MEGASCAVENGER – znowu death metal!

Megaascavenger to zespół, który albo będzie nienawidzony albo kochany, innej opcji nie ma. Za muzykę jest odpowiedzialny Roger Rogga Johansson, hałasujący w milionie składów… czysto deathmetalowych. Co zatem może stworzyć pod nowym szyldem? Jak sam zainteresowany przyznaje, obojętnie, co komponuje i tak na końcu wychodzi mu surowy, szwedzki death metal. Z wielu projektów właśnie najnowsze dzieło stworzone pod szyldem Megascavenger ma szansę być postrzegane jako coś bardziej przystępnego, bo też bujające groovy, wchodzące w łeb riffy i ogólny, bardzo klarowny charakter debiutu „Descent of Yuggoth” powinny zjednać mu zwolenników. Z drugiej – jeśli ktoś spodziewa się czegoś wyjątkowego, musi przygotować się na rozczarowanie. Przed państwem Rogga, który nieco sentymentalnym limerykiem poleciał po całej swojej karierze…

Zdradź nam, Rogga, jak zaczęła się Twoja przygoda z muzyką, jacy bogowie zmusili cię do flirtu z hałasem?

Rogga: Zacząłem słuchać hałasu, kiedy byłem dzieckiem. Miałem może z siedem lub trochę więcej lat, kiedy usłyszałem po raz pierwszy muzykę heavy metalową. Potem, kiedy byłem już nastolatkiem, zacząłem tworzyć własne dźwięki i grać z przyjaciółmi.

Pamiętasz jeszcze swój pierwszy zespół, w którym zadebiutowałeś i pokazałeś co potrafisz?

Taki pierwszy, prawdziwy band był projektem industrialno – metalowym, nazywał się Putashriek. Miałem wtedy może ze czternaście lat. Kiedy miałem lat 17, moje muzyczne fascynacje ewoluowały coraz bardziej od industrialu w stronę czystego death metalu. Kolejny zespół zwał się Grip Terminal. Kilka lat później, w roku 98, zmieniliśmy nazwę na Paganizer. Wtedy po fascynacjach mechaniką pozostały tylko wspomnienia. To był już prawdziwy death/thrash metal.

Twoje muzyczne CV pęka w szwach – grałeś i grasz tylu zespołach, że nie sposób ich zliczyć. Możesz wymienić swojego faworyta, oczywiście, poza Megascavenger…

Moim głównym zespołem zawsze był wspomniany już Paganizer, pewnie wynika to z faktu, że był to finał mojej muzycznej ewolucji, kto wie… W tym zespole jest mój dom, tam zostawiłem serce. To także jedyny zespół, z którym występuję na żywo. Paganizer jest najbliżej mojego ideału i blisko serca.

A jak zatem wygląda Twoje zaangażowanie w inne zespoły typu Putrevore, Revolting czy The Grotesquery? Skąd bierzesz na to wszystko czas?!

No nie wiem, jak udaje mi się wygospodarować czas na te wszystkie zespoły (śmiech…). Putrevore to mój projekt, który dzielę z Davem Rottenem z Xtreem Music/Avulsed. Rozpoczęliśmy granie gdzieś w 2002 roku i trwało to przez kilka lat, zanim zarejestrowaliśmy nasz pierwszy album. Niedawno zrobiliśmy kolejny. To świetny projekt, podobnie jak Revolting, który także dostarcza mi mnóstwo pozytywnej rozrywki. To projekt bazujący na starym death metalu, brzydki i zainfekowany horrorami, muzycznie jest tu też trochę melodyki, tej pierwotnej, z okresu, kiedy death zachowywał jeszcze przyzwoitość. The Grotesquery to z kolei projekt, w którym pracuję z moim prywatnym bohaterem – Kamem Lee. To dla mnie najlepszy, growlujący wokalista na tej scenie. Nie ukrywam, że z tego powodu jest to dla mnie zespół wyjątkowy, bardzo mi się podoba praca z tym gościem.

W Megascavenger po raz kolejny oddajesz hołd surowemu, pierwotnemu death metalowi. Czy po nagraniu tylu płyt z taką muzyką odkrywasz jeszcze jakieś nowe, świeże elementy w tym gatunku?

Cóż, nie wiem, dlaczego tak się dzieje, ale kiedy coś nagrywam,  zawsze wychodzi stary, oldskulowy death metal (śmiech…). Ja na prawdę nie robię tego celowo. Chciałbym napisać melodyjną, rockową piosenkę, czy coś w stylu doom metalu, ale nie sądzę, by to kiedykolwiek nastąpiło (śmiech…). Często jest tak, że próbuję wciąż coś innego napisać, ale jak już powstanie muzyka, okazuje się, że znowu jest to death metal! Chyba mam coś w moim ciele, w głowie, co nie pozwala mi na robienie innej muzyki. Muszę się z tym pogodzić…

znowu death metal...

znowu death metal…

Pochodzisz z kraju, którego zasługi w szerzeniu death’owej zarazy nie sposób przecenić. Nie ma sensu wymieniać nazw, ale może zdradzisz nam, czy byli i są wykonawcy, którzy dla ciebie stanowią fundament, taki punkt odniesienia? Niekoniecznie mówię o wykonawcach metalowych…

Kiedy byłem nastolatkiem uwielbiałem crust punk, zresztą nadal tak jest. Zespoły w stylu Disfear i Driller Killer mają wiele wspólnego z tym, jak dzisiaj piszę riffy. Lubię proste, niezbyt szybkie, ale ciężkie granie, z dobrym groovem. Lubię zespoły, które nie zdobyły zbyt dużej popularności – np. Furbowl, który jest  moim zdaniem lepszy niż Entombed i Dismember. Kocham ten zespół i myślę, ze warto rozpropagować go wśród maniaków hałasu, bo zrobili kilka killerskich albumów.

Możesz porównać piosenki z  debiutu do tych, które znalazły się na ep-ce „Songs of Flesh”?

Właściwie wszystkie utwory zostały napisane w tym samym czasie, kilka lat temu. Wtedy też pojawił się pomysł, by zaprosić do ich wykonania wielu znakomitych  gości.

Dlaczego zdecydowałeś, że Megascavenger będzie projektem bez stałego składu – czy to optymalna opcja dla Ciebie czy chodzi właśnie o współpracę z twoimi, muzycznymi idolami?

Cóż, wiele z moich projektów nie ma stałego składu, to taka sytuacja, dzięki której mogę faktycznie nagrywać z ludźmi, który mnie inspirują i w danym momencie mogą dać mi coś ciekawego. Za każdym razem tworzę coś w rodzaju dream team. Nie wiem, dlaczego zdecydowałem się na takie luźne podejście do składu moich zespołów. Może następnym razem Martin van Drunen będzie miał dość czasu, by znaleźć się ze mną w studiu – byłoby super…

Opowiedz skąd wziął się tytuł płyty? Jakie są inspiracje, stojące za poszczególnymi tekstami – to jakiś rodzaj historii, oderwane opowiastki, czy może stoi za nimi coś konkretnego?

Nazwa pochodzi z mitologii Cthulhu Lovecrafta – Yuggoth to oznaczenie planety, na której mieszkają potwory. Wiele tekstów bazuje na twórczości Lovecrafta, część opiera się na konkretnych tematach. Muszę przyznać, że Lovecraft jest dla mnie niekończącą się inspiracją i na pewno na kolejnym albumie Megascavenger będzie sporo tekstów, gdzie znajdziesz jego cień. Nic na to nie poradzę (śmiech…).

Jesteś gościem, który sporo się ze swoimi zespołami obijał po świecie – jaka najbardziej odjechana historia z tych wojaży utkwiła Ci w głowie?

Nie wiem, ha, ha… Pewnie dlatego, że w głowie zamiast wspomnień zostały mi tylko opary piwa… Ciągle trafiają się jakieś głupie historie i coś dziwnego się dzieje. Ale konkretnie, oczywiście nic mi w tym momencie do łba nie przychodzi. Może moment, kiedy lecieliśmy samolotem do domu z Hiszpanii wiele lat temu – w pewnym momencie usłyszałem głośny huk, wszystko zaczęło się trząść. Byłem zesrany i myślałem, że właśnie kończy się moje parszywe życie, autentycznie, widziałem te wszystkie obrazy, przemykające przed oczami (śmiech). Dlatego nie lubię latać i robię wszystko, żeby miało to miejsce jak najrzadziej. Nie rozumiem, jak można latać i dlaczego ludzie nadal to robią, mimo, że co chwilę jakiś samolot się rozwala…

Zdradź nam, jaki jest top szwedzkiego hałasu, jaki obija się w Twoim mp3 playerze?

Top 5 jest taki: Furbowl, Edge of Sanity, Grave, Hypocrisy i Dismember. Wiem, mało oryginalne. A aktualnie co mnie ogłusza? To będzie Benediction, oni zawsze rządzą. Ostatnio często słucham też najnowszego Novembers Doom. Znakomity, killerski stuff… Zawsze będę też miał pod ręką płyty Lake of Tears, to jeden z moich faworytów.

Wracając jeszcze na sekundę do jednego z Twoich zespołów – kiedy możemy spodziewać się nowej porcji wymiocin ze strony Demiurg?

Myślę, że Tobie pierwszemu to powiem, ale Demiurg nie nagra już nowego albumu. Wpływ na ten fakt ma wiele różnych spraw, które spowodowały, że zdecydowaliśmy się nie nagrywać nowego albumu planowanego n 2013 rok. Choć oczywiście, kto wie, co wydarzy się w przyszłości? Na razie jednak zespół jest zamrożony…

Dzięki za wywiadzik, na zakończenie kilka słów odnośnie najbliższych planów Megascavenger?

Album jest już zrobiony, więc teraz będziemy śledzić, co będzie się z nim działo. Myślę, że za jakiś moment, jak debiut w miarę się sprzeda, będzie czas pomyśleć następcy i o tym, jacy goście się na nim pojawią…

Rozmawiał Arek Lerch