MARUTA – pragniesz zmian, lecz „pozostaje dystopia”

Maruta wróciła, sporo przy tym robiąc bałaganu. Trzeci album grupy, po niemal czteroletniej przerwie jednych zachwyca, innych drażni. Jest szybko i ciężko, nieznośnie. Z uśmiechem na twarzy i gęsią skórką na rękach przyjąłem fakt pojawienia się Remain Dystopian, ale jednak przede wszystkim chodzi o ten niezwykły come back. No właśnie, jak to się stało, że przełamująca konwenanse Maruta jest ponownie wśród nas? O te, jak i o wiele innych spraw związanych z zespołem zapytałem wokalistę i twórcę tekstów – Mitchella Lunę.

To już trzeci album w dorobku dziesięcioletniej stażem, śmiercionośnej machiny zwanej Maruta. Powiedz, co, o ile w ogóle, się zmieniło od czasu wydania debiutanckiej płyty? W jaki sposób teraz podchodzicie do tworzenia muzyki?

Cóż, tegoroczny album został nagrany w takim samym składzie jak poprzedni (Forward Into Regression). Na „In Narcosis” mieliśmy innego perkusistę, no i było nas trzech. Obecny skład funkcjonuje od 2010 roku. Nie mogę powiedzieć, że nasze podejście jakoś bardzo się zmieniło. Z czasem udało się nam udoskonalić nasze brzmienie. Skończyliśmy z próbami coraz większego „utechnicznienia” muzyki z albumu na album. Najważniejsza jest dla nas zabawa, no i aby to co robimy interesowało nas samych. Bez względu na to jak moja opinia może zostaćPromoImage-1 odebrana, stwierdzam, że gdy tworzymy muzykę, robimy ją nie mając na uwadze słuchacza, nikogo poza nami.

Najogólniej rzecz ujmując, Wasza muzyka to symbioza grindcore’owej wściekłości z death metalową brutalnością. Jednak to, co Was wyróżnia na tle innych zespołów praktykujących podobne mieszanki wiąże się ściśle z wykorzystaniem wielu charakterystycznych elementów, np. pełno tutaj dysonansów, niektóre partie riffów przypominają nieco te grane przez Gorguts. Skąd bierzecie inspiracje do tworzenia i czy jest rzeczywiście jakiś zespół, muzyka, która towarzyszyła Wam przy powstawaniu Maruta?

Gdy zaczynaliśmy, byliśmy znacznie młodsi i chcieliśmy po prostu grać grindcore. Było to dla nas coś innowacyjnego, grindcore był wyzwaniem… chociaż, nie wiem czy jest to do końca właściwe określenie. Mocno inspirowaliśmy się wczesnym katalogiem zespołów nagrywających pod szyldem Willowtip (m.in. grali tam Commit Suicide, Circle of Dead Children) Gdy do tego dołączymy uwielbienie względem Assuck/Discordcance Axis i miłość do Gorguts oraz Cryptopsy z czasów „None So Vile”, powstanie coś na wzór brzmienia Maruta. Może to trochę głupie tak po prostu wymienić kilka zespołów, ale właśnie na wyciąganiu z nich tych najbardziej sprzyjających nam cech i wrzuceniu ich razem do wyimaginowanego blendera sprawia największą frajdę. To taka luźna formuła naszej pracy. Oczywiście, nie trzymamy się jej kurczowo, w żaden sposób nie boimy się przeprowadzać eksperymentów poza jej obrębem. Tak raczej wyglądały początki zespołu, gdy byliśmy jeszcze nastolatkami. Największą przyjemność sprawia nam adaptowanie do naszego stylu muzyki niezwykle szybkiej, ciężkiej i szorstkiej. Maruta jest tym idealnym zespołem, jakiego chcielibyśmy słuchać, gdybyśmy sami go nie stworzyli… jeżeli to ma jakikolwiek sens.

Jasno chciałbym wyrazić mój pogląd, że wraz z zespołami takimi jak Fuck The Facts, Antigama, albo Gridlink tworzycie pewnego rodzaju elitę grindcore’owej awangardy. Jesteście pozbawieni jakichkolwiek schematów, przełamujecie konwenanse, z tradycją jesteście raczej na bakier. Czy masz wrażenie, że robicie coś niezwykle oryginalnego? A może właśnie taki cel przyświecał powołaniu do życia Maruta?

Cóż, w pierwszej kolejności chciałbym Ci podziękować za miłe słowo. Tak jak wspomniałem wcześniej, przede wszystkim tworzona przez nas muzyka ma sprawiać przyjemność w pierwszej kolejności nam. Nasz warsztat znacznie różni się od innych grindcore’owych ekip, ale myślę, że tylko zapaleńcy wyłapują te różnice (śmiech).

Moim zdaniem „Remain Dystopian” to najcięższy materiał w dorobku grupy. Panuje tutaj znacznie więcej chaosu niż poprzednio i jakby tego było mało, wszystko pędzi na złamanie karku. Co wpłynęło na wygląd tego albumu i czy rzeczywiście chcieliście pójść o krok dalej w utrudnianiu słuchaczowi celebracji?

Myślę, że to najtrudniejszy album Maruta; potrzeba wielu podejść, żeby zdać sobie sprawę, o co tutaj właściwie chodzi. Jest mnóstwo szalonych riffów, nagłych zwrotów akcji, itd. Jest to jeden z tych albumów, które sprawiają, że z każdą próbą podoba ci się coraz bardziej. Właściwie to nie mieliśmy tego na uwadze, po prostu tak czuliśmy w tym czasie. Zrobiliśmy sobie krótką przerwę, a potem wróciliśmy do siebie. Wydaje mi się, że nadrobiliśmy ten stracony czas przez nagranie najbardziej popieprzonego albumu w dorobku grupy. Co zabawne, spotkałem się z wieloma recenzjami, komentarzami na różnych forach, gdzie ludzie narzekają, że nowy album nie jest wystarczająco chwytliwy, albo, że riffy nie mają żadnego sensu, co jest kompletnie niezrozumiałe. Kurwa, to nie miał być chwytliwy album! Miał być szybki, surowy i cholernie ciężki!

„Remain Dystopian” to tytuł, który raczej nie nastraja pozytywnie. Co tym razem stało się motywem przewodnim warstwy lirycznej? Jakim tematom chcieliście poświęcić najwięcej uwagi?

Krótko mówiąc, tematem jest pragnienie pomocy komuś, albo poprawienia czegoś, w momencie, gdy nie jest się do tego zdolnym. Teksty, które napisałem, są bardzo osobiste, ale przy tym zrozumiałe dla każdego. Znam kogoś niemal całe życie, jestem bardzo blisko tej osoby, zmaga się ona z chorobą psychiczną. Próbowałem na wszelkie sposoby jej pomóc, ale za każdym razem nie udawało się. Zazwyczaj jest tak, że osoby chore nie mają poczucia świadomości, że same mają problem i potrzebują pomocy. Po wyczerpaniu wszystkich możliwych taktyk nie pozostaje nic innego jak odwrócić głowę w drugą stronę, a ta osoba niech dalej szkodzi sobie i innym dookoła. Mimo tego ciągle wierzę, że zawsze może być lepiej, choć rzeczywistość pokazuje coś zupełnie innego. Należy zatem zaakceptować realny świat, mimo, że przytłacza każdego dnia, niezależnie czy komuś o tym się powie, czy nie. To odnosi się do każdego na tym świecie. Mógłbym tak godzinami pisać o tym, jak ludzkość doprowadza się do samozagłady. Tak wiele pieniędzy idzie w produkcję energii z paliw kopalnianych, w czasach, gdy istnieją alternatywne, a przy tym efektywne metody jej uzyskiwania. Tworzymy niezliczone ilości śmieci, których nie jesteśmy w stanie przechowywać, bo nie ma na to po prostu miejsca. Można tak bez końca wymieniać, ale myślę, że to wystarcza by w wyobraźni pojawił się jakiś obraz. Wiem, że nas, chcących zmienić ten stan rzeczy jest wielu, jednak ci siedzący na szczycie łańcucha pokarmowego w żaden sposób nie dopuszczają takiej możliwości. Powtarzam, ludzkość brnie w stronę zagłady na własne życzenie. Pragniesz zmian, lecz „pozostaje dystopia”.

pragniesz zmian, lecz „pozostaje dystopia”

pragniesz zmian, lecz „pozostaje dystopia”

Tegoroczny materiał jest wyjątkowy z wielu względów, m.in. dlatego, że po raz pierwszy w historii zespołu gościnny udział przy tworzeniu albumu wzięło wiele ważnych osobistości dla świata ekstremalnego grania. J.R. Hayes (Pig Destroyer) i Tomas Lindberg (ex-Lock Up, Disfear, At The Gates) użyczyli swego głosu, z kolei Jay Randall (Agoraphobic Nosebleed) wspomógł noise’owymi samplami, a inżynierką zajęli się Scott Hull (Pig Destroyer, Agoraphobic Nosebleed) i Jonathan Nuñez (Torche). To naprawdę spora ekipa! Czy dobrze pracowało się w takim towarzystwie?

Przede wszystkim, chciałbym przyznać, że był to dla nas ogromny zaszczyt móc współpracować z tymi niezwykłymi ludźmi. Dodatkowo sytuacja nabiera większego znaczenia, gdy weźmiemy pod uwagę nasz podziw dla tych ludzi i ich projektów. Co do nagrywania ze Scottem – było po prostu zajebiście! To solidny facet, odwalił cholernie dobrą robotę przy tworzeniu albumu. Świetnie, że to właśnie Scott podjął się próby zaaranżowania naszej płyty, w dodatku pozwolił nam zrealizować ścieżkę perkusji w jego studio, co nie zdarzyło się do tej pory innym zespołom. Ponad to, poświęcał nam wiele swojego wolnego czasu, pomimo swoich obowiązków. Robił to z własnej nieprzymuszonej woli, bardzo tego chciał, nikt go do tego nie zmuszał. JR z kolei pojawił się na albumie spontanicznie, przyszedł do studia podczas któregoś dnia w trakcie sesji nagraniowej. Zapytałem go czy zechciałby wykonać szybkiej partii wokalnej w jednym z numerów, a on oczywiście się zgodził. Kawałek z jego udziałem nazwaliśmy jednym, szybkim i wymownym słowem „Erode”. Celowo wybrałem dla niego najszybszy numer (śmiech). Maruta często koncertowała z Pig Destroyer, więc wszyscy dobrze się znaliśmy. Historia z Lindbergiem jest również ciekawa. Pamiętam jak w 2011 roku, świeżo po wydaniu „Forward Into Regression”, znalazłem na jednym z metalowych blogów jego wypowiedź, w której stwierdził, że nasze nagranie jest jednym z najlepszych, jakie słyszał w tym roku. To mnie totalnie powaliło, zwłaszcza, że At The Gates miało na mnie spory wpływ podczas dorastania, zresztą myślę, że nadal ma. Jako, że jestem bezwstydnym łajdakiem, postanowiłem skontaktować się z nim drogą mailową… Zdecydowałem się na to mając na uwadze fakt, że mamy wspólnego przyjaciela z Węgrzech (Balasza Pandiego) i pomyślałem, że któregoś razu mógł wspomnieć Thomasowi o Maruta. Balasz skontaktował się ze mną później i powiedział coś w stylu: „Stary, powinieneś jak najszybciej porozmawiać z Lindbergiem i zapytać go o wsparcie wokalne dla waszego nagrania”. Pomyślałem: pieprzyć to, przecież w najgorszym wypadku powie po prostu „nie”. O dziwo, zgodził się, a reszta jakoś sama się potoczyła. Kawałek z jego udziałem, „Stride Endlessly Through Scorched Earth” jest moim ulubionym na albumie. Jego ekspresja jest tutaj wspaniała, przebrnęliśmy przez cały kawałek ramię w ramię. Jeszcze nie mieliśmy okazji spotkać się osobiście, ale gdy już to zrobimy, postawię Panu Lindbergowi kilka piw! Uczestnictwo Randalla było pomysłem Scotta. Potrzebowaliśmy trochę hałaśliwych sampli. To naprawdę miłe z jego strony, że udzielił nam swojego wsparcia. Gość rządzi. Z Jonathanem przepracowałem już setki godzin. Jest moim wieloletnim przyjacielem, robota z nim przebiega zawsze naturalnie.

To pierwszy album wydany w ramach Relapse Records. Jak oceniacie współpracę z tą wytwórnią i czy zamierzacie ją kontynuować? Pytam, w kontekście historii Pyrrhon, którzy napisali na swoim facebookowym fanpage’u, że Relapse rozwiązało umowę z zespołem, mimo, że minęło raptem parę miesięcy od wydania debiutanckiego albumu w ramach tej wytwórni. Nie obawiacie się podobnego scenariusza?

Nie martwię się tym. Wszelkie interakcje jakie zachodzącą między nami, a ludźmi z Relapse kojarzą mi się z samymi przyjemnościami. Bardzo pomogli nam przy realizacji naszych działań, towarzyszyły temu same pozytywne wibracje. Nawet, jeżeli dojdzie do takiej sytuacji, że album nie sprzeda, a wytwórnia nie będzie chciała kontynuować z nami współpracy, to zwyczajnie się z tym pogodzimy. Oni są fanami Maruta, i był to wystarczający powód by podjąć współpracę.

Chciałbym zapytać jeszcze o zamierzchłe czasy. W 2011 roku oficjalnie zawiesiliście działalność, by zaledwie rok później ponownie powrócić do życia. Jak ten czas absencji muzycznej na Was wpłynął  i co sprawiło, że zechcieliście ponownie zabrać się za tworzenie muzyki?

To było zaraz po europejskiej trasie w 2011, zrobiliśmy sobie przerwę na półtora roku. Ta nieobecność wiązała się w dużej mierze z osobistym kryzysem naszego gitarzysty, Eduarda, miał problem z uzależnieniem od alkoholu. W jego wypadku nie pozostawało nic innego jak odsunąć się na bok. To jest kwestia, do której on bardzo otwarcie podchodzi i to jedyny powód dla którego jestem w stanie o tym głośnio powiedzieć. Jego odejście sprowokowało nas do oficjalnego ogłoszenia, że „zespół się rozpadł”. Z perspektywy czasu, było dość głupim pomysłem informowanie społeczności o zakończeniu działalności zespołu, ale byłem wtedy bardzo sfrustrowany. W każdym razie nasze drogi skrzyżowały się rok później. To wydarzyło się w czasie, kiedy Curran Reynolds, perkusista Today Is The Day zachęcił nas, by Maruta w końcu podjęła próbę zjednoczenia i zagrania wspólnego koncertu. Jako wielki fan TITD, nie byłem wstanie odmówić, więc zebraliśmy się w kupę, przećwiczyliśmy z Eduardem nowy kawałek (którym ostatecznie okazał się być „Hope Smasher”). Numer rozpieprzył całe show. Doszliśmy do wniosku, że byłoby idiotyczne z naszej strony, by nie spróbować go nagrać. No i kiedy go nagraliśmy, zaraz przyszedł pomysł na następny i tak powstał materiał na cały album (śmiech).

W najbliższej przyszłości planujecie trasę po Europie. Niestety, jak dotąd nie znalazłem jakiejkolwiek informacji byście zawitali w tym czasie do Polski. Na szczęście, do Czech nie jest daleko, a tam wystąpicie w ramach Obscene Extreme Festival. Z jakimi opiniami spotkałeś się na temat tego wydarzenia i dlaczego zdecydowaliście się tam zagrać?

Tak, z niecierpliwością czekamy na OEF, jesteśmy teraz tym mocno podjarani! Mamy dobry kontakt z Curby (jednym z organizatorów) i nareszcie będziemy mogli się spotkać. To nasz drugi raz w Europie… Niestety, jak wspomniałeś, nie zawitamy do Polski, ale mam nadzieję, że następnym razem nam się uda!PromoImage-2

Jak wyobrażasz sobie przyszłość Maruta? Wolicie pracować spontanicznie, czy od samego początku wyznaczacie sobie jasne cele i trzymacie się ustalonego planu?

Co do przyszłych planów, zamierzamy ruszyć z trasą po Stanach, ale to jeszcze niepotwierdzone info. Mamy nadzieję, że druga trasa także wypali. W międzyczasie będziemy zajmować się swoimi sprawami. Jeżeli będziemy szli z godnie z tym o czym teraz mówię, mamy już zaklepany czas do końca tego roku. Ogólnie jesteśmy bardzo zapracowanym zespołem, a dodatkowo utrudnia nam funkcjonowanie odległość, bo dwóch z nas mieszka od siebie ok. 4 godziny drogi, więc optymalnie wcześniej ustalamy gdzie i kiedy umawiamy się na wspólne granie. Wierzymy, że tym razem wspólna praca będzie przebiegała znacznie sprawniej, a przynajmniej tak, aby na następny album nie trzeba było czekać kolejne cztery lata.

Na zakończenie, chciałbym wiedzieć, czy jest jakiś album na którego wydanie czekasz z utęsknieniem w 2015 roku?

Mam już partie wokalne przygotowane na nadchodzący album Noisear, prawdopodobnie pojawi się jeszcze w tym roku. Mauro udziela się w dodatkowym projekcie, z równie pokręconymi grindcore’owcami, też coś szykują niebawem. Jeżeli chodzi o albumy, to mocno jaram się ep-ką Primitive Man Home Is Where the Hatred Is, to naprawdę ciężki materiał. Mocno pokiereszował mnie Dendritic Arbor I ich “Romantic Love”. Gdzieś słyszałem, że Zombi zamierzają coś wkrótce ponagrywać, a to bardzo by mi się podobało. Co jeszcze? Wielką frajdę sprawia mi Putridity i ich najnowszy, przepełniony nieznośnymi blastami i brutal death metalowymi patentami album. Aha, ostatnio odkryłem zespół Cyanic, wydali „Litanies of Lust Unholy”, album totalnie rozpierdala! Szczerze polecam, jeżeli lubisz szybkie granie.

Dzięki serdeczne za wywiad, mam nadzieję, że odwiedzicie kiedyś Polskę!

Nie ma sprawy. Dzięki za poświęcony mi czas!

Rozmawiał Adam Piętak

Zdjęcia: Janette Valentine