MASSGRAV – nienawiść do szefa…

Muzykanci Massgrav nie lubią, kiedy mówić o nich, że są bezczelni. Jak na punków wykazują się też dużą dbałością o higienę osobistą i nie lubią zbyt dużego tłoku w swoim mieście – Sztokholmie. Grają, jak sami twierdzą, scadnii thrash fastcore i zarzekają się, że nie mają nic wspólnego z crustem. Czyli całkiem ciekawi z nich załoganci. Na okoliczność najnowszej, bezczelnie (a jednak!) zatytułowanej płyty „Still The Kings”, próbowali bronić swoich racji schludni punkowcy – Johan i Ola. Efekty poniżej…

 

 

Jakie znaczenie ma dla Was bycie punkami –  czy to tylko styl życia, rebelia czy coś więcej?

Johan:  Punk to dla mnie przede wszystkim styl muzyczny, w którym bardzo ważną rolę odgrywa postawa muzyków. Ale mnie daleko jest do tego, żeby uważać się za punkowca; jestem zwykłym facetem, który lubi wściekłą i szybką muzykę. Rozumiesz – można być wściekłym i wkurzonym na różne rzeczy które nas otaczają, bez konieczności nazywania siebie punkowcem. Wiesz, ja np. lubię być czysty i zadbany, co automatycznie dyskwalifikuje mnie jako „prawdziwego punkowca”.

Ola: Punk oznacza dla mnie bardzo wiele rzeczy, głównie chodzi o muzykę, ale tez o wszystkie elementy tej subkultury – wartości, idee, modę itp. Osobiście punk to dla mnie indywidualne myślenie i kwestionowanie wszelkich autorytetów, w szczególności władzy. To zawsze robiliśmy i staramy się nadal utrzymać taką orientację. Nawet jeśli dzisiaj nie wygląda to na punkową postawę i działa w inny sposób, to nadal tym jest.

Dawniej punk był bezpośrednim kontaktem, zinami, wymianą taśm, dzisiaj jest Internet, facebooki, mp3, brak bezpośredniej interakcji – czy w tej rzeczywistości taka postawa może być jeszcze autentyczna, dopasowana do sytuacji?

Johan: To jest naturalny rozwój, że tak powiem… Żyjemy w czasach, kiedy jest to pewien rodzaj snobizmu – narzekanie, że kiedyś było lepiej, wzdychanie do „starych, dobrych czasów” itp. Nie można ciągle oglądać się za siebie, my patrzymy do przodu i to jest postawa Massgrav. Nie dziwota zatem, że zawsze jesteśmy przed resztą tego peletonu, prawda (śmiech…)?.

Ola: Wiem, co masz na myśli. Dzisiaj każdy młody człowiek wszystko już słyszał i widział, wszystko wie. Nie może zatem doświadczyć tego poczucia spełnienia, kiedy udało się odszukać jakiś fajny zespół i dotrzeć do jego nagrań. To współczesne ułatwienie powoduje, że staliśmy się leniwi. Mimo to myślę, że dzisiejsza sytuacja wcale nie jest taka zła. Kiedy zaczynałem interesować się muzyką punkową, nie było nikogo, z kim mógłbym tym pogadać.  Wychowywałem się w lasach na północy, gdzie wszyscy słuchali heavy metalu i radiowego popu. Musiałem więc na ślepo szukać wydawnictw, przekonywać się, że często pod fajnymi nazwami kryje się gówniana muzyka, czekać na płyty. Gdybym wtedy miał Internet, byłoby łatwiej. Jeśli wziąć pod uwagę, jak łatwo teraz nawiązywać kontakty, promować muzykę, załatwiać koncerty, trudno narzekać. Gdybym dzisiaj musiał wszystko załatwiać telefonicznie czy listownie, pewnie nigdy nie zagralibyśmy poza Szwecją i mało kto nas znałby. Można oczywiście gadać do ludzi jak goście z Mob 47, którzy ciągle nawijają o tych starych, dobrych czasach. Cóż, stare dobre czasy były… bardzo złe…  Można bawić się w bycie w takim „elitarnym” gronie, ale jeśli zajmujesz się czymś więcej niż tylko byciem w klice, chcesz działać, to dzisiaj jest łatwiej. Życzę sobie tylko, żeby ludzie jednak nadal kupowali płyty, bo dzięki temu wszystko może się kręcić…

Johan: Yeah, ściąganie jest chujowe. Ludzie, którzy ściągają filmy, seriale, muzykę to banda skurwieli, którzy zasługują na śmierć, to zwykli złodzieje…

Czy czujecie się zatem bardziej rebeliantami czy muzykami – chodzi o odwieczny, filozoficzny dylemat: „umiejętności i instrumenty, czy pomysł i wolny duch”?

Ola: Cóż, nie jestem na pewno jakimś wirtuozem basu. Reszta to faktycznie goście, którzy są cholernie dobrzy technicznie. Dla mnie to jednak nie jest najważniejsze, choć, technika w przypadku takich szybkich,  gwałtownych rzeczy jak nasze kawałki bardzo się przydaje. Myślę, że ważniejsza jest umiejętność pisania dobrych piosenek, mądrych słów – to jest istotne. Cały czas spotykam bardzo sprawne, profesjonalne zespoły, które są wkurzająco nudne. Z drugiej strony przydaje się też odpowiednia dawka agresji, żeby podnieść poziom adrenaliny. Czy jesteśmy „rebeliantami”? Jesteśmy po prostu bardzo, bardzo wkurzeni na wiele rzeczy, które nas otaczają i bardzo spieszymy się, żeby o tym opowiedzieć…

Johan: Nie powiem, żebym był szczególnie sprawny. Powiedziałbym raczej, że jesteśmy w stanie zagrać to, co siedzi nam w głowach i to jest dla nas najważniejsze. Nie potrzebuję niczego więcej. Ne jesteśmy rebeliantami ani muzykami. Jesteśmy artystami.

Nienawiść do szefa

Nienawiść do szefa

W recenzji płyty „Still The Kings” napisałem, że jesteście bezczelnymi kolesiami. Chodzi o to, że zwracamy uwagę na zespoły, które są właśnie aroganckie, bezczelne, to dodaje muzyce rumieńców. Nie wiem czy mam rację, ale tak odczuwam waszą postawę…

Ola: Może w języku polskim słowo „bezczelny” ma szersze znaczenie i brzmi lepiej, ale dla mnie jest naprawdę…  straszne! Mam inny opis, wolałbym twoje słowo zastąpić „wytrwałością” i „poczuciem humoru” i z czymś takim mogę się zgodzić. A muzyka ma być znakomita, oczywiście!

Johan: Hell yeah!!

Dobra, może teraz kilka słów na temat samego zespołu Massgrav, jego historii i najważniejszych faktów o których warto tu wspomnieć?

Ola: Myślę, że najważniejszymi faktami są nasze wydawnictwa, istotne zmiany w składzie i kilka ważnych koncertów. Zaczęliśmy w roku 1996, ale pierwsze lata nie były zbyt aktywne (szczególnie za pierwszych dwóch perkusistów…). Kiedy do zespołu dołączył Indy i zaczęliśmy ogarniać cały ten shit. Nasz drugi album ukazał się nakładem Sound Pollution Records (USA), dzięki czemu zwróciło na nas uwagę kilku ludzi spoza Szwecji, zagraliśmy też pierwsze sensowne koncerty w Europie. Niestety, Indy miał problemy z rękami i nie był w stanie dłużej grać. Zastąpił go  Ove z zespołu Sayyadina, ale po krótkiej trasie w Rosji, zanim jeszcze cokolwiek razem nagraliśmy, też zrezygnował z powodów zdrowotnych. Cóż, bycie perkusistą w Massgrav nie jest dobre dla zdrowia (śmiech…). Potem dołączył do nas Fenok i nie możemy się z tego nacieszyć, staliśmy się szybsi i lepsi niż kiedykolwiek wcześniej, ciągle jesteśmy królami, he, he. W tym czasie Ken zakończył działalność swojego labela Sound Pollution i wydaliśmy kilka rzeczy tu i tam. Nasz najnowszy album wydany jest przez Selfmadegod i D-takt&Rapunk – ci faceci są konkretni, robią to, co mówią, dzięki czemu świetnie się z nimi pracuje, jesteśmy z tego układu bardzo zadowoleni…

Johan: Hell yeah!

Przyznam, że „Still The Kings” to wasz najbardziej kopiący i  sensowny materiał, który precyzyjnie niszczy uszy. Czujecie, że udało się stworzyć potwora?

Johan: Dzięki, stary. Jesteśmy zadowoleni. Dla mnie to album roku 2012…

Ola: Bardzo zadowoleni! Już to, co zrobiliśmy na splicie z Blood I Bleed, nagrywanym w Necromorbus Studio było znakomite.  Jesteśmy z efektu ekstremalnie zadowoleni – dźwięk jest idealny a doświadczenie jakim była praca z Tore bezcenne. W porównaniu z tym splitem, nowe nagrania wyszły jeszcze lepiej. Jedyne, czego mi brakuje, to jakiejś naprawdę wolnej piosenki…

Jeśli miałbyś określić stylistykę, to bliżej Massgrav jest do Fast thrash core’a czy crust punka. Możecie opowiedzieć się za jakąś stylistyką?

Ola: Fast rock’n’roll. To wszystko, co mogę powiedzieć. Ludzie oczekują często czegoś innego, ale dla mnie takie określenie jest najmocniejsze.

Jonan: Proszę, nie nazywaj nas zespołem crust punkowym! My dbamy o higienę osobistą (śmiech…). Jeśli chodzi o etykietkę, proszę bardzo: scandii thrash fastcore.

Jak wygląda praca nad muzyką – czy robienie takich wściekłych i porąbanych kawałków jest trudne, czy – paradoksalnie – przychodzi Wam z łatwością?

Ola: Kurwa, to straszne! Właśnie teraz jesteśmy podczas pracy nad nowymi kawałkami. Przede wszystkim, zawsze jest moment, kiedy myślisz, że powiedziałeś już wszystko co chciałeś, użyłeś wszystkich pomysłów muzycznych.  Koszmar zaczyna się potem, kiedy uczysz się je grać, włączasz do setu i w szczególności dla mnie – grasz nowe piosenki na żywca po raz pierwszy. Jeśli chodzi o warsztat, to raczej nie jamujemy, nie tworzymy muzyki kolektywnie. Każdy pisze utwory w domu i przynosi je na próby, gdzie są wspólnie opracowywane, tak jest najlepiej.

Johan: Stary, to krew, pot i łzy… Tak musi być. Każde wielkie dzieło rodzi się z bólu i cierpienia. Kawałki Massgrav nie są wyjątkiem. Przede wszystkim trzeba mieć dobry, chwytliwy tytuł, następnie trzeba znaleźć temat i wymyślić kilka zabójczych riffów, pasujących do słów.

W komentarzu do piosenki „Flytta hem da om det inte duger” napisaliście, że wszyscy ludzie, którzy tłoczą się w Sztokholmie i narzekają na to miasto, są wolni i mogą wracać do swoich gównianych dziur, z których pochodzą. Możesz rzucić światło na ten tekst?

Ola: Tak, byłbym z takiego rozwiązania zadowolony. Sztokholm to stolica Szwecji, więc jest naturalne, że wielu ludzi tu ściąga. Jednak zazwyczaj ci, którzy przyjeżdżają tu z większych miast typu Malmö czy Göteborg strasznie na Sztokholm narzekają. Göteborg jest podobno mniej oderwany od rzeczywistości, z większą „klasą robotniczą”, z kolei Malmö bardziej przypomina miasta europejskie i jest ponoć wyluzowane. No wiecie co?! Nikt nie zmusza Cię, żebyś tu mieszkał! W rzeczywistości bylibyśmy bardziej szczęśliwi, mogąc wyekspediować te piszczące dupy powrotem do ich rodzinnych miast i wsi.

W innym tekście – „Ingen javla summer of love” stwierdzacie, że nie jesteście wesołym zespołem – dlaczego tak się postrzegacie?

Ola: Ponieważ nie jesteśmy prorokami, nudziarzami, bezkrwawymi, świętszymi niż ty i pozbawionymi humoru – chcieliśmy jednak pokazać to w odpowiedni sposób, wykorzystując np. śmieszne sposoby frazowania itp. w tekstach, nie bawiąc się we frajerskie tytuły  piosenek. Być może z tego powodu ludzie czasami (ok., często…) uważają nas za zespół w stylu „ha, ha…”, za żart, którym nie jesteśmy. Jeśli nie możesz tego odróżnić, to przestań nosić nasze koszulki i przychodzić na koncerty. Byłoby też dobrze, gdybyś przestał robić kilka innych rzeczy, np. egzystować i oddychać.

Wasze teksty, jak i wspomniane komentarze wskazują na to, że swój przekaz traktujecie bardzo serio. Wczytując się  w komentarze, odnoszę wrażenie, że nienawidzicie dzisiejszego, typowo konsumenckiego stylu życia, który uważacie za zagrożenie dla ludzi …

Ola: Nie ma jednej idei organizującej teksty na „Still The King”, choć mamy tendencję do powracania do dwóch, odwiecznych tematów – nienawiści do pracy i nienawiści do władzy. Konsumpcyjny styl życia (to Twoje słowa…) to jest coś, o czym od lat chcę napisać tekst, ale jeszcze nie udało mi się go skończyć. Jeśli istnieje jakieś zagrożenie, to dla samej planety, jednak, skoro większość ludzi na niej żyje, odnosi się ono też do nich. Chodzi o życie kosztem innych, nie zwracanie uwagi na ich zdrowie,  na środowisko, prawa człowieka. Bo liczy się dla nas tylko  to, żeby mieć lepsze kino domowe.  To mnie wkurza…

Johan: Nie ma tu jakiejś jednej idei organizującej teksty, ale, jak mówi Ola, jest kilka piosenek zajmujących się tematem nienawiści do swojego szefa.

Dlaczego zdecydowaliście się śpiewać w języku szwedzkim? Nie obawiacie się, że w ten sposób zamykacie sobie drogę poza Szwecję?

Ola: Śpiewamy po szwedzku, bo JESTEŚMY Szwedami. Myślę, że jest to dobry język nawet, jeśli nikt poza Szwecją go nie zrozumie. W sumie wali nas to… Rozmawialiśmy o przetłumaczeniu tekstów, ale trudno byłoby dokonać przekładu bez straty pewnego klimatu, odczuć, w nich zawartych. Nie jesteśmy aż tak dobrzy w wyrażaniu naszych myśli w języku angielskim.

Johan: Nie jest dla nas zbyt ważne, żeby ludzie zrozumieli przekaz. Nie chcemy niczego głosić. Dobra piosenka jest dobrą piosenką i tyle. Ja np. lubię zespoły, które śpiewają po japońsku, choć nie znam słowa w tym języku.

Ola: Zresztą, ludzie, którzy znają szwedzki też nie rozumieją o co nam chodzi, więc może to nie ma znaczenia?

Wróćmy na moment do sesji nagraniowej „Still The Kings”. Jakie wspomnienia zachowaliście z tego okresu?

Ola: Od kiedy zaczęliśmy pracować z Tore w Necromorbus Studio, wszystko idzie bardzo gładko i bezproblemowo. Dlatego w zasadzie, jedyne śmieszne historie, jakie możemy opowiedzieć, dotyczą innych zespołów, które nagrywały w tym miejscu. Jeśli chodzi o nas, przypomina mi się, jak w przeszłości nagrywaliśmy jeszcze z Indym – wtedy były cały czas problemy ze zniszczonym sprzętem i zdrowiem. Kiedy Indy nagrywał po raz ostatni, miał takie problemy z rękami, że musieliśmy wprowadzić dodatkowe pauzy do piosenek, żeby mógł je na grywać po kawałku. Innego razu głos Norse wysiadł podczas pierwszej próby nagrywania wokali do pierwszego kawałka w sesji. Musieliśmy wszystko odłożyć na tydzień, żeby mógł się wyleczyć. Powtarzam – Massgrav – to nie jest dobre dla zdrowia…

Szwecja jest znana w Polsce głównie za sprawą sieci IKEA i kryminałów, na czele z „Millenium” – co myślisz o takim rodzaju popularności masowej? Cieszy Cię to, czy raczej masz to gdzieś?

Ola: Powiedziałbym raczej, że Szwecja jest znana z „Swedish Bikini Team”. Nikt  nigdy nie pytał mnie o sieć IKEA i powieści kryminalne, ale, dla porządku, będę szczęśliwy mogąc oświadczyć, że nigdy nie przeczytałem żadnego, dobrego szwedzkiego kryminału, większość z nich to raczej gówno przez duże S. Polska jest znana na całym świecie z powodu wódki, kiełbasy i Lecha Wałęsy – jesteś zadowolony, czy nic cię to nie obchodzi?

Johan: Wódka? Myślałem, że najbardziej znana rzecz z Polski to Calvados…

Ola: Nie, z tego znane są Czechy.

Dobra, wróćmy może jednak do Szwecji – jak się Wam żyje i jakie macie problemy w swoim pięknym kraju?

Ola: Tak, Szwecja to świetne miejsce, tak długo, dopóki nie masz nic przeciwko ciemności i mrozie przez pół roku a także przeciwko ludziom, którzy dbają tylko o siebie a nie o kraj. Cóż, pomijając drogie piwo to fajne miejsce do egzystencji, prawdopodobnie z wielu powodów najlepsze…

Wracając do zespołu – opowiedzcie trochę o koncertowych przygodach – gdzie udało Wam się dotrzeć ze swoim hałasem?

Ola: Najlepszy wypad to bezwzględnie krótka wycieczka  do Rosji kilka lat emu. Tłumy, mili ludzie i wiele ciekawych rzeczy do zobaczenia. Dobre było supportowanie Nasum, podczas ich pożegnalnego koncertu kilka miesięcy temu. To był naprawdę doskonały koncert, największy, jaki przy tego rodzaju muzyce zdarzył się w Szwecji. Zdarzały się też gówniane sztuki robione przez idiotów, kiedy większa część publiki była pijana i trafiały się pchły w posłaniach dla muzyków. Nie było tego na szczęście zbyt dużo. Takie rzeczy nie są zabawne.

Johan: Dla mnie maks słabym wspomnieniem był występ na Obscene Extreme w 2006 roku. Bardzo chcieliśmy tam zagrać, mieliśmy „zajawkę” na ten festiwal. Kiedy jednak weszliśmy na scenę, wszystko zaczęło się dosłownie pierdolić. Wzmacniacz gitarowy był zepsuty i nie było nikogo, kto mógłby nam pomóc. Jakiś techniczny wkurwiał nas tekstami typu „pospieszcie się, bo mamy ustalony rozkład jazdy”.  No to zaczynamy grać jak leci i katastrofa! Nie ma gitary, dźwiękowiec jest idiotą. Nic nigdy nie brzmiało tak źle jak my w tym dniu, nadal jestem wkurzony z tego powodu. Nie mogę uwierzyć, że na takim dużym festiwalu coś takiego mogło się przytrafić…

Ok., kończymy miłą pogawędkę, chciałbym jeszcze dowiedzieć się, co planujecie na przyszły rok?

Ola: Plany na najbliższe 6 miesięcy to wyjazd do Brazylii w styczniu, którym jesteśmy cholernie podekscytowani, ponadto zagramy na Maryland Deathfest, po raz pierwszy będziemy w USA. Szukamy też koncertów w Niemczech, choć na razie są to mgliste plany.

Johan: No i planujemy wydać nową ep-kę dla RSR, pewnie ukaże się późną wiosną, no i nowy album w 2014, to chyba wszystko…

Dzięki za poświęcony czas…

Rozmawiał Arek Lerch