MERKABAH – Myślenie całościowe

Zamykam ten rok dźwiękami „Million Miles”, pogodzony z nową muzyką Merkabah, ze świadomością, że stworzyli najlepszą płytę w swoim dorobku. Może nawet jedną z najlepszych w tym roku. Słówko „może” nie jest wyrazem niepewności, raczej chodzi o świadomość, że nie jest to sztuka łatwa, która od pierwszych dźwięków opowie nam całą historię. Trzeba odrobiny wysiłku, dobrych chęci by wyruszyć  z zespołem w podróż, podczas której będziemy mogli się wzajemnie zrozumieć. Na wycieczkę zabiera nas perkusista i nadworny grafik grupy – Kuba Sokólski.

Zaczniemy może banalnie – jesteście gotowi by podbić świat?

Ha, ha, o kurde, chyba na to już za późno. Prawdę mówiąc, to dość świadomie trzymamy się pewnej niszy, która raczej nie ma szansy na większy rozgłos, choć odzew jest jak najbardziej pozytywny i to bardzo cieszy. Ale jednocześnie niczego sobie nie zakładamy z góry, pozwalamy rzeczom toczyć się swoim torem, więc cholera wie gdzie nasza muzyka podąży i co to ze sobą przyniesie. W każdym razie o profesjonalnej karierze muzycznej raczej nie marzymy.

Pozostaje pytanie – co to jest profesjonalna kariera? Super umiejętności w służbie popularności, czy niepopularna muzyka, która przełamuje granice?

Jedno i drugie ma jak najbardziej swoją wartość, czy to warsztatową, czy bardziej emocjonalną. Dla muzyka zawsze jest to trochę balansowanie między tymi dwiema przestrzeniami (choć oczywiście nie dla każdego) i o żadnej z nich nie powinno się zapominać. Jednak w najprostszym rozumieniu mówiąc o profesjonalnej karierze mówimy o utrzymywaniu się z muzyki, a biorąc pod uwagę naturę naszej twórczości to musimy tu być realistami. Z drugiej strony każdy z nas ma też swoje własne ambicje, pasje i cele za którymi podąża, więc obecny sposób funkcjonowania, choć nie jest najprostszy, to jednak pod wieloma względami nam odpowiada. „Podbijanie świata” oznacza jednak pewien stopień zaangażowania, które wypadałoby mieć, by na taki podbój się targnąć, a czasem, niestety, proza życia stoi na drodze. Bo jeśli mówimy o samej reakcji odbiorców, to na to przecież nie mamy wpływu. Robimy muzykę najlepiej jak potrafimy a co dalej się z nią dzieje jest już trochę poza naszym zasięgiem. Oczywiście, logika mówi, by po wydanej płycie jechać w światowe tournee, robić promocje, itd., ale tu właśnie często  zaczynają się schody życiowo-logistyczno-organizacyjne. Świat jednak działa tak, że muzyka sama w sobie się już nie broni, trzeba ją wypchnąć trochę z tego gąszczu informacyjnego, a to nie jest takie łatwe. Trochę się śmiejemy ostatnio z chłopakami, że kariery jako takiej pewnie nie zrobimy, ale na jakiś kult w głębokim niezalu za 30 lat mamy szansę.mrkb001

Dotykasz w swojej wypowiedzi tego delikatnego tematu, o którym się nie mówi na trzeźwo, a po pijaku oklepuje z wszystkich stron – nagrywamy płytę, wypruwamy sobie żyły a potem liczymy czy koncerty się chociaż zwrócą. Na pocieszenie zostanie hajp dziennikarski – bo o tym, że „Million Miles” zawojował serca dziennikarzy muzycznych, nie trzeba nikogo przekonywać. Kult jest już za rogiem. Myślisz, że ta płyta będzie dla Was czymś w rodzaju przełomu?

Nie mam pojęcia, ale nie wydaje mi się. Jak to napisano w jednej recenzji, nagraliśmy płytę trochę nie na czasie i chyba się z tym zgodzę. W kraju rządzonym obecnie przez krautowe minimale, black metal, stonery i techno możemy faktycznie sprawiać nieco kłopotów. Ale cóż, przynajmniej my się dobrze bawimy, więc to musi nam starczyć.

Czytałem i kompletnie się nie zgadzam. Nie kumam, gdzie na „Million Miles” słychać, że jest nie na czasie. Właśnie bardziej obrazuje ten czas, tumult, drogę. A jeśli miałbym coś dodać to mam taka wizje, ze na tej płycie toczy się bezustanna walka między tym Merkabahem ciążącym w stronę spokoju, przestrzeni i jazzu a tym bardziej nojzującym, szukającym rozróby. Gdzie jest Wam bliżej?

Ciężko powiedzieć, bo tuż po „Molochu” powiedzieliśmy sobie, że spróbujemy zrobić materiał bardziej stonowany i mniej galopujący, a skończyło się na tym, że napisaliśmy najbardziej agresywny numer w naszej karierze. Ostatecznie ta przestrzeń się na płycie odnalazła, co w kontraście z mocniejszymi partiami może faktycznie sugerować tę walkę, o której wspominasz, czy jakiś stylistyczny rozkrok, ale jednak nie staraliśmy się ciągnąć tego na siłę w żadną konkretną stronę. Zależało nam na tym, by ta płyta była jednak organiczna, świadoma, ale i też trochę bardziej swobodna. Przestrzeń była dla nas na pewno czymś świeżym i pożądanym po „Molochu”, ale czy wyznaczy nam jakiś dalszy kierunek to się dopiero okaże.

I tu znowu do tej nowoczesności, czy aktualności – słychać tu teraźniejsze trendy – chęć improwizacji, wkraczanie jazzu w hałaśliwe materie. Całość płyty ma taki posmak, zarówno wykonawczo jak i harmonicznie. Na ile w waszym przypadku odkrywanie takich płaszczyzn jest intuicyjne a na ile „wykoncypowane”?

Chyba jest przede wszystkim intuicyjne, przynajmniej w pierwszych fazach tworzenia. Zdecydowana większość naszego materiału rodzi się na sali prób, dopiero szlify i dalsze kombinacje są efektem analiz i główkowania. Zatem nasz proces jest chyba w miarę standardowy. Zresztą, taki sposób komponowania otwiera na bardziej przypadkowe i zaskakujące rozwiązania, gdzie ostateczną kategorią staje się dla nas tylko to, czy daną rzecz gra nam się fajnie, czy nie. Jeśli buja i nas rusza, to zostaje.

Kiedy zaczyna działać magia, kiedy jest trans? Co musi się wydarzyć, żeby dany fragment stał się tym właściwym? Pytanie o tyle ważne, że ów przypadek jest często mocą sprawczą. Co zatem zrobić, żeby zamienić go na coś pewnego i określonego?

Na pewno jest to kwestia energii, chemii, jakiegoś kreatywnego nastawienia oraz zaufania do siebie i pozostałych muzyków. Bo nie chodzi tu przecież o robienie kompletnego randomu i hałasu, ale o to by każdy kolejny element improwizacji nadawał poprzedniemu dodatkową płaszczyznę, był jego rozwinięciem (lub kompletnym zaprzeczeniem – ważne by dobudowywał narrację po swojemu). A czy to się udaje czy nie, zazwyczaj wiadomo zaraz po skończeniu jamu. Jak ktoś rzuci „Fajne!”, albo „Spoko to było!” to znaczy, że jest nad czym dalej pracować.

Nowa płyta to przede wszystkim ogrom brzmień i smaczków, jakie można odnaleźć w muzyce. Wyjaśnia to na pewno blog  realizatora (Andrzej Andy Dziadek)/dziennik sesji, który pokazuje, ile się działo i jaki ogrom pracy włożyliście w te nagrania. Nie żałujecie tego, trochę ekshibicjonistycznego, wtargnięcia w waszą przestrzeń zespołową? Takie obnażenie się ma swoje plusy, ale może też troszkę obedrzeć tajemnicę spowijającą Merkabah…

Chyba nie staramy się już być tak tajemniczy jak kiedyś. A co do bloga Dziadka, to sam byłem nieco zaskoczony jak bardzo wnikliwie i szczegółowo opisał on cały proces, ale mimo wszystko nikt z nas nie ingerował w treść tej publikacji. Sama sesja była niezwykle ważnym doświadczeniem zarówno dla niego jak i dla nas. Ogrom pracy i zaangażowania, jakie Dziadek włożył w to, by wyciągnąć z nas to co wyciągnął i by stworzyć nam jak najlepsze warunki do nagrań są nie do przecenienia. Dziadek był kluczowy na każdym etapie produkcji tej płyty, więc nie dziwię się, że siedząc w tym tak głęboko miał potrzebę opisania tego w najdrobniejszym szczególe, bo na pewno było to dla niego wyzwanie. Najważniejsze, że tak jak my jest zadowolony z efektu.

Myślenie całościowe

Myślenie całościowe

Efekt jest powalający – to płyta z gatunku tych, co można długo odkrywać i faktycznie – tu zgodzę się z kolegami z branży – zaprasza w długą, interesującą podróż. Pozostaje pytanie – jak najlepiej sprzedać tę muzykę na żywca? Macie dylematy, jakie elementy płyty wyeksponować, a które pominąć?

Generalnie wszystko gramy głośniej, szybciej i jakoś działa. Koncerty rządzą się trochę innymi prawami, więc na pewnych płaszczyznach szukamy nieco innych rozwiązań niż na płycie, ale jak zawsze wychodzi to raczej bardziej organicznie. Trochę bawimy się w małe rearanże, ale to zarówno po to by odświeżyć formułę koncertową, jak i z powodów czysto egoistycznych, czyli by się zwyczajnie nie znudzić materiałem.

No i pytanie podchwytliwe – co z tymi skarpetkami na bijakach? Czy to najdziwniejszy pomysł sesji, czy były też „lepsze”?

Ha, ha, ha, był jeszcze mikrofon w wiadrze, granie na basie spieniaczem do mleka, czy chodzenie po live roomie i przestawianie blach z miejsca na miejsce. Pewnie było tego więcej, ale w tej chwili sobie nie przypomnę.

Dobra zabawa jednym słowem. Ale na żywca jedynie skarpety przetrwały.

Kto wie, może na koncertach również zaczniemy przestawiać sprzęt z miejsca na miejsce…

Sprzętu macie dużo. Obserwowałem Was i zastanawiam się, czy w którymś momencie dochodzi się do ściany? Kiedy nagle okaże się, że prosty werbel, wzmacniacz i saxofon staną się wybawieniem?

Nie wiem, czy mamy tych gratów aż tyle. Mamy parę dodatkowych instrumentów na scenie, ale do ściany jeszcze mamy sporo miejsca. A co do redukcji, to wszystko jest możliwe. Był taki moment w naszej historii, gdzie Gab ograniczył podłogę do absolutnego minimum zostawiając zaledwie parę kostek, a dziś ma na scenie trzy instrumenty, dwie podłogi i laptopa z pierdylionem dodatkowych efektów. Także nie przewidzisz.

„Million Miles” ma cechę, która mnie urzekła – po dłuższym słuchaniu uświadomiłem sobie, że na tej płycie udało się idealnie zespolić wszystkie instrumenty – każdy zna swoje miejsce, ale nie ma czegoś takiego jak np. ciężkie gitary i gdzieś obok saksofon. Wszystko idzie razem, idealnie się uzupełniając. Czy to tylko instrumentalny kunszt czy ma znaczenie także wasz „mental”?

Chyba po prostu nasze całościowe myślenie o muzyce i fakt, że kompozycje powstają głównie na próbach, przez co od początku myślimy o wszystkich elementach jednocześnie i od razu budujemy między nimi interakcje. Wiadomo, że zazwyczaj proces zaczyna się od pojedynczego instrumentu, ale staramy się reszty nie dogrywać do niego, a raczej od razu pracować bardziej monolitycznie. Każdy z nas przyjmuje też w danej kompozycji różne role, dlatego nie ma u nas do końca jednego instrumentu prowadzącego, tylko staramy się myśleć nieco bardziej dynamicznie.mrkb

Ale wybija się saksofon – Rafał nagrał świetne partie, które ciągną muzykę w stronę jazzu (uwielbiam temat z kawałka zamykającego płytę…), a reszta skręca w stronę progresji; spotykacie się w ciekawym miejscu, gdzie muzyka staje się niejednoznaczna – w zasadzie jak można określić to co gra Merkabah na „Million Miles”?

Właśnie nie do końca rozumiemy te porównania do jazzu. Mam wrażenie, że jazz narzuca się tu bardziej przez sam charakter instrumentu, niż to, co Rafał na nim gra, czy jak go wykorzystujemy w naszej muzyce. Owszem, jest trochę zagrywek bardziej improwizowanych, które mogą się tak kojarzyć, ale w ogólnym kontekście to nadal za mało by stwierdzić, byśmy w jakimkolwiek stopniu grali jazz. Dla nas to jest po prostu ciężka muzyka progresywna, a wszelkie dalsze zagłębianie się w etykietki jest chyba niepotrzebne, bo każdy i tak znajdzie w tym takie odniesienia jakie chce, lub jakie same mu się narzucą. Co zresztą jest bardzo ciekawe, bo niektóre porównania nas bardzo zaskoczyły. Ale na końcu i tak wychodzi na to, że Merkabah to taka krzyżówka Metalliki i Johna Zorna.

Merkabah grał już w różnych konfiguracjach – z wieloma zespołami, często były to niezłe wyzwania, z których wychodziliście z podniesionym czołem. Co z dzisiejszej perspektywy byłoby dla was podniesieniem poprzeczki jeszcze wyżej?

Chyba w tej chwili stawiamy głównie na to, by sami sobie wyżej podnosić poprzeczkę, rozwijać się, ćwiczyć, inwestować, wyrwać się nieco z marazmu, itd. Chyba nie mamy jakiejś konkretnej ambicji, którą chcielibyśmy spełnić.

Pochylmy się na koniec nad Twoim warsztatem – może to dziwnie zabrzmi, ale czy fakt, że jesteś także grafikiem pomaga w grze na bębnach? Czy te dwie wrażliwości mają cechy wspólne i w jakiś sposób na siebie wpływają?

Chyba nie. Na bębnach gram bardziej emocjonalnie, intuicyjnie, do grafiki podchodzę jednak bardziej metodycznie. Oczywiście, jest tam też dużo miejsca na intuicyjność, czy swobodę, ale mimo wszystko są to raczej odrębne od siebie sfery mojej działalności.

Ok, zatem tradycyjnie na koniec zostawiam dla ciebie ostatnie słowo i wolne wnioski…

Rzeczywistość jest iluzją, a my nic nie znaczymy. Śpijcie dobrze!

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu/HotHouse Concert Photography (live)