MELISA – Muzyka niewygodna

Na temat debiutanckiej płyty Melisy wypowiedziałem się już gdzieś obok, zatem, skoro panowie Marcel (bas) i znany z Brooks Was Here czy The Spouds Mateusz (vox/gitara) porządnie się rozgadali, nie pozostaje mi nic innego jak oddać im głos. Przodownicy alternatywy, podwórkowi prorocy nadwiślańskiego hałasu na start. Czytamy, słuchamy i cieszymy się, że mamy coś absolutnie własnego.

Słucham tych wszystkich zespołów i dzisiaj złapałem się na pytaniu następującym: „Co tak na prawdę jest dzisiaj w Polsce popularne?” Wiecie to??

Marcel: W kontekście muzyki to chyba Kuba Ziolek… Mateusz: Kuba Ziołek to dobry przykład kolesia, który grając fajną muzykę gdzieś tam zaistniał w szerszej świadomości, ale chyba nie wiem, co jest popularne. Mam bardzo zniekształcony punkt odniesienia odnośnie tego, co jest popularne, bo jak przyjdzie setka osób z okładem na koncert h/c to jest to już dla mnie dużo. Marcel: Ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie z prostego powodu – od jakiegoś czasu nie słucham muzyki, pewnie to stan przejściowy, ale obecnie nie bardzo orientuję się w najnowszych wydawnictwach…

No to jeszcze musimy zdefiniować coś takiego: „Popularność po Polsku”. Czym jest popularność w tym dziwnym zapyziałym kraju?

Mateusz: Dla każdego pewnie znaczy to coś innego. Ja bardziej niż o popularności wolałbym mówić o relacjach międzyludzkich i środowiskach, które skupiają się Melisa 3wokół pewnych brzmień, emocji, poglądów i na ich bazie mogą robić coś twórczego. Nie trzeba być w Polsce ani w Europie szczególnie popularnym, żeby klepnąć sobie fajną trasę koncertową. Wystarczy spojrzeć ile koncertów potrafią zagrać kapele z Rosji. Za to w ramach pewnych środowisk, pewnych twórczych osób lubiących takie i inne brzmienia, dane kapele mogą zdobyć coś na kształt rozpoznawalnego statusu, na którego bazie mogą koncertować, spotykać się z ludźmi i fajnie działać. Za przykład podałbym chociażby szwedzką No Omegę, ten skład ma swój rozpoznawalny status, a dalej bookuje sobie koncerty samemu, albo we współpracy z przyjaciółmi. Marcel: Dobre pytanie. Myślę, że kwestie finansowe możemy sobie podarować. Wydaje mi się, że popularność odzwierciedla się w feedbacku. To, że robimy ten wywiad w pewnym sensie jest dla mnie przejawem popularności Melisy (jakkolwiek to brzmi), wcześniej nie spotkałem się z tak pozytywnym odbiorem muzyki, którą gram. Ale ja mam akurat bardzo zaniżone standardy popularności. Fajnie, gdy jest publika, fajnie jak klaszczą po każdym zagranym numerze.

Taka odpowiedź w pewnym sensie pokazuje to co dzieje się dzisiaj w podziemiu, gdzie można spotkać zespoły, tworzące zupełnie nowe rzeczy, takie małe „niby rewolucje”, które w ostatecznym rozrachunku wpływają na biznes muzyczny. Myślicie, że Melisa też taki ferment poczyni?

Mateusz: Dla mnie wystarczającą nagrodą jest fakt, że na nasze gigi przybijają osoby, które mówią, że czują u nas vibe, który kojarzy im się z Ewą Braun, Krzycz czy Smarem SW. Część osób mówi, że trochę odkurzyliśmy tradycję polskiego noise-rocka czy muzyki eksperymentalnej czy jakkolwiek to nazwać, która przez jakiś czas odkurzana nie była. Dla mnie najważniejsze to po prostu robić coś dla siebie i ludzi, którzy to lubią. Nikt nie wie jak długo to pociągniemy, a o ocenę fermentu trzeba zapytać publiczność. Dla nas najważniejsze jest, żeby nie siać fermentu za plecami, bo Tomaszowi Chadzie mogłoby się to nie spodobać. Marcel: Byłoby miło otrzymać takie wynagrodzenie za te wszystkie godziny spędzone w busach i na próbach. Ale umówmy się, że ferment nie jest celem samym w sobie. Chodzi o przyjemność z grania i obcowania ze sobą.

Przyjemność przyjemnością, ale Dla Melizy to kawał muzyki, która fajnie rozpina się między tym co było i tym co jest. Gdzieś od Paraphrenii przez Ewę B. aż do… no właśnie, co możecie powiedzieć o dzisiejszej scenie noise w Polsce?

Mateusz: Zależy jak rozumieć „noise”. Fajnie jest, że w ramach noise’u dzieją się różne rzeczy, od gitar i piosenek, jak w przypadku Złotej Jesieni, poprzez instrumentalne kompozycje Łukasza Ciszaka, aż po kompletne odloty, jak Karmiciel Wszy czy Hanzo Hasashi. Nie można też nie wspomnieć o noise w kontekście sceny improwizowanej, jak w dowodzonym przez Michała Kasperka Prysznicu Hałasu. To temat na osobny artykuł, tym bardziej, że moja odpowiedź jest dosyć warszawo-centryczna, bo tych rzeczy z racji mojego miejsca zamieszkania jestem najbliżej. Tych hałasów trochę jest i fajnie się dzieje, że są, ale to temat na tyle szeroki, że trudno mi go zamknąć w ramach odpowiedzi na to pytanie, nie gadając przez godzinę.

Skąd w ostatnim czasie taki renesans noise? Przez lata było cicho a teraz jak po deszczu – szał…

Mateusz: Nie chcę, żeby to zabrzmiało jak spowiedź kombatanta, ale, kiedy zaczynaliśmy grać z The Spouds, którego nie uważam w żadnym wypadku za skład noise’owy, była dosyć spora fala indie rocka w wersji 2.0 i electro clashu. Disco-punki, klimaty jadłodajni filozoficznej. Tymczasem dużo osób za młodych, żeby w tym w pełni partycypować już wtedy jarało się zupełnie innymi brzmieniami i ściągało z serwerów dyskografie Sonic Youth czy innych My Bloody Valentine. Może teraz do głosu doszło parę mordeczek, które wolały podpierać ściany, niż tańczyć?

 Muzyka niewygodna

Muzyka niewygodna

Nie uważacie, że trochę jest tak, że znowu mamy coś w rodzaju przełomu? Indie poszło w zupełnie komercyjną stronę, metal czy punk jest dzisiaj w zasadzie śmieszny, mainstream dusi się w swoim światku. Może poczucie pustki każe hałasować bardziej niż parę lat temu?

Mateusz: Moim zdaniem, w dziedzinie hc/punka dzieje się całkiem sporo super ciekawych rzeczy. Niedawno graliśmy z Wolves At The Door i Torn Shore i są to świetne bandy. Z „indie” jest taki problem, że jest to takie słowo wydmuszka, które na przestrzeni lat oznaczało najróżniejsze rzeczy. Myślę, że, parafrazując słowa Roberta Skawińskiego, „każde pokolenie ma własne poczucie pustki”. Myślę, że to czy to nasze reagowało na nie w bardziej hałasujący sposób będzie można ocenić z perspektywy lat. Nie wiem czy noise jest obecnie w szczególny sposób nad-reprezentowany względem innych gatunków. Pewnie statystycznie więcej małolatów będzie się brało za klejenie beatów albo nawijanie. Marcel: Jest pewnego rodzaju ukojenie w hałasowaniu, temu nie da się zaprzeczyć. Czy jest to przełom? Nie chcę wchodzić w rolę proroka, chociaż faktycznie, spotykam się z opiniami, że coś pęka lub zaraz pęknie. To jest czysto filozoficzne pytanie, a ja jestem kiepskim filozofem. Robię swoje bez względu na okoliczności, nie wydaje mi się, że gralibyśmy inaczej, gdyby osadzić Melisę np. dziesięć lat temu.

No to do tej „roboty” zmierzamy: co kto i dlaczego wpłynął na was, by stworzyć Melisę? Jakie były dramatyczne kulisy, przekręty i kryminalne historie?

Mateusz: Dramatyczne kulisy chyba zostawimy dla siebie. Melisa powstała z inicjatywy Marcela, który chciał zacząć robić coś nowego z nowymi ludźmi. Wcześniej luźno graliśmy sobie przy różnych okazjach i to działało. Założenie było takie, żeby było energetycznie i głośno, więc wymarzonym perkusistą był Michał, który przez jakiś czas zastępował perkusistę Brooks Was Here. Marcel: Nie ma w tym wielkiej historii miłosnej. Zakumplowaliśmy się z Mateuszem jakoś w roku 2014 przy okazji wizyty Bambonga (mojego ówczesnego, poznańskiego składu) w Warszawie. Potem od słowa do słowa ustawiliśmy się na robienie kapeli głośnej i brutalnej. Cały dramatyzm (przynajmniej dla mnie) polega na moich dojazdach do Warszawy. Mamy niewiele czasu na robienie materiału, a co dopiero na ćwiczenia przed koncertami. Ma to swoje dobre strony; nauczyliśmy się szybko pracować, robimy 2-4 kawałków na zjazd, dzięki czemu w tym roku można spodziewać się drugiej płyty. ale proszę, nie pytaj o dokładny termin (śmiech).

W Waszej muzyce słyszę sporo rożnych inspiracji, nie chcę ich przytaczać, żeby niczego nie sugerować, raczej zapytam się ogólnie o to, co Was inspirowało do tworzenia takiej muzyki? Konkretne odnośniki mile widziane.

Marcel: Lightning Bolt, John Zorn, Miles Davis, Coltrane, Stara Rzeka (odkąd tylko istnieje). Literatura bitnicza, wiejskie powietrze, brzmienie silnika w Ursusie 1224 i skomplikowane, Michałowe bity. Mateusz: Jeśli o mnie chodzi, więcej mogę powiedzieć, o moich inspiracjach tekstowych. Ze względu na to, że zdecydowałem się śpiewać po polsku, a my mamy właściwie same nieregularne podziały rytmiczne, podchodziłem do nich jednocześnie bardzo „na sucho”, żeby zmieścić to, co chcę powiedzieć w paru wersach i jednocześnie bardzo emocjonalnie opisuję rzeczy, które są raczej niemiłe i niewygodne. Mówiłem o tym w wywiadzie dla idioteq, inspirowałem się trochę dramaturgami takimi jak Brecht, Kolada, Demirski, Rosycz czy Priażko. Dopiero po sesjach nagraniowych Melisy i Brooksów zauważyłem, że w Brooksach piszę bardziej „od środka”, natomiast w Melisie bardziej „od zewnątrz”. Jest w tym wszystkim jakieś poczucie alienacji, więcej suchych opisów sytuacji, do których słuchacz może się ustosunkować, jak chce. Myślę, że istotę naszej muzyki bardzo dobrze uchwyciła Anna Kieblesz, która robiła nam sesję zdjęciową do płyty. Powiedziała, że nasza muzyka jest „niewygodna”, co potem świetnie oddała w swoich zdjęciach. A nasza muzyka jest niewygodna nawet dla nas samych. Niedawno na próbie, kiedy grałem motyw, który nie spodobał się Michałowi, powiedział, że kiedy słyszy coś takiego to nie może tego zaakceptować, jakby siedział na czymś niewygodnym. I to jest super, jest w tym jakiś konflikt, w ramach którego robimy coś ciekawego i potrafimy się dotrzeć, znaleźć konsensus, nawet jeśli jest to niewygodny konsensus.

W pewnym sensie wywołałeś wilka z lasu – zastanawiałem się właśnie, co bardziej mi się podoba – świetna muzyka czy teksty. To taka poezja ulicy, która odziera otoczenie z kolorowych reklam i wystawia na widok publiczny brud. Jesteśmy źli? Niedobrze czujemy się w swoich, cywilizowanych nawiasach?

Mateusz: Bardziej interesuje mnie to, jak bardzo nie możemy nie być źli. O tym są np. Gdzie giną gołębie. Takiej refleksji mi trochę brakuje w muzyce gitarowej, a radzili sobie z nią nieźle, chociaż może w nie zawsze wysublimowanej formie raperzy, jak np. WWO w „Każdym ponad każdym”. Kiedy pisałem „Gdzie giną gołębie” chciałem napisać metaforyczne „Każdy ponad każdym”, więc uliczny trop jest dla mnie jak najbardziej OK. O to czy jest poetycki musiałbym się zapytać jakiegoś speca od tematu. Na pewno nabrałem trochę pewności siebie, jako tekściarz, bo dużo osób sobie chwaliło warstwę tekstową naszego albumu. Już nie jestem taki przestraszony, jak na początku, kiedy przynosiłem każdy wers do oceny chłopakom, żeby się upewnić, że to nie jakieś kompletne gówno.

Najbardziej przeraził mnie tekst Nie mam gdzie spać, bo odebrałem go jako coś w rodzaju krótkiej definicji współczesnej młodej populacji miast. Naprawdę tak negatywnie postrzegacie swoje pokolenie?

Mateusz: Nie myślałem o tym tekście przez pryzmat pokoleniowy, bo ludzie w moim wieku bardzo różnią się pod względem aspiracji, poglądów politycznych czy modelu spędzania wolnego czasu. Bardzo podoba mi się myśl Adorna i Horkheimera z „Dialektyki Oświecenia”, że w momencie zniewolenia przez pracę, coś, co można by określić, jako rozrywkę, wypoczynek, czas wolny jest w praktyce przedłużeniem czasu pracy. Czymś, co służy tylko temu, żeby móc znowu stanąć za barem w kawiarni czy usiąść przed komputerem. Nie odbierałbym tego, jako pokoleniowej krytyki, a jako opis takich sfrustrowanych, wybrakowanych, przepitych konwulsji, których część z nas doświadcza. Kiedy wychodzisz z pracy czy domu zmęczony i idziesz w miejsca, w których pod pretekstem odpoczynku męczysz się dalej. Nie powiedziałbym, że odbieram to negatywnie. Raczej tego nie waloryzuję. Chociaż fajne jest to, że odebrałeś ten tekst inaczej. Od tego w ogóle są teksty, żeby odbierać je w różny sposób. To trochę świadczy o tym, że to, co powiedziałem o tej „alienacji” czy „efekcie obcości” działa. Dla mnie to jest w sumie norma. Dla Ciebie jest to negatywny obraz pokolenia.Melisa 2

Te słowa, w skojarzeniu z hałaśliwą, drażniącą muzyką, działają trochę jak elektrowstrząsy. Bo – wybacz – nie mogę nich znaleźć pozytywu. Uwierają. I hipnotyzują. Czy mimo wszystko jest dla nas jakaś nadzieja?

Mateusz: Nie ma nadziei. Jest tylko Sutra o całkowitym zgaśnięciu. Takie teksty gdzieś tam mi wychodzą po prostu. W liceum miałem prezentację maturalną o brzydocie i tak mi już zostało. Gadałem o Szeleście Spadających Papierków i tym podobnych.

Dlatego robi się ta wasza muzyka strasznie intelektualna. I jednocześnie mam wrażenie, że jesteście kontynuatorami – w pewnym sensie – idei zapoczątkowanych na abcdefghijklłmnoprstuwz semantik punk. Co Wy na to? Umarł semantik, niech żyje Melisa!?

Mateusz: Semantik Punk, przy całym szacunku do warsztatu tego bandu, nigdy akurat nie był szczególnie bliską mi kapelą. Mam wrażenie, że mimo pokrewieństw takich, jak matematyczne zacięcie jesteśmy jednak kompletnie innym bandem. U nas dużą rolę odgrywa jednak chaotyczność, nie jesteśmy tak bardzo precyzyjni, nie sądzę też, żebyśmy byli podobni tekstowo. Są pewne punkty styczne, ale myślę, że to, co robimy jest od nich jednak dosyć odległe. Marcel: Słychać to zwłaszcza na koncertach, w momentach, kiedy się rozjeżdżamy, a takich, niestety albo i stety, nie brakuje. Lubię semantik punk, jednak podobnie jak Mateusz nie stawiałbym Melisy obok. Mateusz: Niedługo będzie można te nasze rozjazdy usłyszeć na bootlegu z ostatniego koncertu z Chmur. Marcel: Właśnie, płytka wyląduje na bandcampie w momencie, w którym dorwę się do nielimitowanego Internetu, czyli mam nadzieję, że na dniach.

W waszym przypadku faktycznie chaos jest dość ważnym elementem, bo powoduje, że muzyka Melisy pozostaje zagadką i w wielu miejscach brzmi jak byście się rzucali na dźwięki i zostawiali je w takiej wywróconej formie, bez cyzelowania. Zostawiacie dużo miejsca na przypadek?

Marcel: Praktycznie większość utworów to przypadek! Koncertowe wersje różnią się znacznie od tych płytowych, Michał lubi czasem zagrać inny bit niż zwykle, co akurat uważam za zaletę. Możliwe, że ta zagadkowość wynika ze sposobu naszej pracy – często zapominamy swoje partie po np. dwumiesięcznej przerwie, odtwarzając je w zmienionej formie. Ostatecznie wszystko wychodzi samo i w sposób naturalny. Mateusz: „Dla Melizy” nagraliśmy na setkę i potem nie było z nią dużo wyrównywania. Te numery ewoluują. Jeśli na próbie Michał zrobi jakieś super przejście, którego nie było wcześniej, nie boimy się go też na koncercie. Pewne części w zależności od groove’u czy nastroju są dłuższe bądź krótsze. Naszym silnikiem i niespokojną duszą jest pod tym względem Michał, który potrafi zdetonować pewne fragmenty swoją grą w taki sposób, że są przy różnych wykonaniach kompletnie inne. Podobnie ze mną, raz mi się sprzęgnie tak, raz siak, nie wszystko da się zawsze odtworzyć w stu procentach. Przed ostatnim gigiem nie chciałem grać „Lodziarni”, bo zgubiłem taką metalową pałeczkę, którą wkładałem sobie między struny, przez co ten numer brzmiał jak brzmiał. Chłopaki jednak chcieli go zagrać, więc musiałem wymyślić kompletnie inną partię niż poprzednio.

Czyli jednak szkice. Krótkie zajawki kawałków. Może ciekawie brzmiałoby, gdybyście za rok nagrali np. „Dla Melizy Bis” z tymi samymi numerami już po ewolucji…

Marcel: Chyba jednak napiszemy nowe kawałki, ale może pokusimy się o wydanie innych wersji miksów, bo były chyba cztery, ale to może na 35 lecie zespołu albo inne okazje w tym stylu… Mateusz: O tak! Ta płyta miała cztery zupełnie inne miksy. Myślę, że to by mogło być jeszcze ciekawsze, niż zagranie tych numerów po roku. Tym bardziej, że już teraz mamy 4 nowe i 2 następne w drodze.

Na płycie, obok tych matematyczno-chaotycznych rzeczy są też, hmmm, drony – Prochy, Lufki, Martyrologia marketu czy spore fragmenty „Sutry”. Brzmią jednak inaczej, nie tak jak loty Thaw, są… właśnie – jakie? Czy to też totalny „lot”, ulotny zapis chwili?

Marcel: Tak. Lot przemielony przez ręce i uszy Gorana, w zasadzie to bardziej jego utwory niż nasze.Melisa koncert

Nie kusiło Was, żeby dłużej „polecieć”. Te minutowe utwory to jednak strasznie krótko, jak na dzisiejsze standardy.

Mateusz: Bardziej „lecieliśmy” na koncertach, gdzie Marcel i ja mieliśmy swoje „loty”, które graliśmy zupełnie sami.  Marcel: Mamy wyj… na standardy. Dobrze czujemy się w krótkich formach, może przy okazji następnych płyt będzie dłużej. Nie spodziewałbym się jednak takich utworów przy drugim albumie. To po prostu brak czasu jest głównym wyznacznikiem naszych prób i sposobu grania.

Stworzyliście świetną płytę, mającą swój własny, niepowtarzalny klimat, teraz czas żeby ja sprzedać. Macie wywalone na „dużą” promocję, czy realnie nie ma takich szans? Gdzie widzicie swój zespół? W klubach typu Chmury, czy celujecie wyżej?

Marcel: Dzięki, to bardzo miłe, że materiał się podoba. Niebawem jedziemy w trasę, która obejmie 8 czy 9 koncertów, może sprzeda się kilka płyt. Nie wiem jak sytuacja wygląda u Bora, w Music Is The Weapon. Nie oszukujmy się, to nie jest muzyka na duże miejscówki, chociaż czas pokaże. W Chmurach zawsze gra się cudownie. Osobiście chciałbym więcej koncertów w Poznaniu, dla swojaków. Mateusz: Na przełom lutego i marca planujemy trasę z zespołem Sierść. Będzie to 8/9 koncertów, póki co na bank zagramy w Warszawie, Toruniu, Poznaniu, Nowym Tomyślu, Gorzowie Wielkopolskim, Pradze, Libercu i Łodzi. Objętościowo nie będą to duże miejsca. Ale, jak pisałem, dla mnie bardziej liczą się relacje, które można nawiązać z ludźmi w różnych miejscach, niż objętość sali. Opinia na temat zespołu w Internecie czy gdziekolwiek cieszy, ale równie ważne, jeśli nie ważniejsze jest sklejenie piątki z ziomkiem, któremu podobał się koncert. Większe miejsca, większe sceny, działanie na zasadach komercyjnych w pewnym stopniu ogranicza tą bezpośredniość, która jest namacalna, kiedy działa się na zasadach kumpelsko-DIY-owych.

Zatem dziękuję Wam za czas i czekam na więcej. Jeśli chcecie coś na koniec dodać – to zapraszam…

Marcel: Dziękuję również, Chciałbym podziękować wszystkim, którzy wspierają nas dobrym słowem, zakupem płyty czy zbiciem piątki. To dla nas bardzo mile. Mateusz: Chciałbym podziękować Bibi z Evvolves za super wsparcie podczas pracy nad muzyką i powiedzieć, że wspieranie lokalnej sceny jest ważne. I powiedzieć też, że nie gramy dla rasistów, homofobów i innych niemiłych osób, ale to chyba oczywiste.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Anna Kieblesz (zdjęcia z Sesji)/Joanna „frota” Kurkowska (koncert w Uchu)