LUX OCCULTA – sercem, nie rozumem

Niektóre legendy mówią, że na zmartwychwstanie wystarczą 3 dni. Lux Occulta potrzebowała aż 13 lat. Przez ten czas wielu fanów porzuciło zapewne wszelką nadzieję, ale zespół zaserwował nam niemałą niespodziankę. Niedawno ukazał się piąty długograj – „Kołysanki”. Nie dajmy się jednak zwieść, niby-kołysanki mają bardzo apokaliptyczny wydźwięk, nerwowy puls, wizualizują mroczny obraz spalonej wioski. To dzieło niezwykle oryginalne i odważne, przedstawiające zupełnie odmienną wizję muzyki, niż ta do której Lux Occulta przyzwyczaiła nas przed laty. Dzieło, które dla fanów łomotu i gatunków będzie niestrawne, a dla fanów muzyki bez uprzedzeń niezwykle smakowite. Ten świeży kąsek jest doskonałym pretekstem, aby podpytać współtwórcę, Jarosława Szubrychta, o to i owo, a nawet o tamto i owamto.

Jeśli powrót do aktywnej twórczości muzycznej urzeczywistnił się po tylu latach, nie sposób uniknąć pytań, które aż same cisną się na usta (klawiaturę). Mianowicie, dlaczego tak długo milczeliście, kto był iskrą zapalną powrotu, dlaczego po „The Mother and the Enemy” Lux Occulta udała się na długoletniAwatar spoczynek? Czy myśl o powrocie była spontaniczną decyzją, czy może pomysł ten dojrzewał dłuższy okres czasu?

Jarek: Nie planowaliśmy kilkunastoletniego milczenia, po prostu każdy zajął się swoimi sprawami i czas nam szybko zleciał. Zwykła proza życia: praca, rodziny… Czasem rozmawialiśmy o tym, że warto byłoby zrobić coś nowego, ale zwykle kończyło się na deklaracjach. W końcu Jurek zaczął komponować w domu nowe utwory i od tego wszystko się zaczęło. Niestety, przyjęty przez nas proces pracy sprawił, że dokończenie płyty zajęło nam kolejne dwa czy trzy lata. Ale muzyka to nie wyścigi, widocznie tak musiało być.

Trzynaście lat, czy tyle czasu potrzeba, aby uzyskać satysfakcję w roli dziennikarza? W tym czasie nie próżnowałeś; dwie książki, dwa tłumaczenia, współpraca z największymi portalami i znaczącymi pismami, tworzenie teksów, prowadzenie bloga i własnej działalności. A może coś pominęłam? Czy okres twórczej ciszy z Lux Occulta uważasz za intensywny i udany?

Nie wiążę mojej aktywności dziennikarskiej z Lux Occulta. Byłem dziennikarzem również wcześniej, kiedy nagrywaliśmy regularnie płyty i koncertowaliśmy, i pozostaję nim teraz, po wydaniu „Kołysanek“. Ale faktem jest, że przez ostatnie lata współpracowałem z poczytnymi tytułami, więc pewnie więcej mnie było widać. Robiłem też inne rzeczy, może nie tak spektakularne jak książki, ale też ciekawe, bo zajmowałem się różnymi projektami internetowymi, a także marketingiem i PR. Ostatnie lata rzeczywiście miałem dość intensywne, ale znowu – to nie ma nic wspólnego z Lux Occulta.

„Kołysanki” prezentują zupełnie inną wizję muzyki, niż pierwotne poczynania Lux Occulty. Skąd taki skok? Czy jest to efekt poszukiwań i odmiennych inspiracji na drodze tak zwanej naturalnej muzycznej ewolucji? A może potwierdzenie hipotezy, że „z metalu kiedyś w końcu się wyrasta”? Pomysł połączenia folkloru z jazzem, industrialem, elektroniką i nutą dark wave’u jest pomysłem co najmniej dobrym, a na pewno niezwykle odważnym. Skąd przyszła fascynacja folklorem Beskidu Niskiego i elektroniką?

Beskid Niski to nasze rodzinne strony, po prostu nasiąkaliśmy tym od dzieciństwa, ale wcześniej jakoś nie było pomysłu na połączenie tych brzmień i dźwięków z naszą muzyką. Może dlatego, że wcześniej graliśmy metal, a za folk metalem nie przepadamy… A może dlatego, że musieliśmy spojrzeć na własne dziedzictwo z dystansu – opuściliśmy Duklę wiele lat temu. A może po prostu o to, że w nowej formule zespołu jest więcej miejsca na różne gatunki, właściwie to nie określaliśmy z góry żadnych stylistycznych ram. Samo wyszło. Skąd fascynacja elektroniką? Cóż, słuchamy różnej muzyki, w tym elektroniki, od zawsze, więc chyba już dzisiaj nie pamiętamy od czego się zaczęło. W przypadku Jurka to mogły być jakieś stare płyty Depeche Mode, u mnie też jakieś historie z głębokich lat 80.

sercem, nie rozumem

sercem, nie rozumem

„Kołysanki” urzekają mnogością użytych instrumentów, bo prócz gitar usłyszymy przecież i akordeon i skrzypce i kontrabas, do tego sporo elektroniki i niejednolitych wokaliz. Czy trudno było taką różnorodność zespolić w spójną całość? Czy może od początku zamysł był klarowny? Który etap pracy nad płytą był najbardziej wymagający?

Miksy były trudne. Ta płyta długo obrastała pomysłami i partiami nowych instrumentów, aż wreszcie doszliśmy do wniosku, że koniec z dogrywkami, trzeba uporządkować to, co mamy. Najpierw szukaliśmy do miksów jakiegoś mistrza z zewnątrz, ale ludzie albo nie mieli czasu, albo nie wiedzieli o co nam chodzi, a my nie umieliśmy wytłumaczyć. Bujaliśmy się tak dobrych parę miesięcy, zabierając różnym miłym panom cenny czas, aż wreszcie doszliśmy do wniosku, że przecież sami to możemy zrobić, skoro i tak nikt nie wie, jaki ma być punkt odniesienia. Trochę to trwało, a ja już miałem serdecznie dość Jurka zalewającego mnie kolejnymi wersjami miksów, w których różnicę usłyszałyby tylko nietoperze, ale efekt finalny jest zadowalający. Ta płyta brzmi dokładnie tak, jak miała brzmieć.

Prócz tekstów autorstwa własnego, zdecydowałeś się wpleść do całości fragmenty archiwalnych nagrań Łemków, a także wiersz Tadeusza Micińskiego „Wolnomularze polscy” oraz fragment francuskojęzycznego dramatu Racine’a „Andromacha”. Dlaczego właśnie te utwory? Czy to wypadkowa własnych upodobań, a może miały one na celu podkreślenie apokaliptycznego wydźwięku „Kołysanek”? Czy taka intertekstualność to klucz do poszukiwań i głębszego zrozumienia treści zawartych na płycie?

Sample z archiwalnych, łemkowskich śpiewów to pomysł Jurka i ma on charakter stricte muzyczny. Chodziło o brzmienia, nie o znaczenia. Racine’a cytują nasze przyjaciółki z Francji, to była ich inicjatywa. Z kolei ten wiersz Micińskiego od dawna chciałem nagrać, od niemal 20 lat, ale jakoś wcześniej nie było okazji, nie pasował do wcześniejszych płyt… Jak to wszystko połączyć, jaki jest klucz do zrozumienia treści zawartych na płycie? Nie łączyć! Albo inaczej – łączyć intuicją. Sercem, nie rozumem. Radzę nie próbować „Kołysanek“ nadmiernie interpretować, bo sporo tu przypadków, niemało improwizacji. Sądzę, że raczej warto tę płytę poczuć, dać się jej ukołysać, niż doszukiwać się sensów, które są pomiędzy słowami nie w nich samych.

„Kołysanki” to debiut wydawniczy Trzeciego Ucha, któremu dowodzisz i które dotychczas zajmowało się głównie mixem i masteringiem. Czy powierzenie materiału innej wytwórni było w ogóle rozważane?

Nigdy nie zajmowałem się miksem czy masteringiem, nie wiem skąd te informacje. Trzecie Ucho to firma, która specjalizuje się w komunikacji związanej z muzyką – robimy od strony redakcyjnej portal T-Mobile Music, zajmujemy się public relations kilku festiwali itp. Były jakieś propozycje wydawnicze, ale nieszczególnie interesujące. Poza tym zawsze chciałem wydawać płyty, ale wcześniej nie miałem albo pieniędzy, albo odwagi, więc doszedłem do wniosku, że muszę spróbować. Ciekawe doświadczenie, choć chwilami nieco kłopotliwe.

Nowa płyta dla fanów „starej” Lux Occulty może być szokiem. Czy tworząc materiał zastanawialiście się jak może zostać on odebrany, czy liczyliście raczej na otwartość i dojrzałość słuchaczy? A może ten aspekt był bez znaczenia? Z jakimi reakcjami spotykacie się na co dzień?

Lux OkładkaNie myśleliśmy o słuchaczach, to mogłoby być ograniczające. Ale z drugiej strony, sądzę, że nie doceniasz naszych fanów, szczególnie tych, którzy wytrwali z nami po „The Mother and the Enemy“. Oni wiedzieli, że mogą się spodziewać wszystkiego. Reakcje były bardzo dobre, prawdę mówiąc spodziewałem się znacznie więcej narzekań. Oczywiście, są tacy, którym „Kołysanki“ zupełnie się nie podobają – i w porządku, nie muszą się wszystkim podobać. Są też tacy, co mówią, że byłoby dobrze, gdybyśmy zostawili chociaż trochę elementów metalowych. Ale po co? Żeby podkreślić jakąś przynależność gatunkową? Jak będziemy chcieli grać metal, to będziemy go grali, ale teraz się nie złożyło i nie ma co dzielić włosa na czworo.

Coraz więcej polskich zespołów traktuje metal jako punkt wyjścia do muzycznych eksperymentów i gatunkowych mezaliansów. Co pan sądzi o kondycji współczesnej sceny muzycznej w naszym kraju? Czy są jakieś zjawiska, które w szczególny sposób przyciągają pańską uwagę? Jakieś zespoły, o których pana zdaniem warto wspomnieć?

Jeśli pytanie jest o metal, to muszę przyznać, że bardzo podoba mi się to, co robią formacje, które wyszły z black metalu i otwierają ten gatunek na nowe rejony, czyli dokonania ekipy Let The World Burn i projektów satelickich, jak Morowe, ale także takie grupy, jak Medico Peste, Kriegsmachine, Odraza, Thaw… To wszystko jest bardzo odświeżające, pełne żaru i zaskakujących pomysłów. Dobrze radzą sobie również weterani – jestem pod wrażeniem obecnej formy Behemoth, to machina wojenna na najwyższych obrotach, Vader w obecnym składzie kosi jak przed laty, Decapitated niezmiennie niszczy, bardzo dobre rzeczy robią takie postmetalowe załogi jak Tides From Nebula, Blindead czy Obscure Sphinx. Jeśli pytanie nie dotyczy wyłącznie metalu, to muszę powiedzieć, że dawno polska scena nie była tak różnorodna i interesująca, ostatnio chyba w latach 80. Cieszę się, im więcej dobrej muzyki, tym lepiej.

Lux Occulta, to nie pierwszy powrót po latach rodzimego giganta. Jakie są pańskie wrażenia odnośnie powrotów takich zespołów jak choćby Sirrah czy Asgaard, które w latach 90-tych ubiegłego wieku również sporo namieszały na rodzimej scenie?

Nie czujemy się gigantem i nie czujemy, że wracamy – po prostu praca nad płytą zajęła nam więcej czasu, niż się spodziewaliśmy, shit happens. Nie mam żadnych przemyśleń dotyczących powrotu wspomnianych wyżej zespołów. Nawet nie wiedziałem, że Asgaard się rozpadł i że wraca (śmiech). Ale oczywiście życzę powodzenia. Tomo z Sirrah ma zawsze różne szalone plany i zawsze trzymam kciuki, bo warto kibicować ludziom z wizją.

Mam nadzieję, że na ponowny rozbłysk ukrytego światła nie będziemy musieli czekać kolejnych 13 lat. Być może za wcześnie, ale z pewnością nie tylko mnie ciekawi, czy Lux Occulta wróciła „na dobre”, czy planujecie dalszą działalność twórczą?

Nie wiem, czy i kiedy coś nagramy. Nie jest to wykluczone, ale wszystko zależy od inspiracji, od czasu… Nic na siłę.

Kołysanki to materiał trudny do przełożenia na warunki koncertowe – czy pokusicie się o rozszerzenie składu i spróbujecie odtworzyć Kołysanki „na deskach”, czy Lux Occulta pozostaje na dzień dzisiejszy projektem studyjnym?

Nie ma planów koncertowych…Lux Grafika

Rozmawiała Justyna Bochenek

Grafika:  Elżbieta Biryło