MENTOR – Szeroko pojęty wpierdol

Dżentelmeni z kapeli Mentor wydali świetny, debiutancki album. Oczywiście, nie są to muzykanci palcem robieni i z niejednego pieca chleb jedli. W wyjątkowo zapiaszczonym i wydzielającym zapach bourbona piecu uciech bycia stonerowcem kosztował Wojtek Kałuża. Jako że bardzo ładnie zaśpiewał szereg piosenek na Guts, Graves & Blasphemy, wziąłem go na spytki i porozmawialiśmy sobie o różnych rzeczach.

Czyim mentorem jest zespół Mentor?

O, fantastyczne pytanie, na które odpowiedź jest mi nieznana. Myślę, że to raczej czysty przypadek i niezbyt filozoficzna kwestia.

Różnie was ludzie szufladkują, ale u większości słuchaczy przylgnęła wam łatka black/thrash metalu – gatunku niezwykle popularnego obecnie. Skąd ten hype? Potrafiłbyś wyjaśnić?

Ciężko powiedzieć. Utwory na ten krążek dojrzewały nawet po 4 lata. Kiedy chłopaki szukali wokalu, starali się, aby zdominował on pewne elementy płyty. Pojechałem kierunkiem wyznaczonym przez naszego bębniarza, za co jestem wdzięczny. Nie gramy black/thrashu, bo akurat tak się złożyło, że wszyscy tego słuchają. A skąd hype? Może faktycznie ludzie odczuli zmęczenie post-black metalem albo black metalem w kapturach. Zresztą w Polsce też wystąpił ogromny boom na tego typu muzykę. Popatrz na Entropię, ich nowa płyta nie ma zbyt wielu punktów stycznych z poprzedniczką, aczkolwiek to wciąż ten sam, wyczuwalny styl. Thaw, Mgła i Furia stale rozwijają swoje rzemiosło, miast zbędnego kopiowania kalek. Może black/thrash za kilka lat także zostanie potraktowany z pewną dozą pogardy. Kto wie.

Na „Guts, Graves & Blasphemy” pojawia się mieszanka niezbyt spotykana na krajowej scenie. Oprócz black/thrashu pobrzmiewają punkowe wpływy, a także stoner. Czy ten ostatni mógł pojawić się z powodu twojej działalności w J.D. Overdrive?

Nie, to czysty zbieg okoliczności. Cztery utwory były gotowe przed moim przejściem do kapeli, jak mówiłem. Fakt, przy nagrywaniu wokali siłą rzeczy musiały przeniknąć moje patenty z kapeli macierzystej, lecz to chyba na tyle. Pomimo wszystko w Mentorze mogę się wyszaleć, używam zupełnie odmiennej ekspresji. Chociaż średnio słyszę tego stonera. W Mentor króluje rock’n’roll, wyraziste riffy i szeroko pojęty wpierdol. Taka mikstura składa się na każdą piosenkę z płyty.mentor1

Czy z racji tego, że na co dzień operujesz raczej inną techniką, „wbicie” wokali stanowiło dla ciebie wyzwanie?

Intensywnie było. To chyba słowo-klucz, kiedy myślę o sesji nagraniowej. Ciekawe, że nagraliśmy ścieżki wokali w 2 dni. Obydwie sesje miały może po 7h, mój życiowy rekord. Mimo zmęczenia po wszystkim odczułem satysfakcję z powodu eksperymentowania i szukania. Efekt zadowala mnie w 100%. Najfajniej było przy wbijaniu black metalowych elementów. To wszystko było dla mnie takie nowe. Ale chyba podołałem.

Wcześniej wspomniałeś, że stawiacie na prostotę, rock’n’rolla i chwytliwość. Nie brakuje tobie tej postawy wśród dzisiejszych metalowców? Mi osobiście tak.

Pewnie. Słucham wprawdzie kapel, które wymagają więcej od słuchacza, a mi akurat taka konwencja może się spodobać. Najbardziej jednak doceniam bezpośrednią muzykę. Pierdolnięcie często potrafi być jedynym sposobem na to wszystko. Co nie wyklucza oczywiście, iż u niektórych formacji kombinowanie zwyczajnie działa lepiej. Nie bez powodu znienawidzone przeze mnie do granic Dream Theater ma wielu fanów. Ludzie lubią takie dźwięki. Nic z tym nie zadziałamy. Żeby nie było – prosta muzyka też ma swoich wielbicieli.

A czy pomiędzy rock’n’rollem a wydumanym graniem można znaleźć jakiś złoty środek?

Deftones to chyba najlepszy przykład tego, o czym mówisz. Kiedy trzeba – pierdolną riffem, ale nie brak im kompozycji na tyle wysublimowanych, by raczej odstawać od gustu typowego janusza. Psychofan metalu nie znajdzie tam kompozycji o natężeniu wpierdolu „pod siebie”, a progowy snob uzna za prostackie granie.

Zabawni są ci fani proga, nie? Stopniem ortodoksji nie odstają zbytnio od death metalowców.

Zawsze wyznawałem zasadę, że ekstrema w jakąkolwiek stronę jest zwyczajnie głupia. Po co na siłę ograniczać spektrum poznawania muzyki, na rzecz durnowatych „zasad”? Wczoraj byłem na gigu Destroyer 666 i z góry wiedziałem, co dostanę. Czterech wkurwionych kolesi, łańcuchy i metal. Kupuję ich. Jednocześnie nie przeszkodzi mi to w pójściu na sztukę np. black metalowych „kapturów” za 2 tygodnie.

Właśnie, niektórzy ludzie narzekają na nowsze wcielenie. Dużo jest psioczenia na heavy metalowe wpływy i mniejszego stopnia jadu i siary w muzyce. Nie, nie mówię tylko o Marii Konopnickiej (śmiech).

Jestem wielkim fanem „Wildfire”(śmiech). Cieszy pewien powiew świeżości i delikatna zmiana stylu. Dyskusja o gustach mimo wszystko nie zmienia zbyt wiele. A zabranianie artyście jakiejkolwiek drogi rozwoju – bez znaczenia, czy głupia, czy nie – mija się z celem. Nie o to chodzi. Byłem fanem pierwszych płyt Korn, ale gdy widzę ten nowy teledysk – tak głupi i słaby… Odcinają kupony. Bezskutecznie próbują przywrócić stary blask, lecz ludzie to łapią. Wracamy do sedna – kim jestem, by wyznaczać im kierunek? Mogę co najwyżej ocenić efekty pójścia w taki, a nie inny.

A gdyby jedna z twoich ulubionych kapel tak powracała do staroci? Też podchodziłbyś tak krytycznie?

To cholernie subiektywna kwestia. Kiedy Faith No More wydali płytę – gremialnie uznaną za chujową i słabą – cieszyłem się, jak małe dziecko. Nagle znowu ukazał mi się rok 1997, „Album of the Year”. Czas stanął w miejscu, ale nie odczuwałem potrzeby żadnego rozwijania stylu. Chciałem zwyczajnie kolejnego długograja Faith No More i go dostałem. U Korn zaś widzę bardzo desperackie próby przeniesienia tamtego sposobu komponowania na dzisiejsze czasy.

Właśnie, największą siłą „Sol Invictus” jest piosenkowość, nawet zwyczajność.

Moim zdaniem to największa siła całego Faith No More. Strasznie podoba mi się szczerość tego albumu. Coś na zasadzie: „gramy to, co chcemy i w dupie mamy ludzi”. Nie ma nań może takich hitów, jak wcześniej, aczkolwiek moje podejście pozostaje takie same. To była muzyka pisana z potrzeby serca, nie na zamówienia. To cieszy mocno.

Szeroko pojęty wpierdol

Szeroko pojęty wpierdol

A co powiesz o solowych rzeczach Mike’a Pattona? Koleś wydał mnóstwo stuffu, ale różnie z poziomem bywa.

W pełni się zgadzam. Mimo niekłamanej sympatii do Pattona jako wokalisty. Nie uważam jednak, że wszystko, czego dotknie, zamienia się w złoto. Poza Faith No More traktuję jego twórczość raczej wybiórczo. Bo w Faith No More bądź co bądź masz złoty środek. Są piosenki, ale i masa chorego gówna, która czyni z nich coś więcej od radiowej papki. Trochę tego odnajduję w Tomahawk albo pierwszej płycie Fantomas.

Patton powiedział kiedyś, że pisze teksty głównie po to, by słowa zgrywały się z muzyką. Niekoniecznie muszą mieć sens. A co powiesz o tym ty, autor tekstów?

Zdarzało mi się pisać teksty, które sensu nabierały dopiero po roku. Tu dodałem frazę, tam jeszcze coś innego i dopiero wtedy można było mówić o tekście. Ale tworzyłem również kompletnie popaprane rzeczy. Pozbawione kierunkowskazu, czyste przelanie myśli na papier. Chociaż to jest domeną J.D. Overdrive. Mentor ma określony rodzaj liryków. Trochę szatana, strachu, śmiechu i tyle. Lecą cytaty z horrorów itd. Fajnie jest.

Co sądzisz o śmieszkowaniu w metalu? Masz to w dupie, czy razi cię marne poczucie humoru?

Różnie z tym bywa. Nie wiem, dlaczego kupuję konwencję takiego Steel Panther. Jestem w stanie polubić się z humorem prezentowanym przez polskie kapele grindowe. Do fanów nie należę, ale konwencja definitywnie wpasowuje się w muzykę. Z drugiej strony pałam zażenowaniem przy Nocnym Kochanku. To jest już naprawdę głupi januszowy humor, ale sporo ludzi chwyta takie podejście do tematu.

W październiku gracie z Au-Dessus w Hydrozagadce. Kapelą zakapturzoną, post-blackową, będącą kompletnym do was przeciwieństwem. Jak sądzisz, dobrze wyjdzie taki mariaż?

Myślę, że tak. Przed D666 grali Embrional i Ragehammer, co w mojej opinii było strzałem w dziesiątkę organizatorów. Obydwa hordes przepięknie wpasowały się w klimat sztuki, co z resztą potwierdzi chyba każdy, kto na nią zawitał. Ale jeżeli ktoś by rzucił zamiast nich Entropię, też byłbym zadowolony. Jeden gig, dwiementor2 świetne kapele. Czego chcieć więcej?

Wiesz co? Przypominasz mi trochę Tymka. Śpiewa on w dwóch metalowych kapelach, ale dla odmiany ma swoje Them Pulp Criminals. Kiedy ty nagrasz swój projekt country (śmiech)?

Country może nie wydam. Szukam za to odpowiedniego składu, by stworzyć polskie Faith No More. Kiedy już to zrobię… Drżyjcie narody! Będziemy działać.

Arachnophobia Records mimo krótkiego czasu istnienia wyrobiła sobie w europejskim podziemiu naprawdę dobrą markę. W Polsce ciężko o równie ceniony i popularny label. Kapele są należycie promowane, a wydawnictwa świetnie oceniane. Czy Krzysiek zawdzięcza ten sukces faktycznej zajebistości swoich formacji, czy swoje robią macki kolesiostwa?

Nie wiem. Może za kilka lat ktoś stwierdzi: „to faktycznie nie była taka dobra muzyka, a my sobie tylko wmawialiśmy niestworzone rzeczy”, ale nie stanowi to najmniejszego problemu. Jako długoletni klient Arachnophobii wszystko wydane tym sumptem łykam w ciemno. Materiał oczywiście sprawdzam zawsze wcześniej. Mimo wszystko, jest to chyba jednak jedyna wytwórnia w Polsce, gdzie logo=wysoka jakość. Jesteśmy zadowoleni z tego, że wydaje nas akurat Krzysiek. Nie z powodu kolesiostwa, czy układzików.

Rozmawiał Łukasz Brzozowski

Zdjęcia: archiwum zespołu/Marcin Pawłowski