MASTIPHAL – Piekło to złożona struktura

Baaardzo długo nie dawał znaków życia śląski Mastiphal. Jako jedyny spośród grona polskich protoplastów blackmetalowego grania, zniknął w szczytowym momencie rozkwitu tej sceny, który przypadł na drugą połowę lat 90 – tych ubiegłego wieku. W momencie, gdy fama formacji zdawała się być jedynie wspomnieniem coraz starszych maniaków, pojawiło się wydawnictwo kompilujące wszystkie nagrania Mastiphal sprzed lat oraz pierwsze przecieki na temat ewentualnego powrotu do regularnej gry. Niedługo potem ogłoszono tytuł powrotnego albumu. W przededniu jego premiery udało mi się porozmawiać z nowym gitarzystą zespołu, Daamrem.

Pod koniec 2009 r. przypomnieliście o Mastiphal, wydając kompilację wszystkich starych materiałów pt. „Damnatio Memoriae”. Wkrótce po jego ukazaniu się polską scenę metalową obiegła wieść, że pracujecie nad pierwszym od przeszło dekady, powrotnym albumem. Jakie procesy miały miejsce w zespole od tamtych wydarzeń, do wydania najnowszej płyty i, biorąc pod uwagę, że był to okres raczej niedługi – jak intensywne były to przemiany?

Okazało się, że reedycje poprzednich płyt Mastiphal wydane przez Witching Hour Production spotkały się z dużym zainteresowaniem ze strony fanów. Jednak w tamtym czasie nie było jeszcze tematu powrotu Mastiphal z nowym albumem. Dopiero długie rozmowy Flaurosa z Bartkiem z Witching Hour przyniosły zmianę tej sytuacji. Później rozpoczął się długi proces kompletowania składu i poszukiwania odpowiedniej drogi muzycznej.
Zresztą jeszcze podczas koncertów z Mayhem, Mastiphal występował w zupełnie innym składzie, niż ma to obecnie miejsce. Dlatego kiedy już wykrystalizował się skład, okazało się, że czeka nas bardzo pracowity okres, wręcz można powiedzieć mocno szalony. Byliśmy niesamowicie zmobilizowani, bo każdy zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji i faktu, że przygotowujemy album jednego z ważniejszych polskich zespołów undergroundowych lat 90-tych.

Opowiedz trochę o samym powstawaniu kompozycji, które ostatecznie trafiły na płytę. Czy ich przygotowanie wymagało od was obrania jakiegoś szczególnego trybu pracy? Zawsze zastanawiało mnie, jak to jest z tym komponowaniem w przypadku kapel powracających do aktywnego tworzenia po latach nieobecności…

Pracę rozpoczęliśmy od dokładnego nakreślenia tego, co chcemy uzyskać na tej płycie. Dla nas najważniejszym sygnałem była informacja, że Mastiphal nie będzie próbował naśladować samego siebie sprzed dwóch dekad. To było bardzo cenne, bo otworzyło nam jako kompozytorom dodatkowe możliwości. Wszyscy jednogłośnie przyjęli pomysł stworzenia albumu, który wypłynie z tego, z czego sami wyrośliśmy. Uznaliśmy, że najwłaściwszym będzie napisanie muzyki, która tkwi w nas od lat 80-tych i 90-tych. Powiedzieliśmy sobie, że napiszemy płytę, jakiej zabrakło w tamtych latach. Na jaką nigdy się nie doczekaliśmy jako fani muzyki metalowej. Dlatego samo pisanie było już znacznie prostsze. Wiedzieliśmy co chcemy zrobić, jak płyta ma być zaaranżowana, jaką stylistykę chcemy objąć. Co więcej, każdy z kompozytorów: Cymeris, Opressor i ja, ma kompletnie inne podejście do pisania utworów. Na dodatek Flauros  miał już wszystkie teksty gotowe, więc było łatwiej zinterpretować je muzycznie. W krótkim czasie mieliśmy gotowych kilkadziesiąt kompozycji co pozwoliło nam na głęboką ich analizę i rozpoczęcie finalnej aranżacji poszczególnych utworów oraz całego albumu. Tym etapem prac zajęliśmy się już wszyscy razem.  Tak więc każdy z nas miał wpływ na to jak finalnie ma wyglądać album.  Myślę, że głównie presja czasu spowodowała o przejęciu szczególnego – wręcz ekstremalnego trybu pracy całego zespołu. Z perspektywy czasu stwierdzam, że wyszło nam to na dobre ponieważ zespół rozpoczął integrację nowego składu od drugiego końca kija. Wszyscy, działając pod presją i indywidualnie ustawioną dyscypliną musieli się rzucić w wir ciężkiej pracy. W tym krótkim aczkolwiek intensywnym okresie odbyła się pewnego rodzaju inicjacja. Próba charakterów i odporności na stres każdego z nas…
… i stało się. Dzień Gniewu Pańskiego nie nadszedł wprawdzie 21 maja, jak zapowiadano, lecz wraz z premierą „Parvzya” wydaje się jakby bardziej rzeczywisty. Ostatecznie album wyszedł wam bardzo wyrazisty i treściwy. Jakie były wasze oczekiwania i założenia odnośnie nowego dzieła Mastiphal na samym początku?

Rzeczywiście premiera została przesunięta z powodu drobnych kłopotów technicznych. Jednak jeśli ktoś czekał na nowy album Mastiphal od ponad dekady, to miesiąc nie sprawi mu już różnicy (śmiech).
A założenie, jak już wspomniałem, było niemniej wyraziste, co sama muzyka: zadowolić tym albumem nasze własne ego, a jeśli przy okazji spodoba się to ludziom, to znakomicie.

Muzycznie to wciąż pełnowartościowy black metal, choć według mnie mocno nacechowany pierwiastkiem współczesności i tym, jak dziś brzmi wielu naszych północnych sąsiadów zza Bałtyku. Spotkałem się nawet z dość krytycznymi opiniami odnośnie „Parvzji”, wedle których Mastiphal porzucił na daleki plan swoje unikatowe brzmienie z „For a Glory of All Evil Spirits…”. Czy takie głosy są, twoim zdaniem, uprawnione? Jak wiele dzieli, a co łączy Mastiphal, który znamy z lat 90., z obecną inkarnacją zespołu?

Uprawnione są wszystkie głosy. Zarówno te krytyczne jak i  pochlebne. Nie da się zaspokoić oczekiwań wszystkich słuchaczy. My zrobiliśmy to, co na tę chwilę czuliśmy i chcieliśmy zrobić. W kwestii brzmienia i jego podobieństwa do produkcji skandynawskich to akurat muszę powiedzieć, że wielki wpływ na nie miało szwedzkie Necromorbus Studio. Z premedytacją wręcz dążyliśmy do tego, aby album był produkowany w Szwecji. To wielka zasługa Flaurosa, który ma już doświadczenie we współpracy z szwedzkimi producentami  przy okazji Darzamat. I nie widzę tu niczego złego w fakcie, że chcemy brzmieć dobrze, można nawet powiedzieć światowo. Każdy ma swoją drogę i jeśli są zespoły, które chcą brzmieć garażowo i robią to świadomie, to cenię to. Ale nie interesuje mnie, że ktoś chciałby,  aby Mastiphal brzmiał inaczej. To jego problem. Parvzya jest albumem bardziej bezpośrednim niż muzyka Mastiphal z lat 90-tych. W takim stylu widzieliśmy powrotny album i taki stworzyliśmy. Owszem, brzmienie „For A Glory of All Spirits…” jest w pewnym sensie unikatowe, ale trzeba pamiętać, jakie ograniczenia sprzętowe dotykały wtedy zespoły. Również, mało kto miał wtedy także doświadczenie pracy w studiu. Pamiętajmy, że tamten album powstawał w zupełnie innych czasach, innych okolicznościach. Natomiast, żeby określić obecną inkarnację Mastiphal, to trzeba jeszcze poczekać. Mamy w planach kilka zaskakujących planów do zrealizowania, nieco odmiennych od tego, co prezentuje „Parvzya”. Oczywiście będzie to muzyka osadzona w konwencji  blackmetalowej, ale różniąca się od pełnego albumu.
Nie można ocenić zespołu tylko przez pryzmat jednego wydawnictwa. Nie mamy klapek na oczach i nie będziemy powielać „Parvzyi”.  Kolejne wydawnictwa bez wątpienia będą naszpikowane emocjami i to od ich kierunku natężenia będą zależały aranżacje.

Jako jeden z pierwszych zespołów blackmetalowych w naszych szerokościach geograficznych używaliście w swej twórczości instrumentów klawiszowych. Ci, którzy zapamiętali was z uwagi na ten element ówczesnego stylu grupy, mogą doznać lekkiego szoku, sięgając po nowe wydawnictwo – jest praktycznie odarte z wszelkiej elektroniki. Skąd decyzja o tym, by wyeliminować z brzmienia Mastiphal partie klawiszy? Czyżby dopadł was niesmak po modzie na tzw. symfoniczny BM?

Faktycznie, instrumenty klawiszowe zostały użyte na pierwszych wydawnictwach Mastiphal.  Na pewno ich użycie nie było związane z jakąkolwiek modą, bo wtedy takowej nie było. Instrumenty klawiszowe szybko stały się znakiem rozpoznawczym Mastiphal, bo w tamtych czasach były naprawdę nietuzinkowe i zostały wykorzystane w bardzo przemyślany sposób. Budując odpowiednią dramaturgię każdego utworu z osobna  spajały wszystkie razem, w jedną aranżacyjną, niepowtarzalną całość.  Kompozycje z tamtego okresu oscylowały raczej w mrocznych, epickich klimatach, utwory nie pędziły do przodu – raczej osadzone były w średnich tempach. Nastrój grozy  wykreowany przez gitarę i bas został okraszony zapędzonymi w symfonikę, bogatymi aranżami instrumentów klawiszowych. Klawisze w tamtym czasie nie były wykorzystywane na taką skalę przez inne zespoły. Moda na symfoniczny blackmetal rozpoczęła się kiedy praktycznie Mastiphal zniknął ze sceny. Klawisze z muzyki Mastiphal wyeliminowały się niejako samoistnie. Troszkę na pewno pomogła zmiana składu zespołu, która nastąpiła po wydaniu „For a Glory…”. Ale zdecydowanie eliminacja nastąpiła głównie z powodów naturalnych głownie za sprawą Cymerisa, który rozpoczął komponowanie zdecydowanie bardziej ekstremalnych utworów.  Najlepszym przykładem nowo kreowanego oblicza Mastiphal w drugiej połowie lat 90-tych są utwory: Summoned Howling oraz cover Kata: Mag-Sex. Absolutnie nowe brzmienie, rezygnacja z epickości na rzecz brutalności. Ta odsłona pokazała kolejne – dotąd nieznane oblicze zespołu. Tak jak wspomniałem wcześniej, Flauros i Cymeris mieli roszady personalne w zespole, klecili nowy skład. W tamtym okresie nawet udało mi się zagrać kilka prób z Mastiphalem. Miałem okazję słyszeć kompozycje na kolejny album. Utwory w stylu „Summoned Howling”. Absolutnie obdarte z klawiszowej finezji, pospolicie brutalne. To był cios prosto w mordę. Kurwa, wielka szkoda, że zespół zawiesił działalność w tamtym czasie….
Natomiast brak instrumentów klawiszowych na Parvzyi nie jest podyktowany jakimś tam znudzeniem czy niechęcią do – jak to nazwałeś – mody na symfoniczny black metal. Po prostu płyta była od początku aranżowana na dwie gitary, które staraliśmy się umiejętnie wykorzystać. Cała melodyka wynika z zastosowanych riffów gitarowych. Budowaliśmy utwory tak, aby maksymalnie wykorzystać gitary do wygenerowania odpowiedniego nastroju i dramaturgii płyty. Uważamy, że nam się to udało, więc klawisze byłyby zbędnym balastem dla tej płyty.

Brzmieniowo, „Parvzya” umiejętnie korzysta z dobrodziejstw nowoczesnej realizacji, jednak wciąż zachowuje żywy, bezpośredni sznyt. Na ile sprecyzowany mieliście pomysł na sound, przystępując do nagrań, a w jakim stopniu szlifowany on był już w studiu, wspólnie z producentami, z którymi współpracujecie?

Dokładnie wiedzieliśmy jakiej produkcji oczekujemy. Pomysł na brzmienie albumu, sprzęt na którym realizowaliśmy nagrania – to wszystko było sprecyzowane na samym początku. Dlatego też w studiu nie musieliśmy tracić czasu na zbędne ceregiele z ustawianiem sprzętu. Po prostu wjechaliśmy ze swoim sprzętem i zrobiliśmy swoje. Sprawy związane z przygotowaniem ścieżek do miksu koordynowaliśmy wspólnie ze Sverkerem ponieważ on był poinformowany jako pierwszy o tym, jak chcemy pracować, jakiego sprzętu użyć i jaki chcemy uzyskać efekt po nagraniach.  Mieliśmy rozpisaną całą specyfikację tego, jak musi być wszystko przygotowane do końcowej produkcji.  Naszym celem było uzyskanie jak najbardziej analogowego brzmienia – omijając  wszelkie cyfrowe wtyczki i temu podobne bzdury. Do nagrań gitar wykorzystaliśmy lampowych wzmacniaczy Peavey 5051 oraz Marshall JCM 800. To ikony  pośród wzmacniaczy. Poza tym nie chcieliśmy generować brzmień, których później nie moglibyśmy odtworzyć na żywo. Nasza praca była podzielona na dwa etapy. Pierwszym z nich było położenia śladów instrumentów oraz wokaliz. Tego zabiegu dokonaliśmy w Polsce, w wojkowickim studiu Maq i małym obskurnym Hunted House, gdzie Flauros nagrywał swoje partie. Reszta pracy czyli miks i mastering wykonaliśmy w Necromorbus Studio, pod okiem Sverkera Widdgrena. Można w to wierzyć lub też nie, ale finalne brzmienie nie jest na pewno kwestią przypadku. Sverker ma wielką intuicję. Wsłuchiwał się w materiał bez ustanku, bazował na naszych wizjach. Dzięki jego otwartości i cierpliwości efekt produkcji jest piorunujący.

Jesteście chyba pierwszą polską kapelą, która zdecydowała się powierzyć swój materiał specom ze szwedzkiego Necromorbus Studio. Z jakich względów wybraliście właśnie to miejsce, by zmiksować i poddać płytę masteringowi?

To, że w ogóle doszło do tej współpracy, to zasługa Flaurosa. Wcześniej produkował w Szwecji dwie płyty Darzamat, więc już pewne doświadczenia udało mu się zebrać. Tak więc  przekonanie o konieczności produkowania albumu poza granicami kraju było w nas silne od samego początku. Necromorbus urosło do rangi kultowego studia poprzez produkcje, które stamtąd wyszły. Funeral Mist, Destroyer 666, Watain czy Ondskapt – produkcje tych zespołów mówią same za siebie. Każda z nich to wielki kunszt sztuki realizatorskiej i to nie tylko moja opinia. A my chcemy pracować z najlepszymi. Wiadomo, że za produkują albumu poza granicami kraju stoją niemałe pieniądze. Dlatego trzeba było też przekonać Witching Hour do takiej inwestycji. Bart sam uznał jednak, że to doskonały pomysł i kazał nam działać. Poza tym chcieliśmy pracować właśnie ze  Sverkerem Widdgrenem, bo to absolutnie bezbłędny koleś. Profesjonalny realizator i producent. A do tego jest bardzo otwartym i kontaktowym człowiekiem. Potrafił tak bezbłędnie usprawnić całą naszą wspólna pracę począwszy od nagrywania śladów instrumentalnych a na miksie i masteringu kończąc. Jego profesjonalizm i wielkie zaangażowanie – czego czasami brakuje realizatorom w Polsce – utwierdziły nas w przekonaniu o słuszności naszej decyzji w kontekście produkcji Parvzyi w Necromorbus Studio. Pójdę dalej za ciosem i powiem, że Flauros już wstępnie rozmawiał z nim na temat produkcji kolejnej dużej płyty Mastiphal. Widda jest zainteresowany. Będziemy kontynuować dyskusje na ten temat w Indiach, gdzie wspólnie zagramy z jego zespołem, Demonical. Byłoby wspaniale, gdybyśmy mogli w Szwecji nagrać również wszystkie ślady, wtedy efekt mógłby być jeszcze lepszy.

Parę słów w tym miejscu należy się również warstwie tekstowej. Czy tytuł, poza nawiązaniem do powrotu Mastiphal do świata żywych i blackmetalową konwencją, posiada jeszcze jakieś symboliczne znaczenie?

Poza naszą interpretacją Parvzyi i przypisaniu jej cech powrotowi Mastiphal niemniej ważnym, a raczej najważniejszym aspektem jest religia. Odczytujemy „Parvzyę” poniekąd na przekór niż jest to pisane w „świętych” księgach… Pozwala nam na to sam opis tego wydarzenia.  I będzie pozwalał zawsze. Dopóki  jasno nie określimy kto jest grzesznikiem a kto nim nie jest. I jaka doktryna rości sobie prawo do tworzenia takiego podziału.  Mieszkamy w tej części świata, w której dominuje chrześcijaństwo, które  uzurpuje sobie prawo do narzucania swojej woli słabym jednostkom.
Jeżeli samorozwój, indywidualizm, stanowienie o samym sobie jest grzechem, to mnie taka forma grzeszenia jak najbardziej odpowiada. Wolę być czarną owcą wydaloną ze stada niż barankiem bożym beczącym, tak jak ktoś tego sobie życzy. Mesjasz zawstydził grzeszników. Obsypał ich plagami i nieszczęściami. Mastiphal zawstydził Mesjasza dwa razy. Ochronił  przed plagami grzeszników i obdarował ich czarną hostią w postaci Parvzyi. Im więcej ludzi tę „czarną” hostię przyjmie, tym szybciej świat powróci do naturalnej harmonii.

Po latach pozostawania na nieco dalszym planie, black metal wraca do łask wśród miłośników muzyki ekstremalnej. Popularność takich zespołów, jak Deathspell Omega czy Watain z jednej, albo polski Infernal War czy Furia z drugiej strony świadczą najlepiej o tym, że metalowe podziemie na nowo zaczyna pokrywać się czernią. Czy powrót na scenę po latach nieistnienia jest dzięki temu łatwiejszy, czy wręcz przeciwnie – trzeba rozpychać się łokciami?

Nie odbierałbym powrotu Mastiphal w takim kontekście. Nie jesteśmy firmą cukierniczą,  która musi się wbijać na rynek zapchany szeroką gamą podobnych produktów firm konkurencyjnych. My nie odbieramy zespołów jako swoją konkurencję, wręcz przeciwnie staramy się wspierać wszystkich, którzy działają i chcą się rozwijać. Kapele, które mają coś do powiedzenia na pewno przetrwają.  Jest może nieco większa presja, duże ciśnienie na aspekty około muzyczne związane z image zespołu, okrasą koncertów, itp.  Nie wydaje mi się jednak, żeby było tak, że black metal powraca do łask po kilku letniej absencji.  Ludzie zaangażowani emocjonalnie w black metal  nigdy nie zrezygnowali ze swoich fascynacji czarną sztuką i scena powoli rozwijała się swoim tempem.

A co powiecie wszystkim tym niedowiarkom, którzy upatrują przyczyn reaktywacji Mastiphal właśnie w panującej ostatnimi czasy koniunkturze na takie granie?

Niech tak myślą. To ich sprawa. Koniunkturalizm wiąże się z pieniędzmi. Coś na zasadzie: na to jest ciśnienie, więc to będziemy robić. Ma się to nijak do powodów, z których Mastiphal zdecydował się na powrót.
Ogólnie bym powiedział, że jest coraz większa koniunktura na granie metalu, a nie stricte black metalu. Powstaje multum zespołów, z których 90% nie wie czego chce.  My nie wpadamy w żadną koniunkturę. Robimy swoje i widocznie robimy to dobrze, skoro wiele opinii jest bardzo pozytywnych, a słuchacze wykazują wielkie zaskoczenie w pozytywnym sensie odnośnie Parvzyi.  Poza tym, nie jesteśmy ludzikami, którzy przez 10 lat w ogóle nie grali muzyki. Każdy z nas czynnie obraca się w muzyce metalowej, grając ją, słuchając, śledząc trendy… My nie musieliśmy wybierać tego, co chcemy grać. My gramy to, co kochamy od zawsze. Muzyka wypływa z nas, z naszych fascynacji.
Zresztą wystarczyło, że pojawiły się newsy o planach wydania przez Mastiphal autorskiego albumu i już wielu internetowych wojowników nie pozastawiało ani suchej nitki na nas, snując spekulacje i negatywną propagandę odnośnie jeszcze nawet nienagranej płyty. Myślę, że wielu z nich po prostu będzie zaskoczonych tym albumem. A tym, którzy nie przekonają się do naszej muzyki z płyty „Parvzya” mogę powiedzieć tylko tyle, że przede wszystkim tę płytę nagrywaliśmy dla nas samych. Skoro cały czas wzbudza w nas samych odpowiednie emocje to znaczy, że zrobiliśmy ją dobrze.

Niejako na wzbierającej blackmetalowej fali, która nie ominęła i naszego kraju, Śląsk, z którego się wywodzicie jawi się jako jej epicentrum. Jesteście inicjatorami przedsięwzięcia „Silesian Black Attack”. Pod takim samym szyldem  ma ukazać się kompilacja, w której udział zapowiedziało już kilka dobrze znanych nazw. Możesz zdradzić nieco więcej konkretów dotyczących całego projektu?

To pomysł Flaurosa, który włożył sporo pracy w kompletowanie składu tej kompilacji. Prace nad tym składakiem rozpoczął pod koniec roku 2009. Na „Silesian Black Attack” znajdą się wszystkie najważniejsze zespoły black metalowe z Górnego Śląska. Będzie można znaleźć tam między innymi Besatt, Throneum, Furię, Massemord, Iperyt i oczywiście Mastiphal. Śląsk zawsze mocno stał metalem, dlatego Flauros chciał zebrać te wszystkie zespoły na jednej płycie i pokazać światu black metalową siłę Silesii. Temat mocno podchwycił Nihil z Furii i pomagał Flaurosowi przy tej kompilacji. Wiem, że zrobił mastering całej składanki. Płyta ma się ukazać tuż po wakacjach dzięki niezmordowanej Witching Hour Productions. To, że będzie to nietuzinkowa pozycja, jakiej nie było jeszcze na rynku fonograficznym.

Czy „Parvzya” zwiastuje powrót Mastiphala do gry jako zespołu aktywnego w pełnym tego słowa znaczeniu, czy raczej będziecie działali na zasadach projektu, od czasu do czasu grając koncerty, bez ciśnienia na regularne poczynania wydawnicze.

Ciśnienie jest, i to ogromne. Pomysłów na różne wydawnictwa mamy wiele i powoli zaczęliśmy pracę nad ich okiełznaniem. Myślimy o wydawnictwach w formie splitów, mini albumów i epek. Każde z nich będzie miało za zadanie pokazanie kolejnego oblicza zespołu. Myślę, że jesteśmy w stanie zaserwować słuchaczom propozycje, które nie sprowadzą nas do rangi zespołu tendencyjnego, powielającego samych siebie na kolejnych produkcjach. Będzie się działo, bo piekło według Mastiphal, to dosyć złożona struktura. Każde wydawnictwo to kolejny fragment kodu – klucza do otwarcia jego bram, a piekło czeka przecież nas wszystkich.
Mijałoby się z celem sprowadzanie Mastiphal do rangi tylko projektu studyjnego. Jesteśmy zespołem z krwi i kości, więc nastawiamy się na granie gigów. Notorycznie próbujemy na sali prób, aby być w jak najlepszej formie. Życzylibyśmy sobie, by tych koncertów było jak najwięcej i myślę, że i tę tendencję w końcu uskutecznimy. Tematy koncertów na pewno będą łatwiejsze po premierze płyty. Na tą chwilę poza dziennikarzami i znajomymi szersze gremium nie miało okazji słyszeć „Parvzyi”. No i może jeszcze poza ludźmi, którzy przybyli na Silesian Massacre Festival, gdzie pomimo wielu problemów około festiwalowych zagraliśmy. Tak więc nastawiamy się na rozwój Mastiphal jako zespołu  koncertującego i regularnie nagrywającego piekielne hymny.

Jak przedstawiają się plany promocyjne w związku z premierą albumu? W jaki sposób chcecie nakłonić do sięgnięcia poń metalowców, tak starszych, jak i tych, którzy niekoniecznie mieli przyjemność poznania waszych starszych dokonań?

Poza standardowymi formami promocji, którą zajmuje się WHP na pewno mamy duże ciśnienie do grania koncertów. Wyjście do fanów to najlepsza promocja dla zespołu. Dlatego dajemy sygnały o naszej gotowości do wyjścia z piwinicy. Najbliższą okazją dla nas do zaprezentowania się szerszej publiczności będzie The Underground Unleashed festiwal, który odbędzie się we wrześniu w Darjeeling, w Indiach. Zagramy tam u boku amerykańskiego  Incantation i szwedzkiego  Demonical .W planach mamy również przygotowanie teledysku do jednego z utworów z Parvzyi. Chcemy pokazać mniej konwencjonalną wizję piekła. Nieco odmienną od tej często wykorzystywanej w teledyskach zespołów metalowych.

Dzięki serdeczne za rozmowę. Tradycyjnie, jeśli przypadkiem nie udało mi się wyciągnąć z was czegoś, co bardzo chcielibyście przekazać czytelnikom Violence, to właśnie teraz jest na to właściwy moment.

Serdeczne dzięki za możliwość udzielenia wywiadu na stronach Violence Magazine. Mam nadzieję, że „Parvzya” udowodni swoją siłę i zajmie miejsce w waszych odtwarzaczach na długie tygodnie. Zabierze Was w podróż do naszych korzeni  zmieni nieco myślenie na temat oldskulowego grania metalu. Zespół ma się świetnie, tak więc wypatrujcie wieści z obozu Mastiphal, bo któreś z nich mogą przynieść informacje o kolejnym wydawnictwie w niedługim czasie…

Rozmawiał Cyprian Łakomy