MASTABAH – kontrolowana improwizacja

Niepostrzeżenie death metal wrósł w polski krajobraz, tuż obok krzyży i płaczących wierzb.  Jeszcze niedawno opluwany i szykanowany, teraz jest nieodłączną częścią kultury, częściowo za sprawą skomercjalizowania, częściowo przez medialne wybryki różnych, miej lub bardziej znanych artystów z tego kręgu. Co nie zmienia faktu, że nadal pozostaje średnio strawny i nie do końca ucywilizowany. Na szczęście, bo gdyby pozbył się reszty tej mentalno – dźwiękowej dziczyzny, mogłoby być krucho. Pilnują tego takie zespoły jak Mastabah. Niby niepozorne, nie pchające się na pierwszy plan, a jednak konkretne, nieugięte i robiące swoje. Czyli walącą po nerach surówkę. „I Hate You” posiada jednak coś więcej – przekuwa techniczną biegłość we wściekłość a jednocześnie sprytnie unika banalnych nawiązań do klasyki gatunku. Czyli dostajemy surowy, bezkompromisowy, ale współczesny album. Pozbawienie taniego sentymentalizmu – co jest bolączką połowy death metalowego światka nad Wisłą – uważam za największą zaletę tej płyty. Na temat swojego zespołu rozwodził się mr. Goro – wczoraj perkusista a dzisiaj basista i wokalista Mastabah.

Na początek opisz proszę, co się stało, że na nową płytę czekaliśmy… no, strasznie długo czekaliśmy.

Nie jestem pewny, czy na pewno chcesz o tym usłyszeć, bo strasznie długie czekanie, to strasznie długa odpowiedź (śmiech). Krótko można to opisać w ten sposób: odejście reszty składu na emeryturę, poszukiwania nowych kompanów, w końcu cele zostały namierzone i zaczęliśmy na nowo budować zespół. Na pewnym etapie, przy realizacji „I Hate You” zostałem sam, jednak w samym procesie nagrań wsparł mnie ex-gitarzysta Mastabah, Belzebub, który nagrał całość linii gitarowych. O linię basu pokusiłem się osobiście, podobnie też było z wokalami. Następnie dołączył Vnuk i on jest odpowiedzialny za solówki i pomoc w produkcji. W międzyczasie trwały poszukiwania nowego bębniarza, bo postanowiłem stanąć teraz po drugiej stronie barykady. Tak więc niemalże całkowity rozpad składu zespołu, długoterminowa sesja nagraniowa, poszukiwania nowych ludzi, później też wydawcy… wszystko to skutecznie przyczyniło się do tak długiego procesu zakończenia prac nad płytą.

Takie zmiany mnie przerażają… Ogrom pracy, jaką trzeba włożyć, by na nowo zbudować zespół, przywrócić mu wiarygodność. Jaki był najtrudniejszy moment, Twoim zdaniem?

Powiem szczerze, że w pewnym momencie było bardzo ciężko, ale czego się nie robi dla pasji. Miałem ochotę rzucić to wszystko w diabły, ale pomyślałem sobie – jak już coś zacząłem, to  skończę (mowa o płycie, oczywiście). Na szczęście, nowa krew w Mastabah wpompowała w nas życie i ten zespół na pewno nie zakończy się na tej płycie.

kontrolowana improwizacja

kontrolowana improwizacja

Death metal to dzisiaj ciężki kawałek chleba – powiedz szczerze – nie miałeś zawahania, w momencie, kiedy wszystko padło na ryj, żeby poflirtować z muzyką bardziej przystępną i … wolniejszą?

Uważam, że nie da się robić czegoś na siłę, szczególnie gdy jest to Twoja pasja. Muzyka, którą się tworzy czy współtworzy, wychodzi z Twojego prawdziwego ja. Nie znam się na tworzeniu disco, techno i temu podobnych gatunków, od tego są inni, którzy się tym jarają. Tempa, aranż, ciężar albo lekkość… W Mastabah robimy to tak, abyśmy odczuwali odpowiednie, pozytywne wibracje, kiedy gramy te numery. Jeśli uważamy, że w danym momencie ma być wolniej i pasuje to do całokształtu, to po prostu to stosujemy.

To jeszcze trochę o składzie – co spowodowało, że zdecydowałeś się sięgnąć po bas i w takiej roli występować w Mastabah. Znudzenie garkami? Dotarłeś do ściany?

A ile można siedzieć? Można się zasiedzieć (śmiech). Bas to jest instrument, który zawsze budził we mnie respekt. On wtłacza w muzę moc i ciężar, jest idealnym wypełnieniem reszty instrumentów, grających tzw. pierwsze skrzypce. Zawsze mówiłem, że gdybym nie grał na perkusji, to bym grał na basie. Sytuacja poniekąd trochę mnie do tego zmusiła, ale nie mogę na to narzekać.

Nowa płyta to cholerny konkret. Pierwsza sprawa: tytuł – deklaracja. Mizantropia? Arogancja? Złość?

Co do płyty, są teksty (póki co do wglądu na naszej stronie mastabah.pl) i każdy niech sobie je interpretuje na swój sposób. „I Hate You” to koncept i podobnie jak poprzednie płyty, jest to jedna z „opowieści” o problemach otaczającego nas świata. Tym razem chodziło o wytworzenie klimatu dość ciemnego, dusznego wręcz, ale też przestrzennego. Słowa, które wypowiedziałeś w pytaniu są trafne, o to między innymi chodziło, aby płyta była wściekła, niemalże chaotyczna, opętana, taki był koncept. Okładka płyty i jej wydanie oraz sam krążek, a także teksty, staraliśmy się aby to wszystko ściśle współgrało ze sobą.

MASTABAH – I Hate You  Wprawdzie Polska death metalem stoi, jednak ostatnio coraz częściej łapię się na poczuciu, że o wiele więcej ciekawego dzieje się poza śmierć metalowymi  kręgami. Dlatego pewnie niejeden czytelnik Violence zdziwi się, że z zainteresowaniem przyjąłem drugą (albo trzecią, licząc debiutancką ep-kę) płytę trójmiejskiego potwora. W zasadzie można uznać, że po zmianach w składzie zespół pozostaje niewzruszony na stanowisku death’owego purysty, jednak głębsze wejście w trzewia płyty jestOkładka źródłem kilku zaskoczeń. Na początek dostajemy konkretną deklaracją tytułową, która nie pozostawia złudzeń, że muzycy nie mają zamiaru z nikim czynić „misiów”, zamierzają za to urwać nam łby przy samym tyłku. Co też się dzieje. Kręgosłup płyty to nisko strojony, toporny niczym pumeks i twardy jak kamień death metal. Bez żadnych zmian, wycieczek poza gatunek. Zespół dokładnie zna kanony i wykorzystuje je w pełnym wymiarze. Myli się jednak ktoś, kto machnie w tym momencie ręką – okazuje się, że mr. Goro z kolegami wiedzą, jak urozmaicić muzykę tak, żeby ponad dwa kwadranse nie były męczące. Przede wszystkim robota perkusyjna. Nagromadzenie wszystkich możliwych temp, obłąkańcze gravity blasts („Spectacle of Human Existence”, „Etude Op IV No 3″) a nawet… lekkie próby improwizacji (chociażby fragmenty”Path To The Unknown”), które w kontekście muzycznej nawałnicy autentycznie zaskakują. Druga konstatacja to bardzo nowocześnie potraktowane aranżacje. Słychać, że zespół nie chce zamykać się w getcie death metalowej klasyki, stąd miejscami można tu usłyszeć echa Misery Index czy Cattle Decapitation. Pojawiają się rozbudowane aranżacje („Undead Orchestra”) a całość połączona jest w jedną opowieść za sprawą drobnych sampli. Cały czas musimy jednak pamiętać, że przede wszystkim rządzi tu potworna, choć kontrolowana agresja, która czyni z Mastabah precyzyjną maszynę do zabijania. I tak trzeba „I Hate You” traktować.

Po raz kolejny pojawiają się w muzyce tzw gravity blasts, to już znak firmowy Mastabah. Dla jednych jest to nadużycie, dla innych szczyt techniki. Myślisz, że death metalowi perkusiści mają jeszcze jakieś granice do przekroczenia? Granice szybkości??

Można to tak ująć, chociaż unikałem tej techniki. W zasadzie nie ma znaczenia jak to odegrasz, ważne żeby uzyskać odpowiedni efekt. Nie sądzę, że jest to nadużywane przez bębniarzy, nie słyszałem chyba zbyt wielu kapel grających ciągłym gravity blastem, albo może po prostu nie trafiają w mój gust. Sprzęt jest coraz lepszy i to ma też duży wpływ na precyzyjność i szybkość perkusistów, mogą przekraczać granice prędkości, techniki itd. Jednak ja uwielbiam bębniarzy, którzy mają swój styl, charakter i wcale nie muszą oni przekraczać żadnych granic. Dla mnie bardziej się liczy to, jak to „siedzi” w całości z resztą instrumentów.

Na „I Hate You” znalazłem, ku mojemu zaskoczeniu, elementy wręcz improwizowane, luźniejsze. Czy faktycznie pozwoliliście sobie na takie loty, czy każdy dźwięk, jakiego słucham, jest „doćwiczony” i precyzyjnie zaaranżowany?

Niewiele jest takich miejsc, ale można to nazwać jakby kontrolowaną improwizacją. Efekt live jest jednak spójny z płytą, więc nie można tu mówić o jednorazowym wybryku. Th0rn Th0rn(nowy bębniarz Mastabah) stara się jak najwierniej odzwierciedlić poszczególne numery, choć we wspomnianych miejscach ma więcej swobody na otwarcie. Mimo to, wszystko pozostaje w tym samym charakterze.

Mastabah był zespołem, który zawsze stał jakby nieco na uboczu całej tej prężnej, death metalowej sceny. Czy to celowa izolacja, czy raczej nie kochacie się z innymi bandami?

Ha, ha, no jasne, że się nie kochamy… my się lubimy. Kiedy tylko mieliśmy okazję grać, to graliśmy i nie robiliśmy tego samotnie, tylko z zaprzyjaźnionymi zespołami. Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie było takiego koncertu, po którym nie było dobrej imprezy. Co tu dużo mówić, miło się spędza czas wśród ludzi, którzy Ciebie rozumieją i czujesz, że nadajesz na podobnych falach co oni. Można z nimi porozmawiać dosłownie na każdy temat, beż żadnego tabu i co najlepsze słuchają takiej samej muzyki co ty. Dodaj do tego jeszcze alkohol, pity oczywiście z umiarem (śmiech)… czego chcieć więcej?

Wszystko miło i fajnie, ale jednak płytę wydaliście własnym sumptem. Paląca potrzeba niezależności, czy nikt nie był zainteresowany? W sumie, odnoszę wrażenie, że po okresie, kiedy death metal był zauważany przez wytwórnie, teraz znowu jest raczej podziemny i wydawcy się nie garną…

Zgadza się i żałujemy, że od razu tego nie zrobiliśmy, zaoszczędzilibyśmy przynajmniej pół roku, no, ale trudno się mówi. Czasy się zmieniły, zespołom stawiane są zupełnie inne wymagania. Prawdę powiedziawszy, nie szukaliśmy jakoś nachalnie wydawcy, w zasadzie nigdy tego nie robiliśmy, wysłaliśmy materiał do tych wydawców, którzy wydawali się mieć sensowne warunki, a reszta tzw. wytwórni nie robi nic w celu promocji zespołu, tak więc należało zakończyć głupią gadaninę i zrobić to samemu. Obecny projekt jest w formie digipack – chociaż pierwotnie miał to być digibook – jednak kwestie finansowe wymusiły podjęcie nieco innych kroków. Obecnie jesteśmy zespołem bardziej niż kiedykolwiek nastawionym na koncerty.

Zaskakuje mnie nowoczesna forma utworów. Niby death, niby klasyka, ale im bardziej słucham, tym więcej nowoczesności tu słyszę. To celowy zabieg, łączącyDiego tradycję z nowoczesnym myśleniem? Coś na kształt Misery Index, choć to odległe porównanie…

Taką mieliśmy jazdę, tak to czuliśmy i tak to opowiedzieliśmy. Myślę, że tego typu granie gdzieś głęboko siedziało w Mastabah. Już nieco bardziej wyczuwalne, było to na „Quintessence of Evil”. Mastabah ma w sobie mroczny, ciemny, wściekle szybki, ale też wbrew pozorom wolny i ciężki klimat. Kwestia aranżu bębnów; na poprzednich albumach po prostu dominowały szybsze tempa, głównie w partii perkusji, ale jeśli chodzi o wiosła to już niekoniecznie. Nie mogę się doczekać prac nad kolejnym krążkiem w nowym, naprawdę mocnym składzie. Dodam tutaj, że skład zasilił ThOrn – perkusja (zespół Sphere) oraz Diego – gitara (również zespół Sphere). To są konkretni zawodnicy… Myślę, że będzie tylko lepiej, bo wszyscy robimy to ze wspomnianą pasją i mamy chęć iść do przodu. Jak dla mnie najgorszą rzeczą w życiu jest zatrzymać się – albo jeszcze gorzej – cofać się.

Wspomniałeś o koncertach. Zdradź zatem na koniec, gdzie, kiedy i w jakiej formie zamierzacie pokazać się światu? Starczy pary i odwagi na regularną trasę, czy stawiacie na weekendowe sztuki?

Nie podam na tę chwilę konkretnych dat, bo nie chciałbym wyjść na gołosłownego. Póki co, pozostaje to na etapie rozmów. Plany są zarówno na pojedyncze występy jak i trasy, no i oczywiście chcemy się na nich pokazać w należytej formie. Nikt z nas nie ma na tyle czasu, żeby spotykać się na próbach dla wygłupów. Traktujemy muzykę całkiem serio.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu/Aga Kowalska