MAJOR KONG – wielka, krocząca maszyna

Wielka, krocząca maszyna przemierza Polskę i sieje zniszczenie za pomocą starych, omszałych riffów i kruszących wszystko bębnów. Major Kong to potwór jedną nogą tkwiący w klasyce i kłaniający się dorobkowi Sabbath a drugą zanurzony w zagruzowanej scenie sludge i właśnie na przecięciu tych stylistyk powstaje instrumentalna luta, którą zaprezentował na kilku płytach. Najnowsze dzieło Doom Machine mówi wszystko za sprawą tytułu. Zespół dociąża brzmienie, sprowadzając swoja propozycję do frontalnego uderzenia w imię zasady „im mniej litości dla słuchacza, tym lepiej”. Muzyczny konkret zaprezentowany na tej płycie zdaje się przyćmiewać brak wokalu, co dobrze wróży muzykom na przyszłość. Moim rozmówcą był nie kto inny jak sam Dominik Wichrobrody, odpowiedzialny w zespole za niskie częstotliwości.

Jak żyje się instrumentalnemu zespołowi w Polsce?

Zasadniczo traktują nas jak obywateli drugiej kategorii, ale niezbyt nam to przeszkadza. Czasami jeszcze pytają nas, kiedy dogramy wokale, bo jak to tak bez wokali, ale na szczęście, jest tego coraz mniej. Coraz więcej za to stwierdzeń, że tych wokali nie brakuje, co nas bardzo cieszy, bo to zasadnicza część planu – wypełnić riffem przestrzeń tak, żeby już niczego więcej nieMajor trzy trzeba było dodawać.

Ok, rozumiem, że „tak Wam dobrze”, ale czy – w myśl tego co chyba kiedyś już powiedziałem – tak dla pewności spróbowaliście wykonać jakieś kawałki Major Kong z wokalem?

Pozwolę sobie stwierdzić, że w tych kawałkach nie ma na to miejsca i najpierw musielibyśmy je przebudować, czego oczywiście robić nie będziemy, bo jak coś się trzyma kupy, to lepiej nie psuć. Trochę szkoda nam na to czasu, a trochę nie mielibyśmy nawet z kim tego zrobić. Natomiast jeżeli załatwisz nam, że do studia wpadnie Ben Ward lub Jason z Solace, to ja już siadam i układam pierwszy śpiewany kawałek w dziejach Majora, he, he.

Niczego Wam nie załatwię, ale póki co to wracamy do poprzedniego dzieła. Jak płyta została przyjęta przez maniaków i jak dzisiaj odbieracie ej materiał?

Słucha się całkiem dobrze, Doom For The Black Sun jest luźniejsza i bardziej psychodeliczna, więc się ładnie uzupełnia z „Doom Machine”. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że mogłaby być trochę cięższa, ale dobrze, że jest taka, jaka jest. Włączam i się nie krzywię. Zebraliśmy dużo pozytywnych opinii na jej temat od ludzi i wiemy, że niektórzy ten album pokochali, co jest dla nas najcenniejsze ze wszystkiego, z czym robienie muzyki się łączy. To było moje największe marzenie, żeby ktoś na drugim końcu świata wygrzebał moją muzykę i jej po prostu słuchał z przyjemnością tak, jak ja wygrzebywałem i chłonąłem różne płyty przez ostatnich kilka lat.

Rozumiem, że bandcamp&music blogs rządzą niepodzielnie. Uważasz, że to dzisiaj podstawa, bez której nie można zaistnieć? Wyobrażasz sobie tradycyjny układ zespół – wydawca?

Major dwaTrzeba zacząć od tego, że co innego zyskuje wykonawca podpisujący kontrakt z Candlelight czy Napalm Records, a co innego kapela dająca swój materiał do wydania tym najmniejszym wytwórniom. W jednym przypadku otwiera to drogę do grania dużych koncertów, a płyty są w większości sklepów, w drugim zespół może dostać 30 sztuk CD na własny użytek i na tym koniec tematu. Owszem, dla kapeli, która nie chce sama inwestować w swoją muzykę, jakikolwiek label będzie lepszy niż jego brak. Dzisiejsze czasy dają jednak możliwość robienia wszystkiego o własnych siłach, bez uczucia, że wszyscy wokół starają się Cię wydymać. Gdy dołożymy do tego rynek muzyczny, którego stara i skostniała forma powoli upada, my lub ktokolwiek, kto chce być niezależny, jesteśmy w naprawdę dobrej sytuacji. Chcesz – wydajesz i możesz to robić na w pełni profesjonalnym poziomie. Trzeba tylko włożyć w to trochę pieniędzy… czasem bardzo dużo pieniędzy, ale jak muzyka jest dobra, to się obroni i inwestycja się zwróci. Zawsze się zwraca.

Ok – wkład w poprzednią płytę się zwrócił, że tak złośliwie zagaję??

Zwrócił, zwrócił, he, he…

Mam wrażenie, że Was trochę przypiliło z nowym materiałem – co to za przyspieszenie? Zazwyczaj kolejny materiał jest jakimś tam krokiem do przodu – w Waszym odczuciu „Doom Machine” w jaką stronę podąża?

W dwie strony. Jest „Voidwagon”, który może szybki nie jest, ale żwawszy niż wszystko, co robiliśmy wcześniej, a z drugiej „Planets…” lub „Skull…”, czyli walce totalne. Zależało nam, aby ta płyta była krótka i konkretna, pozostawiła lekki niedosyt i zachęciła do ponownego odsłuchu. Przy muzyce bez refrenów takie łatwe to nie jest. Wybraliśmy najmocniejsze utwory i poukładaliśmy tak, żeby było różnorodnie. Można też powiedzieć, że idziemy w stronę pod tytułem „słychać, że to Major”.Major Kong

Czyli traktujemy ten materiał jako łącznik między tym co było i czymś nowym, formę przejściową czy normalny, „kolejny” materiał?

Żadna forma przejściowa, po prostu gramy tak, jak nam wychodzi. W przyszłości może być progres lub regres, szybko lub wolno, dobrze lub źle. Nie rozrysowujemy planów na przyszłość, po prostu jamujemy.

Odnoszę wrażenie, że Waszym ulubionym słówkiem stało się określenie „doom”. Co to w zasadzie dla Was oznacza? Szczególnie w kontekście muzyki Major Kong?

No, trochę je lubimy. „Doom” to takie coś, co sprawia, że riff kojarzy Ci się z wielką, kroczącą maszyną. Jej jedynym zadaniem jest równanie z ziemią wszystkiego po drodze. Wiemy, że są puryści, dla których tego terminu nadużywamy, ale cóż poradzić, skoro z niczym innym nam się to nie kojarzy. Nasza muzyka nie jest podróżą w głąb jestestwa, poszukiwaniem sensu, odzwierciedleniem wewnętrznego rozdarcia ani też wyciem do księżyca. Major Kong to 3 instrumenty, riffy i nasze skojarzenia. Tak się składa, że większość z nich da się zamknąć w jednym słowie: DOOM.

A propos purystów. Słucham tych Waszych płyt i dochodzę do wniosku, że z każdym, doom’owym krokiem coraz bardziej zbliżacie się do – nomen omen – klasyki gatunku. Jeszcze trochę a będziecie takim instrumentalnym Black Sabbathem. Nie kusi Was, żeby w którymś momencie nagle zaskoczyć jakimś totalnie dziwnym zagraniem, czy raczej zwycięża miłość do dziadków?

Na płycie miał się znaleźć jeden zupełnie nie-sabbathowski i niemetalowy kawałek, ale może damy mu szansę innym razem. Generalnie jest u nas miejsce na wszystko, co zabrzmi „po naszemu”, więc nie selekcjonujemy pomysłów pod kątem Black Sabbath czy jakiejkolwiek innej kapeli, tylko pod kątem Major Kong. A że Iommi wymyślił większość riffów definiujących ciężką muzykę, my i tysiąc innych kapel brzmimy jak naśladowcy. To nic złego.

Ok, ale zgodzisz się, że coraz bardziej schodzicie do pieczary? Tak mi się to kojarzy – Major jest coraz bardziej ponury i ma coraz dłuższą brodę…

Pewnie, nabraliśmy pewności siebie i pozwalamy sobie na odważniejsze rozwiązania i brzmieniowe, i kompozycyjne. Mieliśmy trochę czasu na przetestowanie kawałków z DFTBS i Orogenesis w różnych okolicznościach i wyszło na to, że i mniej litości dla słuchacza, tym lepiej.Credo

A jakie „okoliczności” były dla Major Kong najlepsze w tym mijającym roku?

Najlepsze są zawsze wyjazdy do Vintage Records studio i składanie płyty do kupy razem z Szymonem Swobodą. Jest wiele kapel, które nagrywać nie lubią, ale dla nas to frajda absolutna. Może dlatego, że gramy na setkę i nic nie dogrywamy i potrafimy się uwinąć w kilka dni.

Dobra, skoro mamy już doom, riffy, muzykę i nagranie, czas na formalność. Na razie premiera na bandcampie a kiedy fizyczna płyta? Planujecie takową? I kiedy wreszcie wasze nagrania ukażą się na jedynym i słusznym, czarnym placku?

Zobaczymy, jak się wszystko potoczy. Samodzielne wydanie LP to jednak duży koszt, który może udźwigniemy, a może nie. Może się ugadamy z jakimś labelem na winyl i wtedy sami wydamy sobie CD, a może CD całkiem sobie odpuścimy i będzie tylko winyl. Wiemy, że płyty na półce są spoko, ale w praktyce 90% naszych słuchaczy poprzestaje na mp3.

Ja tam jednak trzymam kciuki za kompakta, he, he… Żeby nie kończyć w takim minorowym nastroju, mam prośbę – opowiedz o płycie, która w tym mijającymMajor Jeden roku zrobiła na Tobie największe wrażenie i dlaczego…

Zdecydowanie ostatni Clutch, który prostotą i siłą przekazu zwala z nóg. Tradycyjne rockowe instrumentarium i rozwiązania, struktura zwrotkowo-refrenowa, liczne ukłony w stronę klasyków – w obliczu wielkiego błądzenia muzyki rockowej XXI wieku, najbardziej oczywiste rozwiązania są najlepsze.

I tradycyjnie na koniec – co zaplanowaliście na nadchodzące miesiące? Dzięki za Twój czas.

Aktualnie jesteśmy na etapie wynoszenia naszej kapeli z Lublina (do Warszawy – przyp. red.), więc w najbliższym czasie musimy ogarnąć nową salę prób. W tej sytuacji trochę nam zajmie powrót do formy, ale nie takie rzeczy się robiło. Dziękuję również w imieniu całego zespołu i kłaniam się wszystkim poddańczo.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia koncertowe: Agnieszka Łuksza