MAN THE MACHETES – idioci, maczety i rock’n’roll

Zmasowany, norweski atak trwa w najlepsze. Jeszcze nie opadł kurz po nowej płycie Kvelertak a już trzeba się szykować na nowe baty. Wprawdzie „Idiokrati” Man The Machetes premierę miała nieco wcześniej niż „Mjød”, ale młodzi muzykanci z Trondheim nie ukrywają, że bardziej utytułowani koledzy są dla nich inspiracją. Trudno z tym zresztą spekulować, choć poza językiem norweskim, sama  muzyka Man The Machetes bliższa jest jednak rocka i d – beatu niż metalu. Na takim samym poziomie pozostaje za to żywiołowość, energia i ta specyficzna, skandynawska chwytliwość, która powoduje, że jeśli nawet Maczety nie zrobią kariery, to gdzieś tam będzie się można przy ich muzie srodze pobawić. Na okoliczność debitu zeznawał gitarzysta kapeli – Erlend Sætren.

 

Jesteście kolejnym po Kvelertak zespołem, który łączy szczyptę metalu z rock’n’rollem i wrzeszczy po norwesku. Czujecie, że jest w tym jakaś możliwość wybicia się ponad przeciętną?

Dzięki za porównanie. Cieszymy się z naszej płyty, bo ciężko nad nią harowaliśmy. Czy to ma sens i szansę na sukces – cóż, o tym zdecydują inni, choć my jesteśmy realistami. Tu i poza Norwegią jest tyle dobrej muzyki, że jeśli ktoś akurat nas zauważy, będziemy szczęśliwi.

Jak to się wszystko w Waszym przypadku zaczęło – nie jesteście w naszym kraju znani, warto zatem wrócić na moment do początków…

Wszystko zaczęło się w starym bunkrze w Trondheim. Tam po raz pierwszy spotkaliśmy się, żeby spróbować zagrać dźwięki tak, jak zawsze chcieliśmy – czyli wymieszanie wszystkiego zMTM wszystkim. Różne style w naszym przypadku zlewały się i to brzmienie miało wywoływać gęsią skórę i dreszcze. Graliśmy tak głośno, że brzmiało to jak wybuchy. Ale tak n prawdę o tym, że chcemy to robić na poważnie przekonaliśmy się podczas koncertów – to jest coś, co autentycznie uwielbiamy.  Grac tak głośno i tak dobre, jak tylko jesteśmy w stanie. Jeśli zaś chodzi o nazwę, sprawa jest prosta – kochamy płytę „Young Machetes” The Blood Brothers, poza tym lubimy dźwięk jaki wydaje maczeta, połączyliśmy to z naszym entuzjazmem, który też jest taki agresywny – wyszło, że te maczety to nasz znak towarowy. Rozmawialiśmy z naszymi przyjaciółmi z Vespa Studios i oni powiedzieli, że nie brzmi to aż tak obciachowo, więc postanowiliśmy zostawić taką nazwę…

Wasza muzyka zdaje się wywodzić z tego samego nurtu co Entombed czy Kvelertak, gdzieś tam można doszukać się też pokrewieństw z bogami d – beatu – Wolfbrigade a i rock’n’roll się znajdzie – gdzie jest ten złoty środek?

No to wymieniłeś same, ulubione przez nas nazwy. Myślę, że dla nas wszystkich wiele one znaczą. Rock a la Backyard Babies czy jeszcze lepiej Hellacopters no i Entombed – legendy.  Nasz perkusista i basista grali kiedyś w zespole metalowym. Kiedy Kvelertak zaczął robić karierę, byliśmy pod wrażeniem, w jaki sposób potrafią skopać dupska. Nie ma co ukrywać, że byliśmy pod ich wpływem.  Jeśli zapytać każdego z  nas, usłyszałbyś różne odpowiedzi, co do naszych inspiracji, np. nasz gitarzysta Morten to beznadziejny fan Rolling Stones, wokalista Christopher lubi Nine Inch Nails, Per jest wielkim fanem Deftones itp…

Jak wyglądało przygotowanie piosenek – zdradź czytelnikom jak wygląda praca w Maczetach od kuchni?

Tu nie ma chyba specjalnej filozofii, wszystko zaczyna się od gitary. Wymyślam jakiś riff, czasami jest to konkret, czasami jakaś melodia, która chodzi mi po głowie,  a potem przekłada się na gitarę. No i potem każdy coś dokłada od siebie, kłócimy się o szczegóły a czasami o ogólny wygląd numeru. Najważniejsze, to mieć coś do powiedzenia. Brak pomysłów rodzi kiepskie pomysły – to udowodnione, że taka sytuacja tworzy muzykę, która jest do dupy. My raczej mamy tendencję do nadmiaru pomysłów, dużo kombinujemy, zmieniamy a jedynym kryterium jest to, by gotowy kawałek wywoływał u nas gęsią skórkę. Dlatego nasze utwory… nigdy nie są dokończone, bo uważamy, że zawsze można coś poprawić. Wiem, że ciężko ciągle coś zmieniać, że należy w jakimś momencie wypuścić ten riff na wolność, ale jeśli uznajemy, że coś może być lepsze, robimy to.

  Idioci, maczety i rock'n'roll

Idioci, maczety i rock’n’roll

Tytuł płyty sugeruje, że musicie mieć do powiedzenia coś ważnego, choć nie chcecie tego zdradzić reszcie Europy, śpiewając po norwesku. Zdradźcie zatem, o czym opowiadacie?

Tak, nasz wokalista Christopher pisze swoje teksty w zachodnim dialekcie norweskim, to faktycznie jest trochę dziwne. On wybiera tematy, które go po prostu wkurzają. To musi być coś, co pozwala mu całkiem szczerze wypruć wnętrzności i wrzeszczeć. Często koncentruje się wokół głupoty ludzi, którzy zajmują się pierdołami, wiesz, rzeczami typu dlaczego alkohol nie jest tańszy, albo co słychać u gwiazd z telewizji. Pisze o ludziach, którzy nie lubią kogoś ze względu na jego kolor skóry („Neo-Cowboy”). Tytuł płyty odnosi się do tego, że wydaje nam się czasami, że nasz świat jest rządzony przez kompletnych idiotów, stąd ta „idiokracja”. Wyobraź sobie przez moment te wszystkie mechanizmy, w jakich musimy siłą rzeczy uczestniczyć. O tym, jak okrada się nas produkując broń i prowadząc jakieś bezsensowne wojny, w których i tak nikt nie wie z kim i po co walczy. Tacy ludzie powinni dostać, jak to się u nas mówi buksevann (spodnie pełne wody?? – przyp. red.).

Myślicie, że przez takie wkurzenie, intensywność przekazu można coś zmienić?

Pewnie nie… Trudno usłyszeć, o czym wrzeszczymy, jeszcze po norwesku (śmiech…). Ale hej, jeśli ktoś ma czas, przeczyta to, co mamy do powiedzenia, spróbuje nas zrozumieć, może zastanowi się choć na moment nad sytuacją, w której wszyscy się znajdujemy. Może, jeśli ktoś zgodzi się z tym, co myślimy, będzie to pierwszy krok do jakichś konstruktywnych przemyśleń, bo raczej nie zakładamy, żebyśmy mieli realny wpływ na życie.

Skupmy się na moment na obróbce muzyki – jak wyglądała sesja nagraniowa „Idiokrati”?

Man The MachetesPodobała nam się. Eric Ratz (Moreland Music Studio) to profesjonalista a przede wszystkim fajny koleś z dużym poczuciem humoru. Nie miał oporów, żeby mówić nam, kiedy coś było do bani, kopał nas w dupę, kiedy była taka potrzeba. Największym wyzwaniem było zrobić te wszystkie rzeczy, jakie sobie zaplanowaliśmy w ciągu czterech tygodni. Nie mieliśmy czasu, żeby zjeść odpowiednią ilość hamburgerów, tak byliśmy zajęci. Polecamy tę ekipę – Eric, Hiren, Chris i Ryan, znają się na rzeczy. Co do sprzętu, jakiego używaliśmy – pojawiło się chyba z siedem gitar, Telecastery, Les Paul, explorery, SG, wzmacniacze – od Orange do Soldano, pełno różnego sprzętu, min. mikrofony, które pochodziły ze studia Disneya.  Oprócz muzyki były też całkiem dziwne historie. Np. pewnego dnia do studia wpadła policja, przekonana, że kręcimy coś z narkotykami. Brzmi dziwnie, ale musisz wiedzieć, że studio mieści się w dość podłej dzielnicy w całkiem „ciekawym” sąsiedztwie. Gliniarze mieli jakiś cynk czy coś, w każdym razie chcieli zrobić konkretny nalot. Gliniarz przyczepił się do tego stopnia, że np. musiałem udowodnić, że faktycznie gram na gitarze. Prawie zlałem się w gacie i zagrałem chyba najgorzej w moim życiu, dobrze, że nikt tego nie nagrał. To była jakaś chora akcja. Dla odmiany na you tube można zobaczyć filmiki z różnych głupot, typu Chris i Ratz parodiujący dubbingi do japońskich filmów o sztukach walki, totalne głupoty.

Nasz wokalista wije się na scenie

Nasz wokalista wije się na scenie

Wasza muzyka idealnie nadaje się na scenę, rozumiem zatem, że macie na koncie sporo koncertów – jak wygląda ta strona życia zespołu?

Wiesz, jesteśmy dość energicznym i żywiołowym bandem. Nienawidzimy zespołów, które na scenie zachowują się jak w studiu, spięci i perfekcyjni. U nas jest totalne szaleństwo. Chris zazwyczaj wije się gdzieś na deskach albo gdzieś wisi i zmusza ludzi surfingu na głowach publiki, Erik też wali głową gdzie popadnie, dzicz jednym słowem. Choć jednocześnie bardzo pilnujemy brzmienia, bo zabawa owszem, ale muzycznie musi być zachowany poziom, a to trudna sztuka. Chcemy pokazać się z każdej strony jak najlepiej. Dotychczas połączenie szału perfekcyjnego wykonania udało się chyba podczas Larm Fest w Oslo i na Trondheim Metalfest. Jednak lubimy, kiedy po drugiej stronie barierek znajduje się szalejący tłum, to nas pobudza do życia. Nawet wtedy, kiedy coś idzie nie tak, mamy swój patent – po prostu zapominamy o wszystkim i nadrabiamy głupotą i łamaniem wszelkich granic na scenie. Kiedyś to się źle dla nas skończy.

Mieszkacie w kraju idealnych dróg i drogiego żarcia. No i zespołów blackmetalowych. To chyba ideał, nie uważasz?

ManTak, ale w zimie jest kurewsko zimno i ciemno. To dla nas bardzo trudne, dlatego, jak przychodzi wiosna, dostajemy pierdolca, tańczymy w słońcu i robimy wszystko, żeby wykorzystać ten czas, wyższe temperatury. Nie jesteśmy black’owcami, wielbiącymi lasy białe od śniegu (śmiech…). Ale to chyba tyle, jeśli chodzi o minusy. Żyje się tu całkiem dobrze. Dzięki ropie kraj jest bogaty a to przekłada się na doskonały system opieki społecznej, nie ma bezrobocia, nie możemy narzekać, nawet jeśli widzimy też, że na świecie nie brakuje syfu. Chyba najgorsze jest to, że ludzie zapominają, jakie mają szczęście i narzekają, że w tym kraju jest źle. Trzeba umieć korzystać z tego co mamy. Myślę, że całkiem racjonalnie podchodzimy do życia w Norwegii…  

Jaka będzie promocja „Idiokrati”?

Koncerty i jeszcze raz koncerty! No i wywiady, jak ten na przykład i w tym miejscu dziękujemy za zainteresowanie. Chcemy pokazywać muzykę wszystkim zainteresowanym. Wiemy, że na razie jesteśmy jeszcze mało znanym zespołem i chcemy ciężko pracować, żeby nas rozpoznawano. Wierzymy, że to nam się uda. Szykujemy się do przejęcia władzy nad światem.

Rozmawiał Arek Lerch