MILION MUCH – Sprawa jest poważniejsza

Pamiętacie taki zespół jak Mikirurka? Pisaliśmy o nich w 2011 roku, potem słuch o krakowskiej grupie zaginął, a teraz okazuje się, że muzycy wcale nie zbastowali, wręcz przeciwnie, mają się dobrze, działają i to na różnych frontach, a jeden z nich zwie się Milion Much. Z tymi bardziej znanymi Muchami nie mają nic wspólnego, grają mocnego rocka, a ich debiutancki long wstydu im nie przynosi. Być może nie zrewolucjonizują sceny w naszym kraju, ale jest szansa, że trochę tu i ówdzie z powodzeniem pohałasują. W dodatku, wiemy, że w przygotowaniu jest nowy materiał, zatem, najwyższy czas, żeby zaprezentować zespół na naszych łamach. Oprowadzającym jest szarpiący cztery struny Basik. 

Na dobry początek coś na temat historii – musi bardzo się wam w Krakowie nudzić, skoro nowy zespół powołaliście do życia – jak to z Wami było?

Nasz poprzedni band, czyli Mikirukra, uległ w 2012r ostatecznemu rozkładowi, ale część z nas nadal czuła potrzebę grania w podobnym składzie. Grzegorz Szot, gitarzysta, naciskał i naciskał aż w końcu uległem. Tak oto sformowaliśmy Milion Much. Dodam, że to właściwie duża część składu Mikirurki: Piotrek Warszawski, Szot, Greg oraz ja. Jerek – perkusista, grał w pobocznym projekcie razem z Piotrkiem oraz Szotem.

Wrócę jeszcze do Mikirurki – co się stało, że trzeba było się rozpaść i… powstać w zasadzie w podobnym składzie? Zawsze mnie coś takiego dziwi…

Myślę, że nie odpowiadał nam kierunek w jakim to wszystko zmierzało. Tzn. może nie kierunek muzyczny, ale ten „wizerunkowy”. Z Mikiego robił się powoli swego rodzaju „jajcarski” band – przynajmniej powierzchownie tak to wyglądało. Wiesz, przebieranki i inne wygłupy, niekonieczne przeze mnie aprobowane. Z drugiej strony, nikt z nas (obecnych w MM) nie miał na tyle siły, żeby prowadzić ten zespół w innym kierunku. Poza tym – mówię o sobie – przestałem się czuć komfortowo w towarzystwie Mikirurkowym.

Sprawa jest poważniejsza

Sprawa jest poważniejsza

Czyli takie trochę, hmmm, wyjście z krótkich spodenek?

To nie do końca tak, że nagle robimy super poważne rzeczy i wbiliśmy się we fraki. Po prostu są różne rodzaje humoru…

Zastanawiam się czy to była kwestia Was samych czy raczej faktu, że zmienialiście się powoli w – nie zrozum mnie źle – Big Cyca czy Cremastera alternatywy?

Big Cyc to dobre porównanie (śmiech). Właśnie w takie sztubackie klimaty mogło się to zamienić. Na pewno jest to także personalna ewolucja, ale mogę mówić tylko za siebie. Poza tym, wszyscy w MM czujemy, że to co robimy nie jest wymuszone. To jesteśmy my, jesteśmy teraz sobą. Brzmi banalnie, ale to jest pewne osobiste odkrycie. Grasz z ludźmi, z którymi dobrze się rozumiesz, tak po prostu. Z tego zawsze wyjdzie coś dobrego. Oczywiście, jeśli opanowałeś na tyle swój instrument.

Zastanawiam się nad mechanizmem – wychodzicie z próby, mówicie sobie: ok, zespół stał się przeszłością. Po czym na drugi dzień wracacie na salę i mówicie – aha, dzisiaj zaczynamy jako Milion Much… Wiesz co to przypomina? Małżeństwo po rozwodzie, które jest zmuszone nadal mieszkać ze sobą w jednym mieszkaniu (śmiech).

Nie jestem żonaty, ale widziałem to na filmach. Historia była inna – od rozkładu Mikiego do powstania Much upłynęło jednak trochę czasu, ten proces był płynny. Nikt nikogo do niczego nie przymuszał, nie mieliśmy wspólnych bachorów. Inicjatywa wspólnego grania wyszła oddolnie od Szota, który namawiał Grega i mnie, żebyśmy coś w końcu razem zrobili. Jako, że dobrze się dogadywaliśmy, nie musiał męczyć długo. Ale nie było zamierzenia: wyjdźmy z zespołu po to, żeby sformować inny. Takie działanie to zazwyczaj zakamuflowane „fuck you” w kierunku członków z poprzedniego składu. Tzn. zamiast wyrzucić kogoś z bandu, usuwasz się sam, a przy okazji robi to parę innych osób. To nie tak…

Ale polityczne rozwiązanie – tak zakręcić, by ktoś myślał, że wcale nie został wywalony. W porządku – musieliście mieć jakieś założenia, w jaki sposób tworzyć muzykę, w którą stronę pójść, jak zacząć. Był jakiś teoretyczny background?

Mikirurka bazowała wyłącznie na piosenkach napisanych przez Piotrka Warszawskiego. W pewnym sensie stała się była coverbandem bo brała materiał Piotrka i odwzorowywała niemal 1:1 w stosunku do „demówek”, które on nagrywał w domu. W Muchach realizujemy zupełnie inny model. Każdy przynosi materiał i wszyscy mają wkład w kompozycje. Innych założeń ideologicznych nie ma. Robimy co nam się podoba. Każdy może się wyżyć.Milion Much

Ok, podkreślasz fakt dużo poważniejszego podejścia do tematu, ale przecież i tu wyczuwam sporą dozę przekory i jaja – chociażby nazwa zespołu, tytuły w rodzaju „Le Blues de la Muche” itp… A tak w ogóle – skąd pomysł na nazwę?!

Mogę się mylić, ale nazwa najprawdopodobniej wzięła się z tekstu Piotrka z jednej z jego „home recordingowych” piosenek (którą z resztą nagraliśmy na debiucie). Nazwa zespołu niekoniecznie musi być bardzo istotna. Nie przykładaliśmy do tego jakiejś specjalnej wagi. Z czasem doceniam jednak jej znaczenie. Na pewno nie odbieram jej totalnie żartobliwie, mimo, że tak brzmi i kojarzy się jednoznacznie. Na przykład istnieje wiele zjawisk – niekoniecznie muzycznych, które pomimo tego, że są naprawdę gówniane przyciągają miliony fanów. I jest to fascynujące.

Ale ktoś może pomyśleć, że tytułując się tak chcecie pokazać, że będziecie milion razy lepsi od zespołu Muchy…

A nie jesteśmy? Tak na serio, nie mieliśmy tutaj ich na myśli, pewnie są ok…

No właśnie, muzyka… Jak to z nią jest? Rock? Tylko rock? A może trochę stoner? A może ciut polskiego rocka, gdzie się sadowicie z płytą „’78-’89”?

Żaden stoner. Wydaje mi się, że słowo „stoner” ma teraz przylepione na czole każda kapela, która gra triolowe riffy i growluje. Większa cześć zespołów „stonerowych” nie ma nic wspólnego z tym gatunkiem i nie ma pojęcia o takim graniu. Widziałem nawet zespół punkowy, który miał ten „stoner” w opisie… To jest słabe, ale koniunkturalnie poprawne. Takich naprawdę stonerowych zespołów, czerpiących z wczesnego Monster Magnet czy nawet Hawkwind jest niewiele. Np. Ampacity jest faktycznie zespołem, który tego „stonera” ma w sobie dużo. Choć oczywiście to uproszczenie, bo goście wychodzą daleko poza jedną szufladę.

milionmuch-78-89

MILION MUCH – ’78-’89  Krakowski band uchyla się od jednoznacznej deklaracji, co do własnego stylu, zatem zrobimy to za nich. Milion Much gra „po prostu rocka”. Rasowego, dobrze zaaranżowanego. Z iskrą w postaci świetnych riffów i wyraźną przynależnością do rodzimej ziemi, nie tylko za sprawą polskich tekstów, ale także tej specyficznej, niejako słowiańskiej maniery. Z tym, że w opisywanym przypadku nie jest to wada a raczej umiejętne korzystanie z naszej tradycji. W porównaniu z Mikirurką, faktycznie, więcej tu powagi i pewnego zadziora. Choć nadal nie brakuje lekkiego przymrużenia oka tu i ówdzie, czasami w tekście, czasami w dźwiękach, jednak granica dobrego smaku/wygłupu nie zostaje przekroczona. Niby nie ma tu stonera, ale „Klej na łapie’ ma w sobie coś z maniery Kyuss, szczególnie w partiach gitarowych. Podoba mi się „rasowość” tej muzyki. Posłuchajcie „Daleko od szosy” czy „Najgorszego dnia”. Toż to stylowe, solidne i zagrane z nerwem rockowe petardy. Jasne, że nie ma tu odkryć na miarę XXI wieku i wszystko już gdzieś słyszeliśmy, ale zespół odwala swoją robotę profesjonalnie i ma dryg to konstruowania fajnych, bujających numerów. No i czasami wychwytuję w tym lekki posmak klimatów z poletka Jesus Chrysler Suicide. Materiał, który jest ponoć kompilacją pomysłów z pierwszego okresu działalności, prezentuje sie nader spójnie, choć wyróżniają się takie rodzynki jak balladowy „Le Blues de la Mouche” i zagrany z niemal symfonicznym rozmachem „Klient”. Dostajemy zatem dosłownie wszystko, co powinien oferować rasowy, rockowy album. Nic dodać, tylko czekać co będzie dalej. Drzwi nie wyważają, ale pewnie przez nie przechodzą.

Dobra, tu się zgadzamy w wizji skundlenia piaskowej muzyki, ale sprytnie nie chciałeś odpowiedzieć co w zasadzie Wy gracie? No i rozumiem, że „palicie wciąż to świństwo”?

No właśnie nie palimy nic, więc co to za stoner. Nawet fajki rzuciliśmy. Co gramy? Z tym jest problem na większą skalę. Sam nie umiem tego określić, trudno nam przypisać się do jakiegokolwiek nurtu, stąd wieczne problemy ze znalezieniem zespołu do zagrania wspólnego koncertu tak żeby pasował stylistycznie. Dla mnie celem jest robienie po prostu ciekawych piosenek. Zarówno chwytliwych i dynamicznych. Takich, które sprawdzą się na koncercie, ale nie wpisują się w rock’n’rollowe klisze. Gatunek muzyczny jest mało istotny. Nie jest to metal, nie jest to punk, nie jest to noise-rock. Ale wiem jedno: na bank nie jest to reggae !

A może właśnie reggae, kto to może wiedzieć… Wspomniałeś o problemach ze znalezieniem towarzyszy na scenie, zatem coś o sztukach – gdzie daliście się poznać, kto rzucał w Was butelkami i jaki był największy, dotychczasowy sukces?

Gramy bardzo chętnie i myślę, że scena to miejsce gdzie realizujemy się najpełniej. Nie gramy intensywnych tras, ale na każdym pojedynczym koncercie wypruwamy sobie flaki na scenie. Nasz największy sukces to jak do tej pory koncert w Norymberdze; udało nam się wygrać konkurs – Majsterstuck – tutaj w Kraku. W nagrodę zorganizowano nam koncert i przyznam, że była to doskonała przygoda. Wiesz, podróż, sympatyczni ludzie; chce się więcej i mamy jakieś tam plany odnośnie koncertów za granicą. Poza tym, nad naszym zespołem ciąży klątwa bo po naszych koncertach zamknięto kluby w Nowym Targu oraz w Rybniku.

Co jeszcze udało się Wam zepsuć podczas kariery?

Tak, dwa kluby zamknięte jak do tej pory. Nikt nie chce zapraszać z tego powodu. Ale staramy się nic nie psuć na siłę, zawsze przypadkiem. Na pewno psujemy sobie zdrowie na scenie. To jest intensywne przeżycie fizycznie i emocjonalnie.

Jakie są szanse by się wybić w Polsce? W sumie cały czas uważam, że to za mały kraj na taką ilość zespołów. Macie jakiś pomysł?

Pewnie trzeba iść za trendami, kopiować zachodnie zespoły, dokleić sobie „stoner” na plakacie… nie wiem… Nie chcę, żeby to brzmiało arogancko, ale nie interesuje nas wybicie się. Chcemy działać, spełniać się. O to jest dobre słowo – spełniać się. Kreatywnie, twórczo. Faktem jest, że na koncerty niezależne przychodzi mało ludzi i nie cieszą się popularnością. Dlaczego? Ja mam wrażenie, że w ogóle mało ludzi słucha muzyki. Tzn. nie interesują się muzyką. Muzyka jest tylko dodatkiem do czegoś. Leci w radio u fryzjera, albo w supermarkecie.MM2

A może właśnie TRZEBA być aroganckim, bo to powoduje, że zwracasz się na coś uwagę. Jaki zespół zostanie zapamiętany? Ten który zagra dobry koncert, czy ten, który zagra na rozstrojonej gitarze, którą rozwali komuś na głowie?

Jasne, rozwalenie łba gitarą to dobry pomysł i na pewno jest to świetny koncert. Tylko ktoś musi najpierw przyjść i to zobaczyć.

Jak raz rozwalisz, to na następny już przyjdą (śmiech).

W tej chwili tzw. promocja to spamowanie FB i internetów. Nam się nie chce. Ale odpowiadając na Twoje pytanie: szansa na wybicie jest naprawdę niewielka. My jesteśmy leniwi, ale obserwuję znajome zespoły, które brną w zaspach, na przekór i walczą ciężko o jakąś tam pozycję. To wymaga na pewno wiele konsekwencji oraz wyrzeczeń, wiesz, praca, rodzina itd. Chyba innej drogi nie ma niż taka praca u podstaw. Na szczęście, jest jednak wielu sprzyjających ludzi, którzy chcą promować muzykę niezależną.

I na koniec pozostaje mi jedno pytanie – co dalej? Jakie będą Wasze następne kroki?

W tym roku planujemy wydać drugi album. Nagraliśmy go w grudniu 2015, na tzw. „setkę” i na razie jest w fazie powolnej produkcji. Nie spieszy się, ale nie chcemy powtórzyć sytuacji, przy nagrywaniu debiutu, gdzie z rozwleczonych sesji nagraniowych zrobiła się archiwalna kompilacja. Myślimy też o kilku teledyskach bo to zawsze dobra zabawa. Na koniec oczywiście koncerty i nowy materiał, który nie ma jeszcze kształtu, ale chciałbym, żeby było to coś innego niż dotychczas. Więc może album stonerowy, he, he…

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu/Dominika Filipowicz