LUXTORPEDA – mówimy o ważnych rzeczach…

Luxtorpeda w Violence?! A czemuż by nie… Długo czekałem, aż Litza zrobi taki właśnie zespół. Nie, żebym miał coś do Arki a Tymoteusza – szczególnie wczesnego – to nawet lubię, jednak w takim, riffowym, surowym graniu najlepiej widać talent Roberta do wyciskania z gitary riffów światowej wręcz klasy. W oparciu o doświadczonych, choć młodych (Armia czy Turbo chociażby…) muzykantów udało się stworzyć dzieło spójne, kopiące ale i mądre, wbrew temu, co ktoś tam może sugerować. Zamiast kaznodziejstwa mamy uderzenie i słowa zapadające w pamięć. Także udział Hansa (52Dębiec) i jego na wpół rapowane partie dodają muzyce dramaturgii i wcale nie gryzą się z rockową formą całości. A że Litza nie chce przyznać się do bezpośredniego wpływu Josha Homme’a na swoją twórczość? Cóż ja wiem swoje, że tak upierdliwie stwierdzę, po raz kolejny odpalając płytę.

Krótki wywiadzik przeprowadziłem przed warszawskim koncertem zespołu, który utwierdził mnie w przekonaniu, że Litza to muzyk bezkompromisowy, który wcale nie wstydzi się zaczynać od początku. Na koncercie w małym klubie, z garstką publiczności przed niziutką sceną muzycy dali z siebie wszystko, pokazując, że nie liczy się kasa czy promocja, ale szczerość i chęć dobrej zabawy. Litza szybko nawiązał kontakt z publicznością, przekomarzając się ale także poważnie komentując poszczególne numery. Poleciała cała płyta, a na koniec, zmuszeni przez uczestników, odegrali jeszcze raz kilka numerów z debiutu, bo, jak z rozbrajającą szczerością stwierdzili, nie mają więcej materiału. Lekko ogłuszony, wychodząc z Hydrozagadki wiedziałem, że ten projekt ma sens. A poniżej zapis rozmowy z przeżywającym chyba całkiem niezły okres w swoim życiu Robertem „Litzą” Friedrichem…

Rozmawiamy przed jednym z kilku pierwszych koncertów, jakie Luxtorpeda zagrała – jak się czujecie, jako nowy zespół na scenie?

Dobrze, bo koncerty  były poprzedzone ciężką pracą  podczas prób w Opalenicy, tam przygotowywaliśmy ten materiał, uczyliśmy się go grać z wokalami. Całość materiału nagraliśmy na „setkę”, instrumentalnie i potem przyszedł czas, żeby szlifować muzykę i połączyć ją z wokalami, dopracować wszystkie szczegóły. No i tak się złożyło, że te pierwsze koncerty były bardzo dobrze przyjęte a ci, którzy mieli wątpliwości, że pomysł z zaproszeniem Hansa jest chybiony, przekonali się ostatecznie, że kierunek, w którym idziemy jest właściwy.

Luxtorpeda jawi mi się jako swego rodzaju powrót do korzeni – wszystko robicie razem, wspólny van, sami pilnujecie merchu, niczym podziemna, dopiero przebijająca się do świadomości słuchacza kapela…

Ale przecież takie życie nie jest mi obce – jest Kazik, Tymoteusz i Arka, nie mniej rockowa. Ale faktycznie, jeśli czegoś mi brakowało, to zwykłych prób, grania muzyki na próbach  i w przypadku Luxtorpedy to się udało – od momentu, kiedy powstał pomysł aż do płyty mieliśmy piękny czas, kiedy spotykaliśmy się, by tworzyć te piosenki.

Nie obraź się, ale Twój wizerunek (np. fryzura itp.) sugeruje wyraźną fascynację stonerem a szczególnie panem Hommem – czy to prawda?

Ja mam bardziej irokezową fryzurę (śmiech…). Zespoły Homme’a to fajne, muzyczne projekty, ale nie jest to główny nurt, jakiego słucham, znam lepsze kapele. Lubię Queens Of The Stone Age, choć Homme’a zdecydowanie bardziej wolę w zespole Kyuss. W Queens’ już trzeba wynajdywać te zdecydowanie gitarowe utwory. A Them Crooked Vultures w ogóle nie słucham.

Skoro tak, to może wymień te zespoły, które faktycznie wpłynęły na muzyczne oblicze Luxtorpedy?

Rozumiem, że ty, skoro interesujesz się muzyką, masz takie czy inne skojarzenia. Jednak wielu ludzi, których spotkałem na koncertach, mówi że gramy jak James… Jesteśmy narodem, który lubi porównywać. Cóż, pamiętam, że kiedy jeszcze nie miałem własnej gitary, to w zależności od kogo pożyczałem instrument na koncertach, byłem Hetfieldem albo Petrozzą. To było śmieszne – widać, jaki wpływ mają na podejście ludzi takie rzeczy jak instrumenty… Jeśli chodzi o muzykę, mogę spokojnie wymienić min. Fu Manchu, Rush  Mastodon, Slayer, Ramones… No, nie wiem, co jeszcze, generalnie gitarowa muzyka…

Osoby, którymi się otaczasz w kapeli, to Twoi przyjaciele  – czy kryterium mentalne czy towarzyskie było głównym, jeśli chodzi o dobór współpracowników?

O to właśnie chodziło, żeby to była grupa „frendów”, nawet Hans – to nasz człowiek…

Jak rodzina znosi ta  Twoją skłonność do ADHD?…

Ja jestem cały czas w trasie, więc się przyzwyczaili. Cały rok się gra, ale najbliżej rodziny jestem, kiedy mamy koncerty z Arką Noego.  Choć tak naprawdę większość roku mam pracę w domu i nie wyjeżdżam tak często jak mogłoby się wydawać. Akurat teraz jest taki fajny moment, kiedy rozpoczęły się koncerty, ale też mam kontakt z rodziną, jest ze mną moja żona.

A po tych koncertach są dalsze plany?

Tak, zaczynamy robić już nowe numery na kolejną płytę, chcemy je jak najszybciej dołączyć do setu koncertowego. Nie chcemy się posiłkować na żywo kowerami, bo okazuje się, że kompletnie do nas nie pasują. Chcemy grać swoje rzeczy. To, co gramy jest inne, specyficzne w warstwie muzyki, ale także tekstu i granie kowerów jawi się jako śmieszne. Tym bardziej, że te numery ewoluują, teraz aranże są trochę zmienione, bardziej koncertowe a Hans śpiewa rzeczy ze swojej płyty, fajnie to wychodzi…

Jak wyglądały próby poprzedzające nagranie płyty?

Na początku spotykaliśmy się tak, żeby sobie pograć, pojamować na luzie. Dzięki temu, że dysponujemy własnym studiem, te numery były rejestrowane, zmieniane, usprawniane, potem często wracaliśmy do pierwotnych wersji, po prostu bawiliśmy się muzyką. A  kiedy wszystko było już gotowe, pojechaliśmy do Wisły do studia Deo Recordings i tam nagraliśmy materiał.. Potem zacząłem przygotowywać partie wokalne a wszystko się zmieniło, kiedy zaczęliśmy współpracować z Hansem. Pamiętam, że spotkałem go w innym studiu i zaproponowałem, by zaśpiewał na płycie Luxtorpedy. Wszystko tak dobrze zażarło, że został członkiem zespołu i nagrał wokale na całą płytę. Na płycie znalazły się też wersje instrumentalne utworów, bo początkowa faza i charakter tych kompozycji  zginęły nam po dograniu wokali i troszkę tęskniliśmy za tymi pierwotnymi wersjami. Zresztą Mastodon też tak zrobił i to mi się bardzo podobało, bo oprócz tego, że słucham normalnych, gotowych utworów, lubię sobie posłuchać takich wersji instrumentalnych. W utworach „Zero” i  „W Ciemności” solówki dograł Maciej Jahnz, gość, który uczył mnie grać na gitarze. Dzięki niemu w  tych utworach pojawił się ciekawy klimat.. Kiedy Jahnz nagrał swoje solówki, od razu stwierdziłem, że zostają, wtedy on stwierdził – teraz tak się już nie gra, a ja na to – co z tego, zostają! Wielu dobrych muzyków się kryguje i grają jakieś dziwne dźwięki tylko dlatego, że tego wymagają dzisiejsze czasy. A ja uważam, że grać trzeba tak, jak się lubi. To jest tajemnica prawdy – grać jak się czuje…

Jak znajdujesz się wśród tych pędzących nowinek technologicznych?

Wiadomo, jakość mp3 jest dzisiaj całkiem niezła, jednak, dla porównania ja np. miałem magnetofon do nagrywania w studiu – 24 śladowy Studer i nic nawet  na krok nie zbliży się  do takiego, analogowego brzmienia. My też tak nagrywaliśmy naszą płytę i taki dźwięk jest najlepszy… Cała reszta to tylko cyfrowa imitacja prawdy. Uważam, że nasza płyta jest tak mocno zbliżona do  analogowego ideału i niestety, ludzie nie są do tego przyzwyczajeni, bo wszyscy oczekują tzw. produkcji, bardzo ściśniętych, skompresowanych. Nam zależy, żeby nagrania były tylko preludium do koncertów.

Płytę wydaliście sami – dlaczego; nie było zainteresowania ze strony krajowych potentatów wydawniczych?

Stage Diving Club to wytwórnia, która jako jedyna odniosła w Polsce taki spektakularny sukces – sprzedała ponad milion płyt, brała udział w rozdawnictwie ponad 5 milionów płyt jako tzw. inserty… Mamy pewne sukcesy (śmiech…).. Prawda jest taka, że nie stać nas na    utrzymywanie majorsów i robimy to sami. Co za problem, żeby zamówić w tłoczni płyty? Ja nawet nie zakładałem, że ktoś będzie chciał nas wydać, nie potrzebowałem tego. Fakt, na samym początku pojawił się pomysł, że może Andrzej Mackiewicz z firmy Takt będzie chciał wydać płytę, ale jednak ostatecznie się to  nie udało.

Patrząc na was widzę prawdziwie niezależny zespół…

Mamy swój sprzęt, swoje studio, swoje wydawnictwo, swoje hologramy, płyty. Jesteśmy niezależni, w pełnym tego słowa znaczeniu. Możemy grać dla  30 osób, bo to jest tak zajebiste… Kiedy gram z Arką Noego, przychodzą tysiące ludzi, teraz zaczęliśmy ten sezon od kolęd, zagraliśmy 17 koncertów i choć nikt o tym w mediach nie wspomniał, mieliśmy doskonałe przyjęcie. Jeśli chodzi o sukces medialny – nie potrzebujemy rozgłosu. Nasze dzieci chodzą normalnie do szkoły, ja do sklepu po bułki i nikt nas nie rozpoznaje. Luxtorpeda też jest sztuką undergrundową, bo nikt nas nie promuje, ale ludzie interesują się naszą muzyką. Z tym zespołem doświadczam czegoś nowego, czego też mi brakowało – na koncertach bywa np. 20 – 30 osób i to są bardzo rodzinne sztuki, można wtedy powiedzieć coś o utworach, można popaść w zadumę, pożartować.  Niekoniecznie wymagamy, żeby ludzie tańczyli, choć są takie kawałki, gdzie jest prawdziwe szaleństwo, ale są też takie rzeczy, których ludzie chcą po prostu słuchać, bo mówimy o ważnych i czasem trudnych sprawach i problemach, o piekle aborcji, o rozwodach, o tym, co  ciągle dzieje się wokół nas. Ale jeżeli  kiedykolwiek zdarzy się, że Luxtorpeda odniesie taki sukces, że będzie przychodzić mnóstwo ludzi, 1000 czy 2000 osób, to też będę się cieszył. Ja przed niczym się nie bronię, ale teraz jesteśmy początkującym zespołem, przecież dopiero co wydaliśmy debiutancką płytę…

Czego można Wam życzyć?

Żeby udało się nam do końca roku nagrać ep – kę, z pięcioma – sześcioma kawałkami i żeby jak najwięcej ludzi nas usłyszało i mogło z tego skorzystać i mieć nadzieję, na przyszłość, na życie, na umieranie…

Tekst Arek Lerch

Foto: Arek Lerch, Piotr Busz, MateO