MENFOLK – z siłą wykolejonego pociągu…

Czy ktoś się z tym zgadza czy nie, nadal uważam, że noise rock to wynalazek bez precedensu, muzyka, która mimo upływu lat nadal poraża poziomem agresji. Żaden metal, metalcore, deathcore itp. objawienia  nie są w stanie przebić noise wyrafinowaniem w niszczeniu naszego słuchu. Poza tym – o ile wśród hardcore’a czy metalu mamy tysiące zespołów wtórnych, epigonów durnych i nudnych jak program wyborczy PO, o tyle na scenie noise większość kapel, szczególnie starych, intrygowała, ba, hipnotyzowała swoimi odmiennymi stanami świadomości, stając się nową rewoltą na miarę punkowego bumu pod koniec lat 70 – tych. Tyle, że tym razem nikt tego jakoś nie zauważył… Duński MenFolk należy do grupy wykonawców, którzy nie chcą zreformować gatunku a jedynie korzystać  z jego dobrodziejstw. Wprawdzie ostatni album grupy “Beast One/Man Nil” wydany został w ubiegłym roku, a sam zespół to grupa raczej mało kontrowersyjnych panów, dźwięki, jakie produkują, zmuszają mnie do przedstawienia ich szerszemu gremium. Jeśli lubicie Shellac, Janitor Joe czy The Jesus Lizard – propozycja Duńczyków  – jeśli jeszcze jej nie znacie – będzie dla Was miłym zaskoczeniem…

Trudno uznać, że jesteście w Polsce jakoś specjalnie znani, a ja chciałbym, żeby to się zmieniło – a więc opowiedzcie o sobie, jaka była wasza dotychczasowa historia?

Cóż, jesteśmy dość tradycyjnym zespołem, skład też jest prawie klasyczny – wokal, bębny, gitara no i dwa basy, to nas na pewno wyróżnia. Oryginalnie wystartowaliśmy w połowie lat 90 – tych, jeszcze pod nazwą Prune. Zespół grał wtedy rodzaj hałaśliwego indie rocka. W końcu zawiesiliśmy działalność a po krótkiej przerwie postanowiliśmy zrobić coś kompletnie nowego, może troszkę bardziej hardcore’owego? Tak powstał Menfolk. Zdecydowaliśmy się na dołączenie jeszcze jednego basu, by mieć mocniejsze i głębsze brzmienie. No i od początku nie staraliśmy się określić, co chcemy grać, nie wpisywaliśmy się w jakaś konkretną scenę. Gramy dźwięki, które uważamy za najlepsze, staramy się przy tym być najgłośniejsi, jak to tylko możliwe. Nasz styl oczywiście ewoluował przez lata, tak samo jak my grając razem zmieniamy się, stając bardziej świadomymi muzykami. To, co słyszysz dzisiaj, można nazwać prawdziwym, ukształtowanym obliczem Menfolk.

Słuchając waszej muzyki, mam pewne wizje, tego, co mogło was inspirować. Czy Wy sami możecie określić, co najbardziej wpłynęło na was, ukształtowało jako zespół?

Z siłą wykolejonego pociągu…

Mogę powiedzieć, że wpływ na to, kim jesteśmy ma całe nasze życie. Piszemy i śpiewamy o rzeczach, które dzieją się wokół nas, zarówno w społeczeństwie jak i w naszym prywatnym życiu. Menfolk nie jest politycznym zespołem. Mamy oczywiście swoje poglądy, ale nigdy nie mówimy innym, co jest dobre a co złe. Staramy się raczej okiełznać gotujące się w nas emocje. Potem artykułujemy je i to co w nas siedzi poprzez muzykę, tak, by wyrazić nasze codzienne, indywidualne doświadczenia. Podobnie  jest w przypadku spraw graficznych. Skupiamy się na tym, by obraz odnosił się w największym stopniu do muzyki. Na przykład – głośniki, które znajdują się na okładce “Beast One/Man Nil” to prawdziwe przedmioty, wykonane przez nas z aluminium. Skoro są one częścią naszego brzmienia, stanowią też wizualną stronę naszego zespołu. Nie tylko na scenie ale też jako część nowego albumu. Czasami może to być np. stare zdjęcie z rodzinnego albumu, tak jak to miało miejsce w przypadku okładki naszego splita z Barra Head. Część należąca do Menfolk opatrzona jest zdjęciem zrobionym przez naszego perkusistę, kiedy jako dzieciak był w Paryżu.

Jak mógłbyś zatem opisać w kilku słowach muzykę, jaką wykonuje Menfolk?

No więc brzmimy jak wykolejony, dziesięciotonowy, wyładowany po brzegi pociąg. Nie wiem,co dodać – to hałaśliwy, kanciasty rock. Intensywny i wyzywający. Nienawidzę kategoryzować muzyki i porównywać ją do innych zespołów, ale jeśli już muszę  to robić, opiszę MenFolk jako zespół zbudowany na duchu Fugazi, Shellac czy Metroshifter zmiksowanymi z pokręconym charakterem mieszkańców Danii (men/folk)

Wasza muzyka inspirowana jest głównie przez noise rock z lat 90 – tych. Przykładowo, przez takie bandy jak Unsane, The Jsus Lizard, zespoły z Touch&Go czy Amphetamine Reptile. No i wspomniany Shellac – to obsesyjna miłość, czy wieloletnie zauroczenie?

Nie możemy zaprzeczyć! Oczywiście, te zespoły i wytwórnie są zajebiste, więc nie ma potrzeby kłamać (śmiech…).   Ale jeszcze raz powtarzam – słuchamy bardzo dużo różnej muzyki, nie tylko noise, dlatego stwierdzenie, że to jedyna inspiracja nie jest całą prawdą o naszym zespole.

Cóż więc takiego nadzwyczajnego jest w noise rocku – muzyce, która dla niektórych jest tylko kupą – nomen omen – hałasu, z Twojego punktu widzenia?

Autentycznie, nie wiem… Może chodzi o energię, która w tym stylu muzycznym pełni dominującą rolę?

Znasz jakieś współczesne zespoły, które grają muzykę zbliżoną do noise rocka, coś w rodzaju Kanadyjczyków z KEN mode. Chodzi o takie zespoły, które połączyły ideę z współczesnym brzmieniem?

Jest kilka zespołów, które przykuły moją uwagę, ale, tak ,jak mówiłem, słuchamy różnych rzeczy, nie tylko noise. Cały czas to podkreślam. Moją uwagę zwróciły takie bandy jak Hands Up Who Wants To Die czy Adebisi Shanks z Irlandii. W Anglii są zespoły Paper Mice i nieco starszy New Brutalism. W Niemczech stacjonuje świetny Ten Volt Shock. Wspomnę też o kolegach z naszej wytwórni, czyli Obstacles i Trust, które są świetnymi, hałaśliwymi i bardzo głośnymi zespołami z Danii.

Opowiedzcie coś na temat procesu powstawania waszej muzyki, szczególnie tak znakomitego dzieła jak “Beast One/Man Nil” – macie jakieś zabawne wspomnienia z tego okresu?

Pisanie tego albumu to był ciężki i dość długi proces. Na początku zabraliśmy się za skonstruowanie odpowiednich głośników, dzięki którym mogliśmy osiągnąć potężne brzmienie, zarówno na koncertach jak i na płycie. Dopiero potem ruszyliśmy z pisaniem nowych kawałków. Jako że od dwóch lat niczego nowego nie skomponowaliśmy, wejście od nowa w ten proces było żmudnym marszem pod górkę… zresztą, dla nas to zawsze dość mozolna zabawa… No i nie pomaga w tym fakt, że jesteśmy perfekcjonistami, co tłumaczy, dlaczego nie mamy nowego albumu co dwa lata, jak to zazwyczaj u wielu zespołów bywa. W związku z powyższym, raczej trudno mi przypomnieć sobie jakieś zabawne historyjki ze studia i sali prób –  to dla nas raczej stresujący okres, może poza obiadkami, które sobie urządzaliśmy od czasu do czasu. Po nagraniach zrobiliśmy sobie przerwę, żeby od siebie odpocząć przez jakiś czas. Samo nagrywanie było dość dziwne, bo w okresie sesji mieliśmy w Danii najgorętsze tygodnie od wielu lat. Słonce grzało jak szalone. Studio mieści się w starym, drewnianym budynku, który ze względu na swoją konstrukcję okrutnie się nagrzewał. Dlatego zdecydowaliśmy się na opcję odwrotną – w dzień spaliśmy (ewentualnie oglądaliśmy Tour de France…) a w nocy nagrywaliśmy. To było całkiem ciekawe doświadczenie – wejście w zupełnie inny, nocny klimat, który wpłynął niewątpliwie na to, co udało się wycisnąć z instrumentów. Oczywiście, dla relaksu graliśmy w piłkę, w karty a nawet golfa. Ale zdarzyła się też „sesja” polegająca na nocnym zrzucaniu ze schodów starych blach perkusyjnych i jakiegoś żelastwa, połączona z nagrywaniem tych ekscesów. Na szczęście, te eksperymenty nie weszły na płytę.

Wasze nowe dzieło ukazało się tylko w wersji winylowej, bez tradycyjnego CD – dlaczego – czy to znak czasów, snobizm, czy jeszcze coś innego?

Dlatego, że uwielbiamy płyty winylowe – zawsze chcieliśmy wydać nasze nagrania na takim i tylko takim nośniku. Winyl wraz ze swoją specyfiką, głębią, pasuje do naszej muzyki zarówno brzmieniowo jak i w swojej aestetyce. To krótka wersja uzasadnienia. Nie mieliśmy kasy, by wydać poprzedni krążek “Colossus” na takim nośniku, dlatego tym razem nie chcieliśmy tego spieprzyć. Oczywiście, oprócz winyla a właściwie razem z nim, oferujemy możliwość darmowego ściągnięcia płyty o jakości CD. Można kupić także tylko wersję cyfrową do ściągnięcia w formacie mp3.

Wspomniałeś o waszej poprzedniej płycie “Colossus” – jakie są różnice między tą płytą a nowym dziełem “Beast One/Man Nil”?

Myślę, że „Colossus” jest bardziej chaotyczny i chyba jednak bardziej hałaśliwy. To materiał nie do końca kontrolowany, tak jak ostatnia płyta. „Beast” jest bardziej rockowa, z lepszym groovem. Jest też bardziej eksperymentalna, szczególnie w warstwie wokalnej i aranżacyjnej. Poprzedni album, skądinąd niezły, był w zasadzie kompilacją utworów z tamtego okresu. Z kolei na “Beast” znalazły się kawałki celowo, z dużą konsekwencją skomponowane i ułożone w pewną, logiczną całość. Tu było mniej przypadkowości, płytę spaja pewna idea, pomysł. Może na jakość ostatniej naszej płyty wpłynęła też presja, pod jaką pracowaliśmy nad tymi utworami. To był na pewno istotny czynnik, generujący  różnice między płytami. Tak się zmieniliśmy na przestrzeni czterech lat, jakie minęły od wydania „Colossus”.

Wróciliście z trasy  – opowiedzcie o życiu koncertowym MenFolk, no i koniecznie zdradźcie, kiedy zamierzacie przyjechać do Polski?!

Nie gramy za dużo koncertów, bo mamy także własne życie, rodziny i stałe zajęcia, o które musimy jednak dbać, dlatego musimy inaczej i z wyprzedzeniem planować wyjazdy. No i raczej nie są one za długie. Graliśmy ostatnio trzy koncerty w Irlandii, ale wcześniej nie występowaliśmy od sierpnia 2010 roku. Ciągle jednak mamy zamiar grać, myślę, że ruszymy po wakacjach. Może zawitamy też do Polski, kto wie… Do tego potrzebne są kontakty i ludzie, którzy chcieliby nam pomóc ustawić takie wypady. W Polsce nikogo takiego nie znamy. A może ktoś jest chętny??

Ok, na koniec kilka słów dla naszych czytelników…

Mamy nadzieję, że w końcu spotkamy się pewnego dnia z niektórymi z Was i porządnie zabalujemy!

Czego sobie i wam życzymy – do zobaczenia!!

Rozmawiał Arek Lerch