MAJOR KONG – ma skwierczeć, buczeć i dudnić!

Gitara, bas, bębny, pot, przester, zioło, piasek, Nowy Orlean, brud, hałas, blues, pasja… Czy o czymś zapomniałem? Chyba nie. Wymieniłem wszystko, co składa się na debiutancki album lubelskiego Major Kong. Jak wszyscy dobrze wiedzą, zespół powstał na gruzach Fifty Foot Woman, gra mroczny, bagnisty sludge bez grama wokali, jara się naturalnym,  dźwiękiem palonych wzmacniaczy i jak sam deklaruje, muzyka musi skwierczeć i buczeć. Sprawdziłem „Doom for the Balck Sun” i… dokładnie tak jest! Na coraz bardziej gęstniejącej scenie sludge/doom/stoner Major Kong to już powoli instytucja i myślę, że najnowsze dzieło utwierdzi ich pozycję na rynku. Oczywiście, o jakim rynku mówimy?! Chodzi raczej o paru brodatych, wydziarganych panów, wokół których unosi się słodkawy zapaszek zioła. To oni są odbiorcami muzyki generowanej przez Majora. I tak powinno być. Poniżej zapis rozmowy z sekcją rytmiczną zespołu, czyli ładnym panem perkusistą Bolkiem i brodatym basistą Domelem.

Na początek kilka słów odnośnie wydarzeń w  życiu zespołowym między wydaniem „Orogenesis” a „Doom…”?

D: Zdarzyło się zarówno wiele, jak i niewiele. Przede wszystkim kleciliśmy nowe numery i sprawdzaliśmy je na koncertach. Dzięki temu udało nam się wkroczyć do studia ze sprawdzonym materiałem. To daje dużą swobodę przy nagrywaniu, bo nie trzeba się dodatkowo zastanawiać nad sensem kompozycji. Zagraliśmy gig z Church of Misery i kilkoma innymi zagraniczniakami, co poszerzyło nam krąg odbiorców i zredukowało ilość sugestii dotyczących potrzeby zaangażowania wokalisty. Poza tym kupiliśmy sobie delaye do gitar i można powiedzieć, że zmieniło się wszystko, he, he.

Czy przez ten cały czas nie mieliście ochoty, by jednak znaleźć rzeczonego wokalistę? Co Was w tej decyzji najbardziej utwierdziło?

B: Jeśli to, co robimy wychodzi dobrze i nie odczuwamy braku wokalu przy komponowaniu numerów,  nie ma sensu na siłę szukać wokalisty. Obawiam się, że to już nie byłby ten sam Major.

D: Dokładnie. Zaczęliśmy grać instrumentalnie, bo nam się to podobało i stwierdziliśmy, że jeżeli komuś jeszcze przypadnie to do gustu, będziemy temat kontynuować. Jeżeli słuchaczowi brakuje w naszej muzyce wokalu, to może znaczyć, że kompozycje jeszcze nie są dość dobre, albo po prostu akurat dany odbiorca woli piosenki i powinien dać Majorowi spokój. Muzyka dla każdego jest muzyką dla nikogo, a jej prawdziwą wartość weryfikuje czas. Świadomie uderzamy do wąskiego grona odbiorców i przyjmujemy na klatę zarówno dobre, jak i złe aspekty zjawiska.

Najnowsze dzieło to przede wszystkim BRZMIENIE. Znakomite, cholernie surowe i autentyczne. Zdradźcie kulisy nagrywania tego materiału – co możecie doradzić zespołom przed wejściem do studia – na co zwracać uwagę?

D: Cieszy mnie, że brzmienie Ci się podoba. Ta produkcja też nie jest dla każdego i są tacy, co jej nie rozumieją. Niektórzy nie wierzą, że nagrywaliśmy wszystko na żywo i bez dubli. A my po prostu pojechaliśmy do Vintage Records Studio, rozstawiliśmy graty i zaczęliśmy grać. Pozwoliliśmy Szymonowi Swobodzie dobrać odpowiednie rozwiązania i poprawić te elementy naszego soundu, które pozostawały w tyle.

B: Jedynym sposobem na uchwycenie tego, co gramy jest nagrywanie na setkę. Dało to sporo brudu i surowego brzmienia. Poza tym nie wyobrażaliśmy sobie nagrywania niekończących się jamów ( tj. Primordial Gas Clouds) partiami, bo jest to numer, w który trzeba się wczuć i odlecieć. Brzmienie, jakie osiągnęliśmy, było dokładnie tym co każdy z nas chciał uzyskać, a bez odpowiedniego studia nie byłoby o czym gadać. Masa vintage’owego sprzętu i taki sam sposób nagrywania sprawiało, że cofnęliśmy się do epoki kamienia, zapomnieliśmy o świecie zewnętrznym i tłukliśmy numery aż do uchwycenia tej najlepszej wersji.

ma skwierczeć, buczeć i dudnić!

ma skwierczeć, buczeć i dudnić!

D: Doradzać raczej nic nie będziemy, bo jeżeli jakiś zespół chciałby spróbować podobnych rozwiązań, to sam o nie zapyta. Wydaje mi się jednak, że Major to takie słusznie dumne brzydkie kaczątko wśród standardów brzmieniowo-produkcyjnych w naszym kraju. Większość ciężkiego stuffu made in Poland jest przekompresowana, przeładowana wtyczkami i na chama głośna, ale gawiedzi się to podoba. Jeśli słuchają na głośnikach od laptopa, to w sumie nie ma się czemu dziwić.

Jak myślicie – liczy się sprzęt, na jakim się nagrywa, czy to brzmienie tkwi raczej w głowie muzyka i to jego inwencja powoduje, że nagrania są takie a nie inne?

B: Brzmienie i cały zamysł siedzi w głowie, a sprzęt jest czymś co pozwala przenieść swoje wyobrażenie na nagranie. Obydwa czynniki są ważne, więc każdy odkłada w skarpetę ile się da

D: W granej przez nas muzyce bez odpowiedniego sprzętu nie da rady. Wszystko musi odpowiednio skwierczeć, buczeć i dudnić. Można powiedzieć, że brzmienie Majora to lata nie tylko kompletowania gratów, ale i uświadamiania sobie konieczności pewnych rozwiązań. Jeśli zastanawiasz się, dlaczego większość polskich kapel starających się grać stonery i southerny brzmi biednie, to wiedz, że w dużej mierze wynika to z braku świadomości. W Polsce przez lata nie było dostępu do sprzętu, a jak już dostęp się pojawił, to mało kogo było nań stać. I gdy dochodzimy do momentu, że już takiego grajka stać na dobre graty, to zamiast starego SG kupuje sobie sygnaturę Dimebaga i się dziwi, że to nie brzmi jak Orange Goblin. Dramat…

Zdecydowaliście się na nagranie kilku kawałków ponownie – co spowodowało taką decyzję?

D: „Orogenesis” to właściwie coś z pogranicza ep-ki i demówki. Mimo pozytywnych recenzji nie byliśmy do końca zajarani uzyskanym efektem i chcieliśmy przynajmniej tym dwóm numerom dać brzmienie, na jakie zasługują. Poza tym to już nasze koncertowe klasyki.

Najnowsze dzieło już jest i teraz należy spodziewać się z waszej strony zmasowanego ataku – jakie macie plany?

D: Zmasowanego ataku raczej nie będzie, ale staramy się być systematyczni w pielęgnacji własnego ogródka i nie odpierdalać chałtury. Wszyscy mamy normalną pracę, do tego Bolek dojeżdża na próby z Warszawy, więc zrobienie czegoś w zespole jest zawsze kosztem czegoś innego ważnego w życiu. Na razie chcemy jeździć i koncertować tam, gdzie chcą nas posłuchać. Zaczęliśmy już pracę nad nowymi utworami, bo tęskno nam do Porażyna (śmiech…). Do tego chcielibyśmy wreszcie zmontować jakąś konkretną wyprawę za zachodnią granicę. Może w przyszłym roku uda się to zrealizować.

Uczestniczyliście w przedsięwzięciu pod nazwą „Days of the Ceremony”. Kilka słów na ten temat i szersza relacyjka z koncertu, jaki zagraliście z Weedeater?

D: Całe przedsięwzięcie to totalna wycieczka w nieznane dla organizatorów, ale wygląda na to, że wychodzą z całej batalii obronną ręką. Nikt nie żałuje kupionych biletów, wielu zaliczyło swoje „koncerty życia” i ogólnie można na Dniach Ceremonii godnie poimprezować. Urzekające jest to, że zaproszeni wykonawcy nie trzymają piór w dupie i chętnie się integrują z polską publiką. To jeszcze jeden powód, żeby kochać całą tę niszę i dumnie wypinać się na mainstream. Strasznie się jaraliśmy koncertem z Weedeater. To jedna z moich ulubionych kapel, a na próbach Majora wielokrotnie padało hasło: „Ej kurwa, to brzmi jak Weedeater!”. Kradniemy im riffy na potęgę, ale chyba nie mają nic przeciwko, bo poświęcili chwilę na sprawdzenie nas i pogratulowali występu. Takie gesty dają nam +666 do wiary we własne siły, choć pewnie dwa dni później Zielarze nie pamiętali, że grali w Polsce, he, he…

Zastanawia mnie kolejność wydawnicza nowej płyty. Nie uważacie, że opublikowanie jej najpierw w sieci a dopiero potem na CD spowoduje, że i tak słaba sprzedaż płyt w takim przypadku będzie jeszcze gorsza? Nie lepiej było odwrócić kolejność?

D: Zdecydowanie nie. Kiedy ostatnio kupiłeś jakąś płytę w ciemno? Ja jakieś 10 lat temu. Ludzi po prostu nie stać na inwestowanie w muzykę, której nie znają. Sprzedaż płyt to w naszym przypadku mocno drugorzędna sprawa. Najważniejsze jest dotarcie do jak największej ilości odbiorców i zrealizować to możemy właśnie w Internecie. Dopiero w następnym etapie ktoś, kto się płytą zainteresuje, zechce ją kupić. Fakt, że takowym kazaliśmy trochę poczekać, bo CD był gotowy po pięciu miesiącach od premiery w sieci, ale w takiej sytuacji po prostu trzeba coś robić, żeby nie dać o sobie zapomnieć. Jeszcze jeden czynnik ma tu znaczenie, mianowicie koncerty. Gdy ktoś zna muzykę wykonawcy, na którego koncert się wybiera, dużo lepiej odbiera sam występ. Każdy lubi melodię, którą już raz słyszał, dlatego chowając przed światem nagrany materiał działalibyśmy na własną niekorzyść.

Można powiedzieć, że jesteście zespołem w pełni ukształtowanym. Są płyty, koncerty, świetny materiał i uznanie ze strony maniaków. Co dalej, czy macie jakieś pomysły, cele, do których zmierzacie?

D: Występ na Roadburn, he, he. Kto wie, może kiedyś, kiedyś nas zaproszą. Na pewno nie chcemy kontraktu z Nuclear Blast, bo to zwiększa prawdopodobieństwo nagrania badziewnej płyty. No i chcielibyśmy wydać „Doom…” na winylu, ale na razie nie mamy pieniędzy.

Kilka słów na koniec dla każdego, kto jeszcze nie sięgnął po Waszą muzykę…

D: Sięgnij po naszą muzykę, Man! I przestań kupować Teraz Rock, skoro wiesz, że to gówniana gazeta, he, he…

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Paweł Wygoda