanie lepszy rok, bo udało się zagrać trochę koncertów, znaleźć wydawce i, co chyba najważniejsze, wydać kolejnego długograja – tym razem bez kosmicznych opóźnień – wszystko poszło praktycznie jak w zegarku.

Najbardziej motywujące doświadczenie? Ten gig na Castle Party? Wiele mitów krąży wokół tej imprezy, ale kto by tam nie grał, wraca zadowolony.

Na Castle Party grało się bardzo przyjemnie (mimo średnio przyjemnej współpracy z dźwiękowcem), ale czy ja wiem czy było to jakieś motywujące doświadczenie? Raczej miła odskocznia, bo to faktycznie jest nieco inny świat, no i naprawdę gruba impreza (śmiech). Jeżeli chodzi o samą motywację, to u mnie ona raczej wychodzi ze środka, rzadko kiedy coś z zewnątrz pcha mnie do działania, najpierw muszę sam sobie pewne sprawy wytłumaczyć. Raczej panuje demokracja, ale oczywiście nikt na siłę nie będzie nikogo prosił o wyrażenie swojej opinii na dany temat – chcesz to masz wpływ na to co się dzieje. Nie chcesz? Trudno, decyzje zostaną podjęte bez ciebie i tylko spróbuj później mieć do czegoś ale (śmiech). Tutaj bardziej chodzi o to, od kogo wychodzi jakakolwiek inicjatywa. Ja raczej skupiam się na komponowaniu i przewalaniu przez łapy gitar i efektów w poszukiwaniu brzmień a co za tym idzie inspiracji. Od kiedy w zespole jest Kvass, większość obowiązków „okołozespołowych” spadło z moich barków na jego (albo raczej on je po prostu przejął), przez co mogę tę samą energię spożytkować w innych rejonach.mo

Samo pojawienie się Kvassa, przynajmniej ja tak uważam, musiało dodać wam sporego kopa. To niezwykle kreatywny człowiek, a w dodatku, i chyba obaj się co do tego zgodzimy, fantastyczny wokalista. Tylko ciężki charakter (śmiech).

Widzę, że znasz go całkiem nieźle (śmiech). Fakt, Rafał pcha sporo rzeczy do przodu, siedzi na scenie już trochę czasu przez co ma naprawdę sporo doświadczenia i kontaktów, jest też świetnym grafikiem, ogarnia wszelkie składy do drukarni itd. Ale jest też i druga strona medalu – przez to, że siedzi tyle lat w tym wszystkim, w 99% sytuacji widzi tylko jedną prawdę – swoją. Nie będę ukrywał, że jest to główna przyczyna mniejszych bądź większych tarć w kapeli (śmiech).

Nie trzeba go znać osobiście, co śledzić jego aktywność w sieci. Poza tym, jak na zapalonego maniaka gier, albo ich projektanta, powinien mieć więcej luzu (śmiech). Ale skoro nie ma go w życiu, to w muzyce, bo na tym polu w Moanaa odwalił kawał fenomenalnej roboty. Wydaje mi się, że pod tym względem to najlepsze (i oczywiste) co was mogło spotkać.

Gadaliśmy z Kvassem, nawet nie tak dawno, czemu dopiero dwa lata temu zdecydowaliśmy się na stałą współpracę – w końcu był obecny gdzieś tam na obrzeżach od samego początku zespołu a znaliśmy się jeszcze trochę wcześniej. Do jakich wniosków doszliśmy? „Chuj wie, tak wyszło po prostu, lepiej późno niż wcale” (śmiech). Z wokali jestem bardzo zadowolony, tym bardziej wybiegając myślami w przód, bo zdecydowanie nam teraz daleko do wpasowywania w naszą muzykę deathmetalowych growli.

I to cieszy, bo z zespołu czerpiącego garściami z Isis, Cult of Luna, staliście się przyjemną dla oka i ucha odskocznią od ściany dźwięku na rzecz przestrzeni, głębokich melodii i klimatu niczym z płyt Katatonia. Choć to nadal „post-cokolwiek” to sprawia wrażenie kompletnego restratu Moanaa.

Może się to wydawać restartem, dla nas był to jednak naturalny proces. Nie bawi mnie nagrywanie kolejnych „Descentów” a tym bardziej ponowne komponowanie takich numerów. Poza tym, między „Descent” a „Passage” były tak naprawdę ze cztery lata przerwy – pamiętasz na pewno, że mieliśmy ciężkie przeprawy przy nagrywaniu poprzedniej płyty. Cztery lata to kupa czasu, dużo się zdążyło w nas pozmieniać, co się przełożyło na muzykę, którą gramy.

Może i cztery lata, ale szybko zleciało. A przynajmniej dla mnie. Nie śledziłem aż tak waszych losów, za to wiem, że los mimo pasma małych sukcesów kładzie kłody pod nogi. Stabilizacja składu w kapeli – umówmy się – prog rockowo/metalowej to aż taki problem? W Bielsku nigdy nie brakowało ludzi zakręconych na punkcie takiej muzy…

W Bielsku zawsze brakowało ludzi. Przecież w tym mieście nie ma czegoś takiego jak scena muzyczna, co przy 180 tysiącach mieszkańców, brzmi jak jakiś absurd! Jest sto pięćdziesiąt kapel siedzących w piwnicach Befamy, chlejących co weekend piwsko i grających do wytłoczek na ścianach. Uczciwie, bez szperania w necie – ile koncertujących kapel z Bielska potrafisz wymienić? Trzy? Cztery? A ze stabilizacją składu chyba zawsze pojawiają się problemy w momencie, w którym zespół zaczyna wymagać pewnych poświęceń i coraz większego wkładu czasu oraz pracy – a niestety, jak się chce iść do przodu, to roboty jest coraz więcej. Do tego jeszcze trzeba wytrzymać ze mną i z Kvassem, a to już jest naprawdę spora czara goryczy do wypicia (śmiech).

Wydaje mi się, że trochę przesadzasz. Poza tym, patrzysz tylko przez pryzmat metalu. Ale owszem, drugiego Newbreed nie będzie. Moanaa mimo – jak sam powiedziałeś – raczej mozolnego tempa pracy, działa z pietyzmem co widać po recenzjach płyty. Łechce to ego, czy bardziej motywuje do wytężonej pracy?

Patrzę przez pryzmat metalu, rocka, alternatywy i elektroniki. Jazzu i bluesa nie uwzględniłem w równaniu, ale serio, dla mnie w Bielsku brakuje czegoś takiego jak scena. Czy łechce ego? Gdzieś tam trochę na pewno, chyba każdy lubi czuć się doceniony. Do pracy raczej motywuje w minimalnym stopniu, bo tak jak mówiłem wcześniej, bodźce zewnętrzne bardzo rzadko popychają coś u mnie w sferze twórczej. Nie, naprawdę nigdy nie napisałem smutnego/wściekłego kawałka po rozstaniu z kobietą (śmiech).

A ja właśnie się rozstałem i gdybym pisał muzę pewnie byłoby to coś zdecydowanie hard (śmiech). Słuchaj, a co z dealem u Krzyśka (Arachnophobia Records) bo to też ciekawa sprawa, wszak jest to dość szanowana postać na naszym rynku, w dodatku bezbłędnie dobierająca artystów do katalogu.

Kvass coś tam do nas zagadał, że jest taki gość co może by nas chciał wydać, chwilę później pojechaliśmy na dwutygodniową trasę, na której jegomość ten był obecny, pogadaliśmy, warunki dostaliśmy tak dobre, że przez moment trawiłem, czy to aby nie jakiś podły żart… No ale co? Trasa się skończyła a deal został (śmiech). Nie wiem za bardzo co dodać, poza tym, że Słyżu jest po prostu gość 10/10 i naprawdę się cieszymy z tego, że zaproponował nam współpracę.

Gość w pewnym sensie totalnie zajawkowo ratuje ten nasz polski underground. Wszystko co wydaje jest nie dość, że nomen omen – wydane na tip top, to nie uświadczyłem jeszcze słabego nagrania opatrzonego logo szanownego bardzo dobrego kolegi. Moanaa dość znacząco odstaje od dotychczasowych pozycji w jego katalogu i to pozwala wierzyć, że facet ma nie tylko łeb na karku ale i otwartą głowę. A skoro o tym mowa, co z negatywnymi opiniami? Ktokolwiek odważył się skrytykować ten matex? Obrzucić was błotem za babranie się w smętach i quasi-postrockowym bagnie? (śmiech)

Pewnie, że trochę dostaliśmy po łbach (śmiech). Dziwi mnie, że chyba nawet bardziej niż przy „Descent”, ale raz, że zasięg się trochę powiększył, a dwa, to jednak była inna płyta – powiedziałbym, że prostsza w odbiorze. „Passage” jest gęstsza, więcej się dzieje, ale jest bardziej „poukrywane”. Ktoś nam gdzieś mimo to zarzucił, że nie poszliśmy ani o krok do przodu od ostatniego albumu (śmiech). Nie no, co człowiek to opinia – nauczyłem się już jakiś czas temu nie przejmować recenzjami.

Gotowi na poświęcenia

Gotowi na poświęcenia

A scena jako tako cię interesuje? Akcje pokroju wpisowego na Metalmanie?

Sceną akurat mocno się interesuję, ale od jakiegoś czasu nie mam już ochoty brać udziału w facebookowych gównoburzach – raczej jestem cichym obserwatorem. Wystarczy, że co drugi dzień trafiam na artykuł/dyskusje, od której po pięciu minutach boli mnie czoło od strzałów z otwartej.

To czego jej brakuje, bo przecież nie wartościowych artystów?

Mam odpowiedzieć jako marzyciel czy realista? Scenie brakuje widowni. Po prostu. Byłem na dziesiątkach gigów naprawdę fajnych kapel, na których było 15 osób. Zawsze mnie to przybijało. Małe frekfencje = mniej koncertów, ledwo zipiące bandy, frustracje, rozczarowania, mało „ludzi sceny” chętnych organizować gigi/trasy bo mało kto ma dziś kasę do wtapiania na kulturę. Marzy mi się (to tak totalnie po prostu marzy, bo nie ma na to szans), żeby polskie kapele mogły liczyć na jakieś wsparcie od państwa. Obstawiam, że połowa ludzi czytających ten wywiad wybuchnie teraz śmiechem, ale serio, jak się popatrzy na Skandynawię to ciężko nie poczuć lekkiego ukłucia zazdrości. Dotacje na trasy w ramach promowania kultury norweskiej/szwedzkiej/fińskiej to jest standard – gadałem w RudeBoyu o gigu z chłopakami z Moon Coven – fajny band, oczywiście na koncercie dziewięć osób – a oni, że luz, że fajnie, że wpadliśmy i się nam podobało i że nie, nie martwią się, bo trasę im zasponsorowało państwo. Teraz sobie na szybko podlicz ile kasy musiałby sobie odłożyć podziemny band z Polski, żeby pojechać na trasę po Skandynawii…

W UK loteria narodowa finansuje młodzieży sprzęt. Czaisz, gdyby lotto dopłacało Ci do gratów? Ale widzisz, jest i drugie dno, żeby bawić się w kapele jak w Skandynawii goście płacą ogromne podatki z tytułu prowadzenia takiej a nie innej działalności gospodarczej. Kapela X, Y czy inne Meshuggah to legalnie działająca firma.

No i ekstra, przynajmniej nie muszą operować w „szarej strefie”. Płacą podatki, ale ogromne tylko na „nasze” standardy – Meshuggah czy Opeth to akurat giganci, jednak jest masa małych, podziemnych kapel, które też jakoś sobie radzą z koncertowaniem i sprzedażą płyt. Skoro chłopaki po 20-25 lat mogą sobie sklecić kapele, pojechać na europejską trasę i nie wyglądać na specjalnie przerażonych, że mają po 10-15 ludzi na gig, to chyba nie jest aż tak źle. Przymus zalegalizowania bandu, żeby móc z niego wyciągnąć jakąkolwiek kasę wcale nie wydaje mi się złym pomysłem – oczywiście nie mówię o polskich standardach, bo umówmy się – jakbyśmy mieli płacić po 1200zł ZUSu co miesiąc, to po roku prawdopodobnie mielibyśmy wszystkie swoje instrumenty w okolicznych lombardach i zablokowane połączenia od nieznanych numerów w obawie przed komornikami (śmiech). Takie oficjalne zarejestrowanie kapeli niesie też ze sobą dodatkową korzyść – wydaje mi się, że taka sytuacja bardzo szybko wyjaśnia, komu faktycznie chce się grać, a kto traktował dany band jako zabijacz czasu i spoko okazję do chlania.

Myślisz, że ludzie nadal grają „ciężki metal” żeby sobie tylko pochlać?

Musisz kiedyś wpaść w piątkowy wieczór do bielskiej Befamy (jest tam przynajmniej ze 40 kanciap) i popatrzeć ilu ludzi gra, a ilu daje w szyje (śmiech). Z tym zabijaczem czasu i chlaniem to trochę takie uproszczenie zastosowałem. Chodzi mi bardziej o podejście większości ludzi, o ich totalnie oderwane od rzeczywistości wyobrażenia, o brak większego zaangażowania i ślizganie się tylko po powierzchni tematu. Chcesz grać więcej, częściej i dalej to musisz pracować więcej i częściej, nikt z Roadrunner Records nie napisze nagle sam z siebie, nie staniesz się super gwiazdą z dnia na dzień. Wydaje mi się, że przez takie właśnie siedzenie na dupach i kombinowanie, jak tu się wybić a się nie narobić, tyle zespołów porywało się na wszelkie talent show, na próbę popchnięcia swojej muzyki w większości kompletnie niewłaściwym ludziom – szarej, nieświadomej masie. Nigdy nie rozumiałem tego chodzenia na skróty, i zatracanie przez to swojej własnej tożsamości.

Bo mało kto tak naprawdę wie o co w tym metalu chodzi. Młodzi adepci, a starzy zresztą też, kompletnie nie kumają czysto biznesowej strony tego tematu, stąd tak jak mówisz, przekonanie, że nagle ktoś się Tobą nie zainteresuje. Jak nie zapłacisz komu trzeba, to nie zagrasz ani trasy z dużym zespołem, ani nie jebniesz supportu, chyba, że u Poliego za kratę wiśniówki. To zderzenie z rzeczywistością powinno tłamsić zapędy i marzenia o „karierze”, a mimo to, żeby daleko nie szukać na takim rockmetal.pl, ludzie nadal „szukają właściwych ludzi” do grania „hard rocka” czy innego „alternatywnego metalu”.

To płacenie za support wydaje mi się akurat bardzo stulejarską praktyką… Widzisz, moim zdaniem po prostu trzeba robić swoje na 100%, znaleźć swoje miejsce i cisnąć ile wlezie. Trzeba też być gotowym na poświęcenia, czasem małe, czasem duże. Pamiętam jak dostałem telefon, chyba w poniedziałek koło południa, że jest miejsce na support Philm, Tyle, że gig jest za dwa dni we Wrocławiu. 20 minut na obdzwonienie wszystkich, wolne pozałatwiane (choć nie wszyscy u nas mają z tym łatwo) i gig klepnięty. Dwa dni później paliłem skręta z basistą a Lombardo pożyczał stopę od naszego garowego, bo dzień wcześniej ich okradli (śmiech). Firlej pełny, koncert udany – zajebiste wspomnienie. Ale do sedna – jakby mi w pracy powiedzieli, że nie ma opcji i nie dostanę wolnego, to na 99% bym tą robotą po prostu jebnął. Co do ogłoszeń o „właściwych ludzi” – w sklepie, w którym pracuję mam ze 20, niektóre wiszą od dwóch lat i są wciąż aktualne. Druzgocąca większość tych ludzi nie nagra nigdy nawet ep-ki.aa

A potem gra na trąbce i męczy Twoje uszy. Jak to jest z muzykami przychodzącymi do sklepu muzycznego. Sądząc po niektórych Twoich wpisach, to niemal wszyscy pomylili lokale..

Albo to mi się wydaje, że pracuję w sklepie muzycznym a tak naprawdę siedzę w kaftanie w pokoju bez klamek i rozmawiam ze ścianą. Jak się dzielę jakimiś sytuacjami z pracy, to raczej tymi śmiesznymi/niedorzecznymi. Jest cała masa świadomych muzyków, którzy są bardzo fajnymi ludzmi, tyle, że tego po prostu nie raportuje. No bo co? Mam napisać, że dziś był u mnie ten i ten, kupili to i to, był bardzo uprzejmy i w ogóle? (śmiech). Ja bardzo lubię to co robię, pozwala mi to choćby trzymać łapę na pulsie w świecie sprzętu – to dla mnie ważne. Jest to jednak praca w handu/usługach, praca z ludźmi – a oni, jak nikt inny, potrafią niebotycznie wkurwiać.

Gdybyś miał sprzedać komuś wasz ostatni album, jakimi słowami byś go opisał?

Trudne pytanie, bo ja nie chcę sprzedawać tej płyty, tylko chcę, żeby ludzie ją kupowali – nie wiem, czy jest to do zrozumienia (śmiech). Dobra, spróbuję… Jeśli potrafisz skupić uwagę na kawałkach, które trwają dłużej niż pięć minut, jeśli szukasz muzyki, która zabierze Cię w nieco inne otoczenie i pozwoli Ci w nim pomyśleć, to będzie trzydzieści złotych. Tylko gotówka (śmiech).

Rozmawiał Grzegorz Pindor

Zdjęcia: Marcin Pawłowski