MASALA SOUNDSYSTEM – Wiara w proste ideały jest utopią

Słuchając Ziemi na sprzedaż miotam się między chęcią wyjścia na ulicę a ponurym skwitowaniem sprawy w stylu a co my tak na prawdę możemy?  To dobrze świadczy o Masali, która swoimi ideami potrafi człowieka wyrwać z marazmu. Oczywiście, utopia jest, taneczny puls tak samo. Zderzenie zajadłości Dezertera z pulsacją Prodigy upraszcza całą sytuację, bo Masala dokłada do swojego obrazka całą masę egzotycznych instrumentów, duże zaangażowanie i ciut bezkompromisowej postawy. To wszystko powoduje, że są w jakimś sensie mentalnymi, może ciut naiwnymi, ale na pewno szczerymi bojownikami, walczącymi o nasz świat. Czy to się uda? Czy anarchia jest odpowiedzią? Czy można oswoić system? Na te i inne kwestie odpowiada Marcin „Duże Pe” Matuszewski.

Czy Masala chce rozwalić system? W kontekście zmian w Polsce i słów, które padają z nowej płyty, pytanie wielce zasadne…

To w sumie zabawne, że pytasz o naszą „chęć rozwalenia systemu” w kontekście obecnych rządów PiS, bo wszystkie teksty na album „Ziemia Na Sprzedaż” powstały akurat w okresie gdy u władzy było PO. Z jednej strony to dobrze – widać, że nasz przekaz jest uniwersalny. Z drugiej – to opór smutne, że realnie patrząc ludzie w Polsce wybierali przez ostatnich kilkanaście lat między dżumą a cholerą, a w ich tle czai się jeszcze gorsza, ksenofobiczna zaraza – i raczej nie widać realnych szans, by coś tu się zmieniło na lepsze. Wracając zaś do Twego pytania – ja osobiście nie uważam, żeby anarchia cokolwiek rozwiązywała. Anarchia to zgoda na prawo dżungli i dyktat silniejszego oraz wykorzystywanie przez niego słabszych. Co w sumie ma miejsce i obecnie – tylko „pod krawatem”. Różnica między „systemem” a „dobrym systemem” jest jednak równie istotna co między „krzesłem” a „krzesłem elektrycznym”. Nie tyle chcemy więc „rozwalić system”, co wykrzyczeć i odegrać nasze wkurwienie na szereg niesprawiedliwości powszechnie akceptowanych w „systemie” obowiązującym teraz i tu.

Słowo „system” jest tu kluczowe, bo w zasadzie wszyscy jesteśmy uwikłani. Jak myślisz, czy jest możliwe coś takiego jak „oswajanieMasala soundsystem sytemu”? Pytanie ważne w kontekście takim, że coraz więcej tzw. załogantów, punkowców z dawnych lat, dzisiaj dziary ukrywa na co dzień pod niebieskimi koszulami i zapieprza w korporacjach. A po godzinach ładuje się do sali prób, by grać punk rocka. Co to jest – znak czasów? Hipokryzja? Konieczność? Czy może tzw. dostosowanie się? Szara strefa ideologii…

Poruszyłeś tutaj wiele kwestii, muszę pomyśleć od czego zacząć (śmiech). Nie wiem, czy jest możliwe „oswajanie systemu” – ale nawet jeśli „system” daleki jest od utopijnego ideału, to bankowo da się go wykorzystać do słusznych celów. Graliśmy kiedyś z Masalą koncert na znanym skłocie w Berlinie. Jeśli się nie mylę, był on na tamten moment w pełni zalegalizowany jako spółdzielnia mieszkaniowa i śmiało korzystał z wiążących się z tym przywilejów i praw. W mieszczącym się w jego podziemiach klubie stało świetne wyposażenie kupione z lokalnych czy międzynarodowych dofinansowań na działalność kulturalną, które pokrywały też część kosztów prowadzonych tam działań artystycznych. Świetną i mega przykładającą się do sprawy realizatorką dźwięku była tam dziewczyna studiująca ten kierunek, która w ten sposób odbywała płatny staż niezbędny do zaliczenia roku – najpewniej również dofinansowywany przez państwo. Gdzie indziej w tego typu miejscu widziałem zatrudnionych niepełnosprawnych, co z jednej strony ma pozytywny wymiar społeczny, a z drugiej pozwala się danemu miejscu cieszyć przywilejami właściwymi dla zakładu pracy chronionej. I tak dalej. Nie widzę w tym nic złego. Przeciwnie, to dla mnie znacznie lepsza opcja niż po raz kolejny słyszeć w słuchawce prasłowiańskie „ej, chcemy zrobić Wasz koncert na skłocie, ale nie mamy nagłośnienia i kasy dla artystów; przyjedziecie?„. Dopóki system nie jest przyjazny dla użytkownika – jest od tego, żeby go widowiskowo dymać w imię lepszego świata. Niezwykle cenię tych, którzy osiągają w tej dziedzinie wysoką biegłość. A co do „grania zbuntowanego punk-rocka po pracy w korpo” – cóż, bez wątpienia jest to trochę „szara strefa ideologii”, jak ładnie to opisałeś. Ale co nią nie jest? Manu Chao grający buntownicze, lewackie piosenki i koszący pewnie z 30 tysięcy Euro za koncert? Freelancerzy szczycący się wolnością, którzy faktycznie są robiącym po 12 godzin na dobę „korposzczurem na frilansie”, jak kiedyś to ujął mój kolega? Spójrz na zjawisko z pierwszego zdania pozytywnie – przynajmniej tacy goście robią coś twórczego, zamiast wrócić do domu i gnić przed TV albo iść zalać pałę bez celu. Świat nas zmusza do kompromisów, a na ich uniknięcie stać naprawdę nielicznych. Fajnie tylko, jeśli udaje się w ich plątaninie nie zgubić siebie…

Mówisz, że anarchia nie jest realną siłą, tylko czymś abstrakcyjnym, ideą, kanałem pozwalającym wyładować swoje emocje. A jednak dzisiaj dla władzy „anarchista” oznacza realne zagrożenie, co pokazały przypadki niedawne. Ale pytanie jest nieco inne – ostatnio zastanawiałem się, czy w związku z obecną władzą i sprzeciwem przeciwko niej, punk może znowu stać się realną kontestacją, buntem, ale prawdziwym, który realnie może „rozwalić system” a nie takim komercyjnym, związanym z uniformem i dobrymi instrumentami kupionymi w RIFF-ie?

Nie no, nie zrozumieliśmy się. Anarchia JEST realną siłą. Co więcej, jest przede wszystkim siłą, bo tak jak mówiłem, do „prawa siły” sprowadza się chaos i brak jakiegokolwiek systemu wartości czy reguł. I oczywiście – „anarchista” jest zagrożeniem dla władzy, tego nie neguję. Mój brak entuzjazmu dotyczył raczej tego co będzie dalej, kiedy w utopijnej anarchistycznej wizji władza zostanie obalona i nic „systemowego” nie pojawi się na jej miejsce. Widzę w odpowiedzi raczej mroczny i smutny obrazek, a nie zwierzęta i ludzi wszystkich ras żyjących w zgodzie jak siostry i bracia (śmiech). No, ale może jestem człowiekiem małej wiary… Co do ScreenHunter_2328 Jul. 12 16.01dalszej części pytania – punk to bardzo szerokie pojęcie. Zmieścisz w nim zarówno doskonale zorganizowanego człowieka, który stara się żyć poza systemem w pozytywny i twórczy sposób, jak i wiecznie pijanego menela, który poszedł po linii najmniejszego oporu i uznał taką egzystencję za najprostszą. Oraz bananową młodzież, która za pieniądze rodziców pali lolki, modnie się ubiera i gra punk rocka bo jest to trendy. Nie nadążysz, nie ogarniesz… Ogólnie, nie sądzę, żeby jakakolwiek subkultura miała moc by rozwalić system. Jeśli ktokolwiek miałby to zrobić – będą to Ci, którzy dysponują odpowiednią ilością „żołnierzy”, by ich fizyczna prezencja odpowiednio ukształtowała „społeczną masę” w przestrzeni publicznej. Mając taką „władzę” na ulicy korci bowiem, żeby sięgnąć po nią również nieco wyżej. Myślę jednak, że w dzisiejszym świecie trudno tego typu działania wiązać z jakąś subkulturą – a jeśli już z jakąkolwiek, to z tą odchyloną najmocniej w prawo.

Od początku mentalnie stoicie mocno po stronie radykalnych poglądów na temat świata i naszych względem niego powinności – nie uważasz, że ten radykalizm jest dzisiaj trochę naiwnym idealizmem? A jeśli nie, to gdzie kończy się wiara w realne możliwości takich poglądów a zaczyna romantyczna utopia?

Nie wiem, czy poglądy wyrażane w naszych kawałkach można nazwać radykalnymi. Jeżeli już, powiedziałbym, że są „radykalnie normalne”. Zasadniczo wykrzykuję w nich do ludzi, że należy być przyzwoitym i uczciwym, że nie należy zachowywać się wobec ludzi, zwierząt i przyrody jak skończona kurwa, wreszcie – że tak długo jak ktoś nie szkodzi innym, nie należy się za mocno wtrącać w jego sprawy. Co w tym radykalnego (śmiech)? Oczywiście, wiara w takie proste ideały jest utopią, bo zdecydowana większość ludzi często i na wielu polach zachowuje się jak skrajne szmaty. W żadnym stopniu nie wpływa to jednak na moją chęć wyznawania tych prawd i życia z nimi w zgodzie.

„Wiara w proste ideały jest utopią”. W sumie to smutne co mówisz, bo w dzisiejszych bezdusznych czasach, właśnie te utopijne ideały staja się marzeniem i celem. Nie uważasz, że owa bezduszność jest efektem „nasycenia”. Czytałem pracę, w której ktoś napisał, że w latach 90. nastąpiło nasycenie a teraz żyjemy w czasie przesytu. Wszystkiego jest za dużo, ludzie przestali dostrzegać drugiego człowieka, schowani za własnymi karierami, fejsbukami, w elektronicznym świecie, gdzie łatwo ich zmanipulować, zapewniając poczucie komfortu i bezpieczeństwa. Może faktycznie – i to kolejna teoria – tylko jakaś globalna katastrofa ( i nie określam tu czy chodzi o wojnę, kataklizm itp…) może znowu ustawić priorytety na właściwych torach?

Priorytetem na dziś jest przetrwanie, możliwie godne brnięcie przez życie. Priorytetem po ewentualnej globalnej katastrofie też by było przetrwanie i możliwie godne brnięcie przez życie. Przy czym w pierwszym przypadku chodzi o unikanie za dużego kredytu, w miarę znośną pracę i – nie wiem – przykładowy wegetarianizm. A w drugim chodziłoby o „jaskinię” nad głową, upolowanie raz na miesiąc psa na obiad i żeby nikt w tym okresie nie zabił Ciebie i Twojej rodziny. Oczywiście, może w perspektywie kilku tysięcy lat od tego postapokaliptycznego punktu wyjścia doszlibyśmy do lepszego świata niż dzisiejszy. Ale skoro już raz wszystko tak widowiskowo spieprzyliśmy, to czemu za kolejnym miałoby się stać inaczej?Masala okładka

A wracając do wykrzykiwania ludziom różnych przekazów – myślisz, że może – w jakimkolwiek wymiarze – zmienić postrzeganie świata? Spotkałeś się kiedyś z kimś kto np. powiedział, że dzięki twojemu „mesydżowi” inaczej zaczął postrzegać rzeczywistość?

Kiedy ja byłem dzieciakiem, muzyka bankowo kształtowała   pewnym stopniu moją świadomość. Nie wiem jak jest teraz – wtedy droga od fana do artysty była znacznie dłuższa, dostępnej muzyki było znacznie mniej, znacznie częściej trzeba było za nią zapłacić i darzyło się ją większym szacunkiem. Nie łudzę się, że byłem, jestem czy stanę się „głosem pokolenia” – ale jeśli zmienię komukolwiek pogląd na świat o ułamek promila, to już będzie bardzo fajna sprawa.

Napisałem (na łamach Violence), że nowa płyta Masali to połączenie Dezertera z Prodigy. Może to skomentować, wyprostować albo rozbudować?

Było mi opór miło to przeczytać, takie porównanie może tylko cieszyć. Dodałbym tylko do tej mikstury trzeci element, czyli wszechobecne na naszych płytach ludowe instrumenty i śpiewy z kraju i ze świata – bo to bardzo istotna część charakteru masalowej muzyki. Nawet, jeśli czasem nieco ginie wśród zgiełku elektroniki i moich wrzasków (śmiech) „Kombinowaną” stylistykę Masala Soundsystem żartobliwie określamy czasem jako Elektro-Etno-Ragga-(t)Rap-Punk’n’Bass-Step…

Jak to jest z tymi ludowymi instrumentami – zastanawiam się, czy robicie muzykę „pod” te instrumenty, czy powstaje ona niezależnie, a te wszystkie trudne do nazwania ustrojstwa są apetycznym dodatkiem? Rozumiem, że na koncertach zazwyczaj puszczacie gotowe podkłady?

Elektroniczne „szkielety” kawałków powstają niezależnie – choć czasem są oczywiście inspirowane jakimiś ludowymi dźwiękami czy melodiami z tej lub innej strony świata. Później dochodzą do tego tekst i kolejne warstwy ludowszczyzny, często niezależnie od siebie. Później sprawdzamy jak to ze sobą „żre”, wyrzucamy „nadmiar” dźwięków i słów, czasem nagrywamy wszystko jeszcze raz już pod zrobiony aranż – i dostajemy w miarę gotowy utwór. Na koncertach elektronika leci z komputera – często przetwarzana przy tym na żywo przez będącego jej autorem Praczasa – a wokale i ludowe instrumenty dorzucane są odpowiednio przeze mnie, Barta Pałygę i Wojtka Lubertowicza (lub ich zastępców, kiedy ktoś z tej dwójki akurat nie może zagrać).

Kto – według Was – jest odbiorcą muzyki Masali? Bo w zasadzie stawiacie na dość potężny „junit”: posłuchają was i hip-hopowcy i fani techno, dubu cz ragga, ale także street punkowcy… Jest jakiś określony typ odbiorcy, czy staracie się grać dla każdego? Częściej występujecie na skłotach czy w zwykłych, komercyjnych klubach/imprezach?

Jesteśmy klasycznym przykładem zespołu, który robi muzykę ulokowaną „gdzieś pomiędzy”. Z jednej strony to super opcja – bo tak jak zauważyłeś, mamy szansę trafić do co bardziej otwartych głów z bardzo różnych klimatów i środowisk, przez co nie imają się nas sztywne gatunkowe ramy. Z drugiej strony – nie mamy swojego Metal Hammera czy innego „środowiskowego” nośnika informacji, nie mamy „swoich” festiwali i klubów utrzymanych w „naszym” muzyczny stylu albo jasno określonej grupy potencjalnych słuchaczy, których łatwo znaleźć w miejscu X, Y i Z. To zaś bardzo utrudnia wiele działań związanych z docieraniem z muzyką do odbiorców. A dodatkowo na festiwalu reggae ktoś może kręcić nosem, że gramy za mało reggae. Na festiwalu elektronicznym – że za dużo w tym elementów etnicznych. Na festiwalu rockowym – że gramy za bardzo elektronicznie. I tak dalej… Cóż zrobić (śmiech) My po prostu robimy swoje, tak jak czujemy i umiemy. Fajnie, jeśli komuś się to spodoba, ale nigdy nie było to czynnikiem, który wpływał na to jak i co będziemy grać.

Wiara w proste ideały jest utopią

Wiara w proste ideały jest utopią

Jeśli miałbyś wymienić najlepszy występ, który zapadł Ci w pamięć, o czym chciałbyś opowiedzieć? Ile koncertów macie na koncie?

Szybko przeliczając, myślę że jako Masala Soundsystem mamy na koncie pod 400 koncertów i imprez zagranych pod tym szyldem. Mi najmocniej zapadły w pamięć dwa. Po pierwsze – koncert w prime-time na głównej scenie Przystanku Woodstock, kiedy pod sceną było MORZE ludzi, dobrze ponad 50.000 osób, a może i ze 100.000 – cholera wie. Kosmos, nie da się tego wrażenia porównać z niczym innym. Po drugie – koncert na Sound Central Festival w Kabulu w Afganistanie, który zagraliśmy dla lokalnych dzieciaków. Dla nich fakt przyjazdu nieznanego im zespołu z Polski, który przybył żeby dla nich zagrać, był takim wydarzeniem, jak… nie wiem, koncert The Rolling Stones w komunistycznej Polsce? Również MEGA wrażenie – a zarazem poczucie „spełnienia misji”, o której gadamy w numerach. Miało tam być Asian Dub Foundation, ale koniec końców odwołało swój występ. Inni artyści z ‚zachodu’ też najpierw się deklarowali, ale finalnie bali się przyjechać na ten festiwal – i w sumie z ludzi bez afgańskiego pochodzenia zagraliśmy tylko my i jedna sympatyczna ekipa z Uzbekistanu. Którą też planujemy wkrótce odwiedzić u nich…

Myślisz, że Masala, ze względu na swoje taneczne walory ma szansę przebić się do tzw. mainstreamu? Np. zagościć w telewizji?

Gościliśmy już w radiu i telewizji – pierwszy singiel latał tu i tam na ciężkiej rotacji, inny kawałek zahaczał nawet o rotację w BBC Asia, single z kolejnych płyt grała Trójka i Czwórka, jeden z naszych koncertów transmitowało TVP2, inny zagraliśmy w TVP Kultura – i tak dalej. Nie ma co się tego wypierać. Ba, mnie to opór cieszy – bo czemu miałbym się smucić z tego, że dobra muzyka jest pokazywana masom przed odbiornikami (śmiech). Nigdy jednak się nie pchaliśmy do telewizji i w żadnym wypadku tego nie planujemy. Raczej nie zobaczysz nas w „talent-szole” (śmiech). Jeśli jednak ktoś uzna, że warto znowu nas pokazać szerzej – tak długo, jak nie będzie to wpływało na to co gramy – nie widzę w tym nic złego. Chociaż biorąc pod uwagę stylistykę z ostatniej płyty, nie widzę na to zbyt wielkich szans…

Jeśli miałbyś komuś zareklamować Masalę, taki slogan reklamowy brzmiałby:…

Chrzanić reklamę (śmiech)! Wbijajcie na masalasound.bandcamp.com – posłuchacie tam wszystkich naszych płyt zupełnie za friko, a wszystkie poza ostatnią ściągniecie w opcji „płać ile chcesz” – czyli również za darmo, jeśli tak wycenicie to co gramy. Jeśli Wam się nie spodoba – nie stracicie nic poza kilkoma minutami czasu. Jeśli Wam się spodoba – sami możecie wycenić jak bardzo, czytaj: ile za to zapłacicie. Bardziej uczciwie chyba się nie da… (śmiech).

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu/IKA of I-N-I.PL