MICHAŁ SPRYSZAK – „Legion” i „Duch” na jednej półce

„Teksty piszę zazwyczaj w nocy, ideałem jest pełnia księżyca. Robię wtedy niewielkie nacięcie na lewej ręce i maczam w nim krucze pióro, którym następnie kreślę po omacku na jednej ze ścian mojego mieszkania”.

Metalowe teksty to temat dla dobrego psychiatry. Z jednej strony mamy całą masę okropieństw, przechodzących często w smutną refleksję nad życiem, gdzieniegdzie zabarwioną okultystycznym skrzywieniem. Z drugiej strony mamy samych artystów, którzy nie raz nie dwa dawali do zrozumienia, że tekst jest potrzebny do tego, żeby w zespole mógł funkcjonować wokalista. Nie dziwi zatem, że teksty często pisane są na kolanie i godzinę przed wejściem do studia. Na całe szczęście, są też zespoły, które do tematu podchodzą z sensem i zamiast udawać poetów, korzystają z umiejętności prawdziwych wirtuozów słowa. Przy okazji premiery nowej płyty Masachist udało mi się namówić autora liryków ze „Scorneed” na ciekawą pogawędkę. Poniżej Michał Spryszak, znany nie tylko z łamów Violence, ale także z nieodżałowanego Blackastriala zdradzi, przy jakich fazach księżyca najlepiej pisze się mu krwawe, metalowe  opowiastki…

 

 

Najczęściej przyjmowane w temacie tekstów są dwie postawy. Czyli totalna szczerość a’la Grave – „my zawsze piszemy o tym, że człowiek nie idzie do nieba” albo głupota w stylu „tak, teksty są bardzo ważne, ale napisane tak, żeby każdy mógł je zinterpretować indywidualnie”. Do jakiej szufladki wrzucimy liryki z płyty „Scorned”?

Jeżeli stawiasz sprawę w taki sposób, że do jednej szufladki od razu przyklejasz słowo głupota, a do drugiej moją ulubioną płytę Grave, to w zasadzie nie mam się nad czym zastanawiać. Każdy z moich tekstów ma jakąś treść, którą bez większych problemów mogę wyłożyć, jeśli ktoś mnie o nią zapyta. Nie mam jednak nic przeciwko indywidualnej interpretacji, o ile nie są to bzdury w stylu komentarza do artykułu na jednym z większych krajowych portali, gdzie ktoś napisał, że skoro kawałek nazywa się „Crush Them!” to na pewno chodzi w nim o to, żeby zmiażdżyć Chrześcijan i ich kościół. Nie powiem, rozbawiło mnie to, ale jednak wolałbym aby ludzie najpierw czytali te teksty, a dopiero potem wypowiadali się na ich temat. Każdy z tekstów na „Scorned” dotyczy czegoś innego, ale generalnie mówią one o wewnętrznym rozwoju i życiu jako ciągłej walce. Jak na death metal przystało, jest to pokazane przez pryzmat przemocy, cierpienia i śmierci. No i oczywiście po tej śmierci nie będzie żadnego nieba, nigdy go nie zobaczycie! Uwielbiam ten album Grave.

Jakie są Twoje preferencje – lubisz bardziej te filozoficzno – okultystyczne poezje, czy raczej polityczno – socjalne manifesty? Masz swoich faworytów wśród zespołów metalowych?

W zasadzie lubię i jedno i drugie, pod warunkiem, że pasuje to do muzyki i że czuć w tym pasję. Nie muszę się zgadzać z tym, co wykrzykuje wokalista, ale jeśli słyszę, że wypruwa sobie flaki i faktycznie ma coś do powiedzenia, to zazwyczaj mi się to podoba. Dlatego pasują mi zarówno teksty The Smiths jak i Blasphemy, choć jedne i drugie nie mają wiele wspólnego z tym, jak sam podchodzę do życia. Lubię tak różnorodną muzykę, że czasem dziwię się, że moje płyty nie toczą między sobą żadnych walk na półce. Może robią to kiedy śpię i wtedy na przykład „Legion” znienacka rzuca się na „Ducha” Armii i zaczyna go podgryzać?

Teksty metalowe to jednak zazwyczaj dodatek, dzięki któremu sankcjonuje się obecność zawszonego wokalisty w zespole. Uważasz, że są jakieś metalowe bandy, które mają szansę oddziaływać na słuchaczy tak jak zespoły ze sceny hc/punk czy raczej taka możliwość nie istnieje?

Jestem pewny, że to się zdarza. Popatrz choćby na black metal. Niby swoje najlepsze lata ten gatunek ma już za sobą, ale jednak wciąż powstają nowe zespoły i na pewno przynajmniej część z nich traktuje poważnie tematykę z nim związaną. Smutne jest jednak, kiedy ktoś bezkrytycznie przyjmuje wszystko, co związane jest z jego ulubioną muzyką. Wiadomo, że większość z nas przeszła za młodu przez taki etap, ale jeśli człowiek przez całe życie powtarza pewne rzeczy nie zastanawiając się nad nimi, to jest to dość kiepska sprawa. Mimo wszystko sądzę, że jeśli ktoś wychowuje swoje dzieci na muzyce Slayer i Motőrhead to wyrosną one na porządnych ludzi.

autor przy pracy

autor przy pracy

 Jaka płyta – pod względem tekstowym – wywarła na Ciebie piorunujący wpływ – jest taki krążek/krążki?

Na pewno „Nowa Aleksandria” Siekiery. Tak mało słów, a ile treści. Niesamowita jest też „Songs of Love and Hate” Cohena. To jest taki ładunek emocji, że nie jestem w stanie często tego słuchać. Z metalowych rzeczy bardzo cenię sobie „Fear, Emptiness, Despair” Napalm Death, gdzie teksty były jakby mniej moralizatorskie, a bardziej osobiste i trudniejsze w interpretacji. Pod względem stylu uwielbiam teksty Fenriza ze środkowego okresu Darkthrone (od „Total Death” do „Sardonic Wrath”), są tam naprawdę niesamowite rzeczy. Genialna jest „Opowieść zimowa” Armii, Klaus Mitffoch… Przy większości tych tekstów czuję się malutki. To jest temat na długie nocne rozmowy, mógłbym jeszcze wiele rzeczy wymienić.

Kolejną, spotykaną chyba głównie na scenie metalowej (a częściowo może i na hc…) rzeczą są tzw. komentarze do tekstów. Osobiście uważam, że szczytem tej formy, który później nie miał już miejsca jest płyta „Black To The Blind” – to majstersztyk okultystycznych bajań, połączony z solidnym i raczej nie  – przesadzonym komentarzem. Sądzisz, że coś takiego ma sens, czy niepotrzebnie zajmuje booklet płyty?

Wiesz, my nawet zrobiliśmy coś takiego z Masachist przy okazji pierwszej płyty. Po części był to ukłon w stronę Vader właśnie, bo w czasach „De Profundis” i „Black to the Blind” obaj z Thruflem uwielbialiśmy ten zespół. Zresztą szacunek za stare dokonania pozostał do dzisiaj. Nie wydaje mi się jednak, żeby wyszło nam to tak dobrze jak w przypadku Petera i spółki. Zresztą u nich to było bardziej uzasadnione, bo jednak sporo było w tych tekstach rzeczy, o których przeciętny człowiek nie miał pojęcia. W przypadku Masachist nie jest to moim zdaniem konieczne, teksty są dość bezpośrednie i mówią chyba same za siebie.

Przejdźmy do Twojego warsztatu – jak powstają teksty – czy to chwila, pewien nastrój i spontaniczne przelewanie na papier słów, czy raczej mozolne składanie skojarzeń, fragmentów wersów? Jak pracujesz?

Wiesz, ja jestem tylko fanem muzyki, który czasem coś tam skrobnie dla zaprzyjaźnionych zespołów. Oczywiście staram się ten swój warsztat doskonalić i próbować nowych rzeczy, ale wciąż jestem raczej amatorem-hobbystą. Teksty powstają spontanicznie, mozolną pracą jest za to dopasowywanie ich do utworów zgodnie z sugestiami muzyków. Zdarza się, że cały tekst trzeba gruntownie przerobić. Przy pierwszej płycie Masachist na napisanie większości tekstów miałem jakieś trzy tygodnie, do tego Thrufel miał rozpisane struktury linii wokalnych co do sylaby i musiałem naprawdę mocno się namęczyć, żeby to jakoś dopasować.

Kiedyś miałem okazję uczestniczyć w spotkaniu poetyckim, gdzie pan prowadzący, mówiąc o warsztacie poetyckim stwierdził, że pisanie wiersza powinno mieć następujący przebieg – piszemy nasze dzieło a następnie czytamy i wyrzucamy wszystkie zbędne słowa, do momentu, kiedy zostanie sam konkret, działający na wyobraźnię a nie dosłownie przekazujący pewne przemyślenia. Co o tym sądzisz?

Cóż, ja z poezją mam tyle wspólnego co Glen Benton ze śpiewem operowym. Nawet jeśli zdarzało mi się popełnić jakieś „wiersze”, to zwykle robione to było pół żartem i zmierzało w stronę absurdu. Zasadniczo jednak zgadzam się, to jest dobra metoda. Sam staram się pisać w podobny sposób, tylko zazwyczaj mi to nie wychodzi. W przypadku tekstów dla zespołów nie mam z tym jednak większego problemu, bo siłą rzeczy muszą być dość krótkie i konkretne. Niewiele tekstu da się zmieścić w utworze, który trwa trzy czy cztery minuty i musi tam być czas i na gitarowe solo i na to, żeby wokalista mógł napić się piwa.

Uznajesz coś takiego jak „wena twórcza” – to wymysł artystów, czy trzeba ją odczuwać, by coś z siebie wyrzucić?

Na pewno nie jest to wymysł. Ja przynajmniej nie jestem w stanie niczego napisać, jeśli akurat nie mam weny. Nigdy nie umiałem tego robić na zawołanie i nie potrafię pisać o rzeczach, które mnie nie interesują. Wiem, że niektórzy nie mają z tym problemu i podobno prawdziwy profesjonalizm polega właśnie na tym, że potrafisz napisać o wszystkim, ale ja tak nie umiem. W takich przypadkach zawsze mam coś w rodzaju pisarskiego zatwardzenia.

Romantyzm, czy technika – czyli biurko z kartką papieru i lampka wina, czy laptop? Miejsce jest ważne (ja potrafię pisać głównie w środkach komunikacji masowej)?

Najpierw poezja, teraz romantyzm… Czy to na pewno pytania dla Violence Online? Podobno Peter Steele pozując dla Playgirl nie wiedział, że to magazyn adresowany do panów, ale ja w to nie wierzę i nie chciałbym później zasłaniać się ignorancją. Wracając jednak do pytania… Teksty piszę zazwyczaj w nocy, ideałem jest pełnia księżyca. Robię wtedy niewielkie nacięcie na lewej ręce i maczam w nim krucze pióro, którym następnie kreślę po omacku na jednej ze ścian mojego mieszkania. Treść dyktują mi głosy, zazwyczaj są to zdania w jakimś niezrozumiałym języku istot z innego wymiaru. Dopiero Google Translate pozwala mi wydobyć z tego jakiś sens. Bo przecież jak powiem, że pomysły często przychodzą mi do głowy w autobusie, którym wracam z pracy, to trochę nudne to będzie, nie? Ale tak to zazwyczaj wygląda, szara rzeczywistość. Zgodzę się, że miejsce jest ważne, ale dla mnie bardziej jako źródło inspiracji, bo piszę zazwyczaj w domu, na komputerze. Alkohol mi raczej w pisaniu nie pomaga, więc jeśli już piję, to jakieś niewielkie ilości. Zatem najczęściej jest to biurko, stary pecet i ewentualnie butelka piwa (choć i winem nie pogardzę).

inspiracja...

inspiracja...

Przejdźmy do tekstów Masachist – jak doszło do Twojej  z zespołem współpracy?

Z Thruflem znamy się już kilkanaście lat i trochę razem przeżyliśmy. Mieszkamy w tym samym, pięknym mieście i dorastaliśmy słuchając podobnej muzyki. Wiesz, głównie amerykański death metal – Deicide, Malevolent Creation, Suffo itp. Pamiętam jeszcze jak jechałem z nim do Pruszcza na przesłuchanie do Yattering i masę innych, jeszcze fajniejszych historii. Na przykład podróż na koncert Vader w Olsztynie, na który przyjechaliśmy o jeden dzień za wcześnie, bo nie wiedzieliśmy, że zmieniła się rozpiska trasy. Stare dzieje… W każdym razie pisanie tekstów zaczęło się od tego, że w pewnym momencie Yattering szukał ludzi, którzy chcieliby coś napisać na ich drugi album. Dałem Thruflowi jakieś rzeczy nabazgrane na kartce, wtedy jeszcze pisane po polsku. Reszcie chłopaków najwyraźniej się spodobały, bo dwa z nich weszły na „Murder’s Concept”. Potem napisałem jeszcze kilka innych, z których dwa czy trzy trafiły na „Genocide” i chyba jeden na ten ich eksperymentalny album. Kilka lat później Yattering już nie istniał, a ja będąc na urlopie w Belgii pomyślałem sobie, że fajnie by było napisać jakieś teksty dla deathmetalowej kapeli. I jakieś dwa tygodnie po tym zadzwonił do mnie Thrufel z pytaniem, czy nie napisałbym czegoś dla jego nowego zespołu.

Jak wygląda tworzenie dla zespołu? Dostajesz muzykę i to wpływa na Twoje odczucia, czy tworzysz zupełnie niezależne od dźwięków historie?

Zazwyczaj najpierw proszę o muzykę, potem staram się jakoś tymi dźwiękami zainspirować. Czasem napiszę coś wcześniej, jeśli znam ogólny kierunek kapeli, ale prawdziwe pisanie rozpoczyna się w momencie, kiedy dostanę jakieś nagrania z próby albo domowe „demo”.

Czy „Scorned” posiada jakąś myśl przewodnią? Co było główną inspiracją do napisania tych właśnie liryków? Zespół miał jakieś sugestie, propozycje, pomysły?

Zwykle wygląda to tak, że na jakimś etapie prac nad płytą spotykamy się z Thruflem i omawiamy tematykę tekstów. Powiedziałbym, że całkiem spora część pomysłów wychodzi od niego. Tym razem zależało mu, żeby nawiązać jakoś do sztuk walki, które są jego drugą po death metalu pasją. A może nawet pierwszą? Dlatego sporo w niektórych tekstach nawiązań do kodeksu Bushido i japońskiej tradycji. Oczywiście wszystko to jest w jakimś stopniu przefiltrowane przez zachodnią wrażliwość i dopasowane do stylu muzycznego, w którym porusza się Masachist. Do tego ja nie czuję się ekspertem jeśli chodzi o tę tematykę, nawet jeśli trochę na ten temat poczytałem zanim zasiadłem do pisania tekstów. Przede wszystkim jednak zależało nam na pokazaniu śmierci czy przemocy przez pryzmat innej kultury, w oderwaniu od tego jak sami postrzegamy te rzeczy na co dzień. Na przykład „Liberation” opowiada o rytualnym samobójstwie i tutaj bardzo pomocne jako źródło inspiracji i wiedzy okazało się opowiadanie Yukio Mishimy „Umiłowanie ojczyzny”, które swego czasu poleciła mi moja żona. Ale to są tylko niektóre wątki przewijające się na płycie, nie jest to album koncepcyjny. Wspomnę jeszcze o jednaj ważnej kwestii. Dwa teksty na potrzeby „Scorned” napisał Ataman Tolovy ze Stillborn. Niestety ostatecznie na płytę trafił tylko jeden z nich („Manifesto”), bo drugi jakoś chłopakom nie podpasował podczas nagrywania (prawdopodobnie dlatego, że był po napisany w języku polskim). I nad tym trochę ubolewam, bo ten polski tekst Atamana był świetny i mogło wyjść naprawdę ciekawie. Ale zasadniczo tekstów było więcej niż utworów i także jeden mój tekst, z którego zresztą byłem najbardziej zadowolony, też w końcu na płytę nie trafił. Tak to już jednak bywa, że na etapie nagrywania pewne rzeczy ulegają zmianie.

Na czym w tym przypadku Ci zależało – na klimacie, czy przekazaniu jakichś konkretnych historii?

Bardziej na klimacie. W muzyce i tekstach najbardziej lubię to, że potrafią działać na wyobraźnię. Jeżeli przeczytasz zdanie i pojawia ci się przed oczami jakiś obraz, to znaczy, że jest dobrze i że cel został osiągnięty. Jak pomyślę o tej płycie Grave, do której nawiązałeś na początku, to zawsze mam przed oczami obraz tej chorej, trupiej krainy, której fragment widać na jej okładce. Widzę tam gościa, który chce umrzeć w brutalny sposób i groteskowe postacie, które śmieją się z ludzkich marzeń o raju. Jakkolwiek śmiesznie by to nie brzmiało, to jest dla mnie prawdziwa sztuka, działająca na wyobraźnię.

Możesz opisać twoje ulubione teksty ze „Scorned”?

Ja mam raczej ulubione fragmenty niż całe teksty. To są z reguły te zbitki zdań czy wyrazów, przy których widzę w głowie jakieś obrazy. Gdybym miał wybrać cały tekst, to chyba wytypowałbym „Inner Void”. Mówi o przemijaniu, starości, nieuchronności śmierci. Fajnie się to komponuje z tym kawałkiem, bo jest dość wolny i transowy.

 Podczas pracy nad „Scorned” przytrafiło Ci się coś, co na zawsze utkwi w pamięci?

 Raczej nie. To jeszcze był w miarę spokojny czas w moim życiu, a moja praca nad tekstami nie dostarczyłaby raczej materiału na kolejny film o agencie 007.

Na koniec – czy masz już jakieś następne propozycje (poza Tehace)..

Był pomysł na współpracę z Madonną, miałem nawet pewien koncept nawiązujący do jej starszych nagrań. Roboczy tytuł brzmiał „Papa I’m Still a Virgin” i na pewno byłoby to ciekawsze niż te pseudoartystyczne rzeczy z okolic „Ray of Light”. Jak Madonna to tylko oldskulowa, „La Isla Bonita”! Ale nie wiem, czy coś z tego wyjdzie. Po skończeniu prac nad „Scorned” zabrałem się od razu za teksty dla Tehace (na ich drugi album, „Yearning for the Slime”), a potem z tego typu rzeczy nie robiłem już właściwie nic. Były jeszcze ze dwie propozycje, ale albo brakowało mi czasu i nie potrafiłem do końca wczuć się w muzykę zespołu (najbliżej mi jednak do death metalu) i wszelkie próby pisania spełzały na niczym, albo kapela nie miała jeszcze nawet tej muzyki skomponowanej. Zasadniczo jednak na brak zajęć nie narzekam, a chętnie porobiłbym w życiu jeszcze inne rzeczy. Dlatego nad brakiem tego rodzaju propozycji w tym momencie jakoś szczególnie nie ubolewam. W końcu w tym roku wyjdą dwie bardzo fajne płyty, na których znalazły się teksty mojego autorstwa, więc głód ich pisania mam na jakiś czas zaspokojony. No, przynajmniej do najbliższej pełni księżyca…

 

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Kuba Kolan