MERKABAH – własny muzyczny język

Merkabah nie jest zespołem, który może się spodobać młodym słuchaczom. Z jednej strony te wszystkie odwołania do muzyki konkretnej, noise, free jazzu konsumenta leniwego i mało wymagającego odrzucą zbytnim wysublimowaniem i mentalną agresją. Z drugiej strony potrzeba jasnego komunikatu, podanego w sposób zrozumiały i sms’owo skrótowy także nie przysporzy warszawiakom zwolenników. Dlatego „A Lament for the Lamb” kupił mnie od pierwszych dźwięków. Jest dokładnie taki, jaki być powinien – antytezą słowa „rozrywka”, wciągającym i wymagającym ochłapem składającym się z rozjechanych, przesterowanych gitar, matematycznie połamanej sekcji i pijanego, szalejącego saksofonu. Sam miód na moje uszy. Ketha i ś.p. Neuma spotkały wreszcie godnego naśladowcę. Nie ma nowej płyty Kostas New Progrram, jest  za to Merkabah. Poniżej wyczerpująca rozmowa ze sprawcami zamieszania – Kubą, Rafałem i Kaniakiem…

 

Kilka słów odnośnie historii – jak wszystko się zaczęło, gdzie się poznaliście itp…

Kuba: Historia jest bardzo banalna, bo wszystko zaczęło się od ogłoszenia w internecie. Już nie pamiętam, czy to ja odpowiedziałem na ogłoszenie Gabriela, czy Gabriel na moje… W każdym razie spotkaliśmy się, zaczęliśmy jammować, wychodziło fajnie, więc uzupełniliśmy skład o basistę, Aleksa (chyba również z ogłoszenia…) i kombinowaliśmy co dalej z tym wszystkim zrobić. Pojawiali się dodatkowi gitarzyści, wokaliści, eksperymentowaliśmy z brzmieniem, instrumentarium, graliśmy jako trio, kwartet, kwintet, z DJ-em, na dwie gitary, bez gitar, z elektroniką… Droga była długa i wyboista. Aż w końcu napotkaliśmy Rafała, który pomógł nam wytyczyć naszej muzyce właściwy kierunek i oto jesteśmy.

Fascynacja jaką muzyką pchnęła Was do  założenia Merkabah?

Kuba: Pierwotnie wspólnym mianownikiem były dla nas klimaty około post-rockowe, aczkolwiek od początku każdy z nas próbował dokładać do kotła swoje własne zajawki i inspiracje. W moim przypadku były to głównie łamańce spod znaku Kobonga i okolic, czy klimaty Zorna, Secret Chiefs 3 i całej tej rzeszy artystów skoncentrowanej wokół Tzadik. Gab za to już wtedy wykazywał wielką fascynację Crimsonami, Mars Voltą czy mathcore’m a’la Dillinger Escape Plan, itd. Ogólnie strasznie dużo tego było i jest nadal. Potrzeba było sporo czasu by to wszystko przemielić w naszych głowach, zwłaszcza że z czasem zajawek tylko przybywało. Przez te 5 lat rozwijaliśmy się nie tylko jako zespół, czy też muzycy, ale również jako słuchacze, odbiorcy. Staliśmy się bardziej wybredni, ambitni, wymagający i surowi wobec siebie… Stąd tak długie i mozolne poszukiwania własnego muzycznego języka.

Rafał: Nie będę się niepotrzebnie rozwodził: King Crimson, Gong, Swans i Kayo Dot (aczkolwiek w moim przypadku to raczej dotyczy nie założenia zespołu, lecz dołączenia do owego).

własny muzyczny język

własny muzyczny język

Jesteście kolejnym zespołem, który zamiast wokalisty zdecydował się obsadzić w roli lidera saxofon. Czy uważacie, że daje to większe możliwości czy zwyczajnie nie spotkaliście nikogo, kto mógłby sprostać zadaniu?

Kuba: Nie zakładaliśmy niczego z góry, toteż w składzie kilkakrotnie pojawiał się wokalista, ale żaden nie wytrzymał z nami zbyt długo. Co do saksofonu, to poszukiwania zaczęliśmy dosyć wcześnie, ale nie znaleźliśmy nikogo godnego uwagi aż do 2010 roku, kiedy to skład zasilił Rafał, zarówno muzycznie jak i personalnie najbardziej odpowiedni człowiek na tym stanowisku. Wydaje mi się, że czysto instrumentalna formuła jest znacznie bardziej otwarta, swobodna i przede wszystkim wolna od kontekstu, który zazwyczaj wokal narzuca, czy to charakterem swojego głosu, czy też tekstem. I choć saksofon jako instrument też ma powszechnie przypisany pewien kontekst muzyczny, to wydaje mi się, że dzięki niesamowitej wszechstronności Rafała jesteśmy od niego całkowicie wolni. Wraz z włączeniem saksofonu zyskaliśmy zupełnie nową warstwę w naszej muzycznej przestrzeni, i nawet jako instrument prowadzący stanowi on bardzo spójną i monolityczną całość z resztą instrumentarium.

Rafał: Nie wyobrażam sobie wokalu w Merkabah. Pospolite darcie ryja bardzo uprościłoby przekaz w moim odczuciu, zaś melodyjny wokal mógłby zwyczajnie nie pasować.

W przypadku takiej muzyki jak wasza, zawsze dopada mnie, jako dziennikarza, pewien dylemat moralny – bo z jednej strony uwielbiam taką muzykę a z drugiej, obiektywnie, zdaję sobie sprawę, że jej tzw. komercyjna siła rażenia jest znikoma, spychając zespół do całkowitego podziemia. A może jeszcze głębiej, bo w zasadzie nie można Was powiązać z żadną tzw. sceną muzyczną. Czy taki świadomy zabieg nie
”uwiera” Was czasami?

Rafał: Powiedzmy to wprost, niestety z tym co gramy nie zarobimy kokosów. Ale dzięki temu nie myślimy podczas tworzenia utworów o czymkolwiek innym niż o samej muzyce. Gramy dokładnie to, co chcemy grać, bez żadnych ram narzuconych przez obecny rynek, czy tez preferencje odbiorców. Więc wraz z brakiem „komercyjnej siły rażenia” dysponujemy absolutną wolnością ograniczaną tylko naszymi głowami.

Kuba: Jako, że faktycznie jest to zabieg świadomy, to siłą rzeczy liczymy się z jego konsekwencjami. Ale tworząc taką muzykę chyba ciężko myśleć o „karierze” w tradycyjny, komercyjny sposób. Wszystkie nasze działania podporządkowane są samej muzyce, i choć wiadomo, że tak jak każdy chcielibyśmy dotrzeć do jak największej grupy słuchaczy, to jesteśmy jednak skazani na pewną niszę i dobrze nam z tym. Z drugiej strony na trasie przekonaliśmy się jak wielu ludzi spoza naszych muzycznych rejonów z dużym zaciekawieniem i otwartością podchodzi do naszej muzyki, więc może nie jesteśmy aż tacy straszni.

Kaniak: Będąc częścią podziemia, nie spodziewamy się fajerwerków ani czerwonego dywanu. Jednak i tak „idzie” nam lepiej niż byśmy się tego spodziewali chociażby rok temu. Coraz więcej recenzji, wywiadów, propozycji koncertów itp.. To nas na pewno mocno podnosi na duchu i
cieszy. Dla nas sława nie jest ważniejsza od samej możliwości zagrania dobrego koncertu w ciekawej konwencji (tak jak na przykład w CSW – co jest chyba jak dotąd naszym najlepszym wspomnieniem konkretnego gigu).

W kilku miejscach na płycie daje się odczuć, przynajmniej mam takie wrażenie, zafascynowanie muzyką współczesną (czasami mówi się muzyka konkretna…). Czy macie jakieś powiązania, fascynacje związane z współczesną, kameralną awangardą?

Kuba: Ciekawe skojarzenie. Nie wiem na ile ten materiał jest w bezpośredni sposób  inspirowany muzyką konkretną, ale na pewno muzyka współczesna (przez co rozumiem przede wszystkim XX-wiecznych kompozytorów typu Cage, czy Shaeffer) dała początki awangardowemu myśleniu, które jest nam bardzo bliskie. Chyba ze współczesnej muzyki eksperymentalnej czerpiemy przede wszystkim pewną fascynację dźwiękiem jako takim, traktujemy go jako żywą materię…

Rafał: W pewnym stopniu byłem z taką sceną związany z racji ukończenia szkoły muzycznej. Literatura muzyczna związana z saksofonem, w ramach muzyki klasycznej, jest mocno ograniczona z racji młodości samego instrumentu. W związku z tym większość utworów dostępnych na ten instrument pochodzi z kręgu muzyki współczesnej. Dlatego tego typu ekspresja stała się mi, w sposób naturalny, bliska.

Z drugiej strony, dystorcja i brud, zauważany w wielu miejscach nasuwa skojarzenie z noise rockiem z lat 90 – tych – czy takie inspiracje są dobrym tropem? A jeśli tak, to kto zrobił na Was największe wrażenie i jakie elementy wymienionego stylu muzycznego są Wam najbliższe?

Rafał: Nosie rock nie jest zdecydowanie nam obcy. Inspiracji w tym zakresie jest naprawdę wiele. Ja osobiście jestem fanem współczesnych zespołów noise rockowych, takich jak The Psychic Paramount, Lightning Bolt, czy Hella.

Kuba: Ja dorzuciłbym do tego zestawu jeszcze Laddio Bollocko i The Men. Jeśli zaś chodzi o same lata 90-te, to ostatnio sporo maglowałem Unsane, oraz Dazzling Killmen.

Na pewno w noise rocku urzeka nas pewna swoboda wykonawcza, dynamika, wyrazista sekcja, czy wspomniany przez Ciebie brud i dysonansowość. Chyba podobnie jak z muzyką współczesną, o którą pytałeś wcześniej, i w tym przypadku inspiruje nas pewien sposób myślenia, który próbujemy przełożyć na nasz własny muzyczny język. Można powiedzieć, że w pewnym sensie czujemy się „spadkobiercami” tamtej estetyki.

W recenzji w kontekście waszej muzyki przypomniałem takich wykonawców jak Neuma, Kostas New Progrram czy Ketha. Znacie i lubicie? Co oprócz takich wykonawców Was fascynuje?

Kuba: Oj lubimy, i to bardzo. Kobong to dla mnie zespół absolutny, który całkowicie odmienił oblicze polskiego ciężkiego grania. Cała scena, która powstała na ich podwalinach jest niezwykle wyjątkowa i inspirująca, a Wojtek Szymański po tym co zrobił na drugiej płycie Nyia stał się jedną z moich największych perkusyjnych inspiracji. To co on tam wyprawia jest jakieś nie do pojęcia…

Jak powstają wasze kawałki – czy to zbiorowa improwizacja, z której wyłapujecie co ciekawsze momenty, czy konkretna, matematyczna praca nad muzyką?

Rafał: Zasadniczo, to i jedno i drugie. Często ogólny kształt i szkielet utworów wyłania się podczas wspólnych jamów. Jednak zawsze trzeba potem je ogarnąć w sposób „matematyczny”. Czasem też po prostu jeden z nas przynosi na próbę nowy motyw, a następnie go rozwijamy nie za pomocą improwizacji, lecz swoistej burzy mózgów.

Skoro wspomniałem już o improwizacji – czy na koncertach dopuszczacie takie właśnie, luźne potraktowanie nagranych utworów, czy raczej trzymacie się ściśle gotowych aranży?

Rafał: Na koncertach jest bardzo wiele miejsca przeznaczonego właśnie na improwizację. Za równo w ramach naszych utworów, jak i spontaniczną między utworami. Charakterystycznym przykładem może być nasz koncert z Centrum sztuki Współczesnej w Warszawie. Graliśmy tam dwa sety, w ramach których na pierwszy składały się nasze kompozycje, zaś drugi to była, w gruncie rzeczy, jedna wielka improwizacja.

Kuba: Właściwie to w ogóle nie trzymamy się wcześniej ustalonych aranży. Dotyczy to nie tylko improwizacji, ale też tego, że wciąż wprowadzamy pewne zmiany do utworów, urozmaicamy swoje partie, staramy się ciągle myśleć o nich na nowo, traktować je jako żywą tkankę. Często są to zmiany nierozpoznawalne dla słuchaczy, ale dla nas bardzo ważne jest, by nie stawać się zwykłymi odtwórcami, by ten materiał ciągle żył, był świeży i ekscytujący.

Trudno w przypadku Waszej muzyki mówić o komercyjnym wymiarze, ale czy macie jakieś oczekiwania wobec płyty – co chcecie osiągnąć, jakie cele sobie stawiacie?

Kuba: Chyba po prostu dotarcie do jak największego grona odbiorców. Ciekawe dla mnie jest to, że mówi się, że nikt już nie kupuje płyt CD, a tymczasem jak wydaliśmy w sieci A Lament For The Lamb, to mało kto się zainteresował. Dopiero fizyczna wersja narobiła szumu. Co cieszy, bo oznacza to, że tradycyjne wydawanie płyt nie jest raczej zagrożone. Wracając do naszych celów, to nie mamy specjalnie żadnych planów „marketingowych”. Jest sporo pomysłów na kolejne wydawnictwa, projekty, jest marzenie o trasie zagranicznej. Zobaczymy jak będzie.

Dużo się obecnie mówi o kulturze, o promowaniu młodych talentów. Patrząc na was i zestawiając Wasze działania z komercyjnymi, „szitowymi” zabawami, promowanymi przez telewizję, nie uważacie, że zaniedbywanie tej nie-komercyjnej sztuki jest największym grzechem dzisiejszego, wczesno – kapitalistycznego kraju?

Kuba: Jak najbardziej. Wkurwia mnie fakt, że media nie zdają sobie sprawy, iż to one de facto ustanawiają te standardy, więc gdyby wszyscy przestali promować gówno, to i ludzie by przyjęli ten nowy stan za normę. Tymczasem ciągle traktuje się ludzi jak prostaków i serwuje im szmirę, nie wierząc, że byliby w stanie docenić cokolwiek bardziej wyrafinowanego. A tymczasem dzięki Internetowi ludzie i tak się na własną rękę ukulturalniają i edukują, czego chyba potentaci medialni nie przyjmują do wiadomości.

Rafał: Czy tak jest, czy nie, nie zmienia to faktu, że na wizytę w willi Hugh Hefnera raczej liczyć nie możemy. Jednak faktem jest, że w dobie Internetu muzyka odważna i oryginalna znajduje swój znikomy, ale jednak rynek zbytu. Więc jeśli media nas nie wesprą, to dalej trzeba będzie rozwijać promocję w sieci. Możliwe, że nawet wyjdzie nam to na korzyść.

Zespół Sonic Youth, by osiągnąć często monstrualne efekty brzmieniowe, sam konstruował swoje instrumenty – jak Wy radzicie sobie z tym tematem – korzystacie z jakichś starych instrumentów, a może nowinek technicznych, czy macie jakieś swoje patenty na osiągniecie takich efektów jak na płycie?

Kaniak: Jesteśmy w trakcie rozwijania całego systemu opartego na Arduino, który pozwoli samym muzykom wpływać na wizualizacje po prostu grając swoje, bez użycia kabli i przewodów. Wszystko w duchu DIY i Open Source. Podczas ostatniej trasy testowaliśmy już pierwsze prototypy. Urządzenia jeszcze nie są w pełni funkcjonalne, więc nie podam linków, ale jak już będzie co pokazać to na pewno się pojawi informacja na naszej stronie!

Kuba: Zbudowanie od podstaw własnego instrumentu jest moim marzeniem. Póki co stosuje raczej tzw. wiejski tuning swojego zestawu (mocno vintage’owego, bo ciągle gram na tym samym starym Hohnerze), ale staram się w bardzo autorski sposób pracować nad swoim brzmieniem, podobnie jak reszta chłopaków.

Teraz, kiedy jest płyta, przed Wami znacznie trudniejsze wyzwanie – promocja, koncerty i cały ten cyrk. Macie już jakieś plany, pomysły, jak wypchnąć muzykę, czy raczej dajecie „na luz”?

Kuba: Trasa koncertowa już była, bardzo udana, swoją drogą. Co do dalszej promocji, to na szczęście samo się to jakoś kręci. Pojawiają się recenzje, wywiady, w paru rozgłośniach nas chcą… Nie musimy się jakoś specjalnie starać o względu mediów, więc nie jest źle. W związku z tym raczej koncentrujemy teraz całą uwagę na szlifowaniu nowego materiału i rychłym wejściu do studia. Oprócz tego robimy przymiarki do trasy europejskiej, ale za wcześnie by mówić o jakichś konkretach. Do tego pracujemy nad materiałem video z marcowego koncert w CSW, oraz paroma innymi tematami. Jest co robić.

Ostatnie słowo należy do Was…

Kuba: Dzięki piękne za rozmowę i recenzję! Warszawiaków zapraszamy 17 października do Hydrozagadki na nasz koncert z Lento i Formą. Pozdrówka!

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Piotr Micherewicz, Bartosz Matenko