MASZYNY I MOTYLE – więzienie idealne

Historia muzyki industrialnej jest równie ciekawa, co pogmatwana, w efekcie mało kto jest w stanie (co w sumie nie jest złe) jednoznacznie zdefiniować ten fenomen. W efekcie nalepka „industrial” pojawia się na produkcjach Psychic TV, Laibach, Einstürzende Neubauten i Swans, ale przylepiana jest też do Front 242, Nitzer Ebb czy Rammstein. Czyli, każdy kto hałasuje, lubi kwadratowe rytmy i komputery, może się załapać. W polskiej tradycji było paru szaleńców, co próbowali ten niełatwy kawałek chleba pokroić na swoją modłę, jednak (pomijając fenomen zespołu Kinsky czy Agressiva 69) w sumie nikt nie stał się na tyle wyrazisty, by mocniej zapisać się na kartach szeroko rozumianej pop kultury. Czy Maszyny i Motyle – pomijając nazwę – mają takową szansę? Zważywszy na rodzinne powiązania z Rigor Mortiss (ktoś pamięta?), może tak, po przesłuchaniu debiutanckiej płyty Panoptikon pojawia się jednak sporo innych wątków. Póki co, zaczepiamy sam zespół, by spróbować rozjaśnić ów obraz. Przewodnikami będą basista Grzesiek i gitarzysta Gustaw.

Na początek kilka słów odnośnie Waszej nazwy. Nie jest zbyt medialna, ale charakterystyczna. Czy chodzi o gę kontrastów – maszyny – ciężkie i sztuczne i motyle, zwiewne, piękne, naturalne.

Grzesiek: Chcieliśmy nazwę polską. I taką, która będzie zwracać uwagę. Chodziło o wpływ technologii i związane z tym kontrasty. Ciekawe, że początkowo graliśmy jako Maszyny i MotyleMały w typowym składzie z perkusją i wokalem. Po zmianach na automat perkusyjny i wokal wykorzystywany sporadycznie, raczej jako element rytmiczny, ta nazwa bardziej pasuje.

Ciekawa kwestia – zazwyczaj jest odwrotnie – zespoły ze sztucznym pałkerem szukają żywego gościa. Co zdecydowało o wyborze automatu? Z maszyną lepiej się dogadać?

Gustaw: Jest to po części efekt historyczny. Nie udało nam się znaleźć nowego pałkera a komputer póki co świetnie się sprawdza.

Grzesiek: Część składu ciągnęło w stronę mniej oczywistych rytmów, bębniarz miał drugą kapelę, w której bardziej się realizował. Postanowiliśmy się nie blokować. A automatu trochę się baliśmy, ale ostatecznie otworzył nowe możliwości.

Nowe możliwości – czyli co?

Gustaw: Można naraz zagrać czterema rękami na bębnach, zabrać na scenę kilka różnie brzmiących zestawów perkusji, można pięknie zagrać na linijce, można wykorzystać szept jako rytm itd. A wszystko waży 3 kg i mieści się w walizce.

Grzesiek: Jest jeszcze taki plus, że od przejścia na maszynę możemy regulować głośność grania na próbach.

Jasne, ale mówicie bardziej o kwestiach logistycznych a mnie chodziło raczej o sprawy muzyczne – o to, że np. żywy bębniarz czegoś nie zagra, o kwestie brzmienia, polirytmii, techniki?

Grzesiek: I wychodzi, że chcemy wytłumaczyć bębniarzowi, że niekoniecznie jest potrzebny (śmiech). Są spore możliwości wykorzystania rożnych brzmień, ale nie wykluczamy grania w przyszłości z żywym perkusistą.

Gustaw: Prawdę mówiąc, trochę czasu nam zajęło zanim pogodziliśmy się z rozstaniem z bębniarzem. I nie od początku byliśmy przekonani do grania z komputerem. Ale w ciągu tych sześciu lat, kiedy gramy z automatem, polubiliśmy go i nawet się z nim zaprzyjaźniliśmy. Znamy kilku bębniarzy, którzy lepiej by się sprawdzili niż komputer, no ale cóż, nie chcą z nami grać.

W sumie syntetyk pasuje do Waszej estetyki. Atak wkurwionych dronów brzmi świetnie, nieprawdaż? Zastanawiam się, czy faktycznie pasuje do Was etykietka „industrial”?

Grzesiek: Pewnie gdzieś ten industrial bywa w naszej muzyce, ale nie jestem specem od etykietek. A co bardziej pasuje?

Właśnie to jest ciekawe, bo jest tu szerokie spektrum, od industrialu, przez krzywe elektro, trochę eksperymentu, noise, po nieco bardziej ostatnio modne drony. W sumie ciekawa mieszanka. Jak wygląda proces komponowania takiej muzyki? Jaki jest udział tzw. przypadku w doborze brzmień, gdzie przebiega ta cienka czerwona linia między komputerem a człowiekiem?

Grzesiek: Jest różnie. A przynajmniej staramy się, żeby było. Są utwory wypracowane na próbach. Jest taki, gdzie gitarzysta przyniósł rytm i nagrywaliśmy improwizowanie do bębnów „na dziewięć”. Lepsze fragmenty zasiliły utwór. Mamy też dużo szukania i zabawy z brzmieniami.

Gustaw: Nieraz nakreślamy, jakie brzmienie chcemy uzyskać i kręcimy gałami w efekcie i często w rezultacie znajdujemy nie to czego szukaliśmy, ale o wiele fajniejsze brzmienie. Innym razem zabawa efektem i zbudowanie ciekawego „czegoś” jest bazą do nowego utworu.M&M live

Czy można mówić o jakichś inspiracjach? Wzorach? Możecie zdradzić swoje muzyczne fascynacje, które wpłynęły na wybór takiego a nie innego kierunku poszukiwań?

Grzesiek: Chyba ciężko mówić o jednoznacznych wzorcach. U mnie krąg zainteresowań muzycznych stale się poszerza. Raczej nie jestem typem Mamonia, lubię być zaskakiwany. Z rzeczy nowych chętnie słucham Molocha Merkabah i ostatnie Swans. Stale lubię The Ex z wszelkimi kolaboracjami i eksperymentami. Dużo by wymieniać…

Gustaw: Podświadomie na pewno tych inspiracji jest sporo. Z mojej strony na pewno wiele jest metalowych… Począwszy od tego co robiła w latach 80-tych Metallica poprzez Primusa, Voivoda, Slayera, Megadeth aż do Cannibal Corpse lub Fantomas. Ale w całej naszej młodzieńczej naiwności staramy unikać grania czegoś co już słyszeliśmy. Chociaż na kompletną ucieczkę nie ma mocnych…

Gracie muzykę raczej mało popularną, nasuwa mi się zatem pytanie – jak jest z koncertami, kto przychodzi, gdzie i z kim gracie? Trudno dotrzeć do ludzi?

Grzesiek: Niebawem ruszamy z koncertami z materiałem z „Panoptikonu”. Nagrywanie płyty trochę nas odcięło od grania na żywo. Ale miło wspominamy te kilkadziesiąt koncertów, które udało nam się zagrać. Tym bardziej, że graliśmy z zacnymi bandami z różnych muzycznych bajek. Od Mazzola, Żerafał czy Merkabah po [peru], Moją Adrenaline czy Searching For Calm. W pamięci mocno mi utkwiły szczególnie gigi z kapelami hc/punk w takich miejscach jak Tektura w Lublinie.

Jak wyglądał proces nagrywania płyty – co było największym wyzwaniem?

Gustaw: Płytę nagrywaliśmy u naszych znajomych z Rigor Mortiss i Tillbaka czyli Jacka Sokołowskiego i Gosi Florczak. Największym wyzwaniem przede wszystkim było opanowanie brzmienia. Dzięki cierpliwości Jacka i Gosi udało nam się osiągnąć zamierzony cel.

Grzesiek: Bardzo polecam Hagal Studio, gdzie nagrywaliśmy. Duża otwartość muzyczna, ogromne doświadczenie i świetna atmosfera. Praca w studiu przerodziła się we współpracę muzyczną. Gosia wyszeptała nam Lullaby The Cure. Nasza wersja kołysanki trafiła na składankę Sleep Well Chapter IV z coverami utworów z lat 80-tych, wydana przez Requiem Records.

Chciałem Was jeszcze zapytać o kwestię okładki. Lustro to dość prosty a jednocześnie oryginalny pomysł. O co chodzi – każdy ma zobaczyć w tej płycie cząstkę własnych koszmarów?

PanoptikonGrzesiek: Okładka nawiązuje do tytułu płyty. „Panoptikon” to model idealnego więzienia, gdzie jeden strażnik w wieży w środku okręgu obserwuje wszystkich więźniów jednocześnie. Więźniowie go nie widzą – widzą wieżę i ta świadomość możliwej kontroli wystarcza. Temat zwiększania kontroli w imię większej wolności jest szczególnie obecny w dobie mediów społecznościowych czy wszechobecnych kamer monitoringu. Autorem okładki jest Kwiatek z Kwiaciarni Grafiki. Na hasło „Panoptikon” od razu zaproponował lustro z czerwonym kółkiem nagrywania w rogu. Wątek społeczeństwa nadzorowanego rozwiniemy na koncertach, gdzie zagramy do specjalnie zmontowanego filmu. Teledysk „Rój dronów” to taki zwiastun tego, co będziemy wyświetlać na żywo.

Gustaw: Nie wiem czy to jest koszmar. W sumie w takiej wygodnej rzeczywistości dziś żyjemy. Sami wybieramy drogę kupując coraz to nowszy i szybszy model smartfona, korzystając z kart płatniczych, surfując po internecie, rejestrując się świadomie lub nie w wielu bazach danych, czy nawet tylko spacerując po ulicy pod czujnym okiem monitoringu miejskiego. Ciągle ktoś lub coś rejestruje naszą aktywność i nie wiemy co z tym robi. Wszystko jest dla naszego dobra i świętego spokoju.

Zamiast ostatniego słowa, poproszę Was o bardzo krótkie i treściwe podsumowanie tego, co Waszym zdaniem było istotnego w mijającym 204 roku. Dzięki zaLive2 poświęcony czas…

Grzesiek: Dwie rzeczy: renesans prasy muzycznej (Noise Magazine, M/I) i świetne wydawnictwa polskich labeli (Instant Classic, Requiem, Zoharum, Antena Krzyku). Trzymam kciuki.

Gustaw: Działo się wiele. Ale mocno odcisnął mi się w pamięci koncert Swans w Basenie. Zagrali głośniej niż Cannibal Corpse w Progresji. Jestem przeszczęśliwy, że Rigor Mortiss znów grają i komponują. Ich pierwszy koncert po latach w sierpniu był po prostu rewelacyjny.

No właśnie – co doprowadziło do reaktywacji tego zespołu? Można uznać go za protoplastę MiM?

Gustaw: RM wspominam bardzo dobrze. W latach 90-tych bardzo mocno ich słuchałem. Do tej pory jestem wiernym fanem. Do reaktywacji RM przyczyniło się na pewno wydanie przez Requiem Records specjalnej reedycji ich jedynego albumu. Mówiąc szczerze, ciężko powiedzieć. Generalnie robiąc nowe utwory odrzucamy pomysły, które przypominają nam coś co już słyszeliśmy, choć tak do końca to nie da się uciec od tego co się lubi, dlatego pewnie RM w jakimś stopniu miało wpływ na to co tworzymy.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu