LUTOWNICA – Rewolucji już nie będzie

Tym razem nie będzie zmiłuj się, nie będzie tłumaczenia, dlaczego tak a nie inaczej. Piszemy dokładnie o tym, co lubimy i nie zamierzamy tracić czasu na rzeczy naszym zdaniem nudne. A Lutownica nudna nie jest, odwołuje się do czasów, kiedy owa „luta” była jedynym kanonem a rozkręcony wzmacniacz i krwawiące paluchy normą. Być może na razie nie jest najbardziej znanym tworem w Polsce, ale to się zmieni. Obok takich wymiataczy jak [peru] właśnie ten zespół ma szanse bronić prawdziwego, korzennego i zagranego z punkowym nerwem noise rocka. Świetnie brzmiącego, może nie do końca oryginalnego, ale do bólu szczerego i świeżego w swojej wizji muzyki totalnej. Dlatego chyba nikogo nie dziwi, że w poniższym wywiadzie, którego udzielił mi Krystian Pilarczyk, pada mnóstwo nazw, nierozerwalnie związanych z latami 90. Jeśli w tym momencie nie zrezygnowaliście z lektury – serdecznie zapraszam do świata hałasu. 

…żadnej rewolucji już w muzyce nie będzie. Być może i nawet była, ale przegapiliśmy ją w śmietnisku internetowych łączy…

Pytanie, które jest banalne do wyrzygania, ale chyba zasadne, bo ostatnio ciągle trafiam na zespoły z dziwnymi nazwami – skąd ta „lutownica”? Ktoś ma jakiś warsztat, gdzie używa tegoż urządzenia, czy może od słowa „luta”, często używanego w kontekście noise rocka? Słowo to zresztą często pada w moim (naszym?) ulubionym choć nieżyjącym magazynie OUTside

Jesteśmy już chyba ostatnim pokoleniem, które pogrywało gdzieś tam po garażach na czym się dało. Teraz jest wszystko na wyciągnięcie ręki. Bębny, gitki, wzmaki itd. Można wybierać, przebierać itd. Dla mnie, oprócz instrumentu, który często był zdobyty jakimś sposobem od znajomego, bądź znajomego znajomego, ważnym elementem prób była właśnie lutownica, zwana także lutarką. Nieustannie było coś do zlutowania, bo przecież oryginalny kabel to było coś nieosiągalnego, a zawsze można było takowy zrobić sobie samemu. Nazwa jednak powstała raczej od gromkiego zaśpiewu chłopców spotykających się w każdą środę w stodole w Bukownicy nieopodal Ostrzeszowa: „to co lutujemy!?” (śmiech). Tak już zostało. Zresztą, przy takich nazwach jak Helmet, Cows czy Tar, Lutownica nie brzmi jakoś dziwacznie…

Skoro padała nazwa OUTside – pamiętacie ten magazyn? Jest miłość, czy raczej nie (pytam, bo dla mnie to chyba jeden z najlepszych, starych tytułów jeśli chodzi o krajową prasę…).

Oczywiście, że pamiętam. Od tego się wszystko zaczęło. LUTA2-1Okno na świat. Teraz wszystko jest w necie. Wtedy to była petarda. Czytałeś o Amphetamine Reptile Records, Touch & Go Rec. czy Skin Graft, o tych wszystkich bandach, które znałeś tylko ze słyszenia, a tu nagle noisowe plotki z Ameryki. No i oczywiście dzięki OUTside’owi mieliśmy dostęp do tych wszystkich nagrań. A później pojawił się Dump i okazało się, że u nas też można.

I w tym samym – poniekąd – temacie: czy Lutownica ukaże się na… kasecie?

Myśleliśmy o tym, nie ukrywam. Ale mieliśmy też wiele innych pomysłów na nośniki (śmiech). Gorzej jednak z wykonaniem. Jest to jednak temat otwarty. Zobaczymy, co się będzie dziać z CD i czy znajdzie się ktoś chętny, by z nami w tym temacie podziałać. Generalnie ukłon w stronę starych czasów. Ostatnio spotkałem się z znajomymi i obczajaliśmy kto jakiego miał walkmana. Niezły czad!! Przegrał Dawid, nasz studyjny wokalista, kierowca, człowiek od wszystkiego, przyjaciel. Cienias, miał czerwonego Kajtka  na pięć pieprzonych paluszków.

Kilka słów o Waszej historii, bo tak po prawdzie nie słychać na razie mocnego rezonansu, zatem zakładam, że wszystko przed Wami…

Razem z Rafałem graliśmy w zespole Low Cut. I pewnej, wspomnianej już, środy w Bukownicy czekaliśmy na resztę składu L-C, kiedy pojawił się Zbyszek, kolega z podwórka. Grał na bębnach, Rafcio na gitce, a ja dla odmiany chwyciłem za bas. No i się zaczęło. Bez spiny, bez planów, ale z zapałem i przyjemnością z hałasowania. I tak już to jakiś czas trwa. Mam nadzieję, że wszystko przed nami. Ale czy to ma jakiekolwiek znaczenie? Dopóki mam z tego zajebistą przyjemność, będę to robił bez względu na wszystko. Nie wiążę z tym żadnych planów, bo tak jest najlepiej. Ot i cała historia.

Jesteście kolejnym zespołem, który bezpośrednio uderza do, jak ja to nazywam, złotej ery hałasu, czyli lat 90. Nie ukrywam, że nie raz pisałem, że w tej dekadzie powstały najistotniejsze dla gitarowej alternatywy rzeczy – co o tym sądzicie?

Niedawno gościłem u siebie na chacie chłopaków z Wild Books. Wypiliśmy winko i poszliśmy posłuchać muzy. Wpadłem w szał puszczania moich ulubionych dźwięków. Było tego jakieś 20 albumów. W pewnym momencie padło pytanie, ile z puszczonych nagrań powstało po 2000 roku, a ile przed 1990? Okazało się, że na te 20 nagrań tylko jedno pochodziło z płyty z 2001 roku (śmiech). Reszta to lata 90. Tak, zdecydowanie te lata to wspaniały boom gitarowej alternatywy. Na tym się wychowałem.

Macie jakichś niekwestionowanych faworytów z tych czasów?

Oj, można by wymieniać ….. Wiadomo, spora część Amphetaminy; Hammerhead, Cows, Janitor Joe, Guzzard, Boss Hog itd. Ale także Jon Spencer Blues Explosion, Oblivians, Lungfish, Karate, Unsane, Unwound, Abilene, Hoover, June of 44, Dazzling Killmen, Sharks Keep Moving, Early Day Miners, Braid, Delta 72, Don Caballero, Rein Sanction… Przekrój jest ogromny i mógłbym tak w nieskończoność… Strasznie dużo tego.

Z kolei niezłym żartem – albo puszczeniem „oczka” – jest okładka płyty, nawiązująca typografią do produkcji Dischordu – przypadek, czy świadome działanie?

Pomysłów na okładkę było kilka. Każdy bardziej odjechany. Postawiliśmy jednak na prostą koncepcję nawiązującą zdecydowanie do produkcji Dischordu. Nie było w tym przypadku.

Może to dziwne, ale czy nie czujecie się „starzy”, eksploatując takie rejony muzyczne? Bo często słyszę, że tego typu zespoły, po prostu nie potrafią wymyślić niczego nowego, patrzeć w przyszłość…

Wychowałem się na takiej muzyce. Grając jeszcze w Kill Your Television próbowaliśmy, czasami na siłę, przemycić jak najwięcej brzmienia tamtych lat. A teraz w Lutownicy tak po prostu wychodzi i już. Nie mam potrzeby patrzenia w przyszłość ani wymyślania niczego nowego. Dużo zespołów, które zresztą lubię, jak Kadavar czy Graveyard gra i brzmi jak Black Sabbath 40 lat temu (40!!). I co z tego? Ja to łykam. Nie czuję się stary, mi się podoba. A żadnej rewolucji już w muzyce nie będzie. Być może i nawet była, ale przegapiliśmy ją w śmietnisku internetowych łączy.

…jeśli jednak uważacie, że powyższe pytanie jest w pewnym sensie nagrodą za wytrwałość w budowaniu muzycznego wizerunku – odpowiedzcie, co dla Was w muzyce noise’owej i okolicach jest najistotniejsze, co spowodowało, że beznadziejnie się w niej zakochaliście?

Dla mnie osobiście najważniejsze zawsze było brzmienie. Jest tak do dzisiaj. Oczywiście, „kompozycja“ też ma znaczenie, ale w pierwszej kolejności zwracam uwagę jednak na to, jak basik pierdzi, jak gitka ryczy i bębny walą. No i ważny jest też brud. Musi być syf, żeby zabrzmiało.Okładka

LUTOWNICA Tribute to 4 and 10  I niech jeszcze ktoś powie, że muzyka gitarowa to przeżytek. W każdym zaułku powstają kolejne hordy, które z różnych stron gryzą ten tort, a wśród nich są i tacy, co z uwielbieniem spoglądają wstecz do dawno minionych dekad. Lutownica to właśnie przykład takiego zespołu. Na luzie, bez ciśnienia, dłubią sobie na boku swój hałas, inspirowany w ogólnym założeniu dysonansowym i energetycznym łojeniem z czasów, kiedy takie stajnie jak Dischord i Touch&Go trzęsły rynkiem, wyznaczając kierunki gitarowej alternatywy. Nie jest to oczywiście rzecz nowa, bo w dniu dzisiejszym Lutownica wpisuje się w coraz liczniejsze grono, które bez żenady przyznaje się do takich inspiracji. Na swojej debiutanckiej płycie bardzo umiejętnie splata wątki, które stanowiły o sile niezależnego grania lat 90. Jednocześnie pozostaje w swojej wypowiedzi bardzo zwięzła – zamiast rozwlekać poszczególne tematy, podchodzi do nich z punkowym konkretem. Ma być krótko i na temat, bo jeśli w pierwszej minucie muza nie chwyci, to nie pomoże pięć albo dziesięć kolejnych. Wszystko jest tu podporządkowane charakterystycznej manierze amerykańskiego podziemia, począwszy od brzmienia (Perła, jak zwykle, ukręcił konkret…), skończywszy na gitarowych zagrywkach i okładce, kojarzącej się z najlepszymi latami stajni Iana MacKaye. Usłyszymy zatem surowe, jadące „środkiem” lizardowe basy, często na prowadzenie wysuwa się sekcja rytmiczna, a wszystko zachowuje odpowiednią, gwałtowną motorykę. I tak w „Three” mamy wypisz wymaluj ekipę Yow’a, „Nine” przywodzi na myśl nostalgiczny styl Lungfish, ale znajdziemy tu też czysto polskie akcenty, bo w „Five” gitary mogą mocno przypomnieć komuś o Ewie Braun a nad całą płytą unosi się duch Dump. Czasami zespół zabawi się nieco w matematyczne łamańce, potrafi też wykrzesać mnóstwo energii, bo przy takich songach jak „Eleven” czy czysto noise’owym „Two” w miejscu ustać się nie da. Swoistym mistrzostwem jest dla niżej podpisanego „Six”, w którym zespół bardzo zmyślnie połączył zgrzytliwość wspomnianych mistrzów z szczyptą nowofalowej zimy. I w tym kierunku zespół powinien podążyć, uprzednio zabierając pałkerowi podwójną stopę, bo tych kilka malutkich „rowerków” było zupełnie niepotrzebnych. Ale to tylko taki drobniutki przytyk. Co będzie dalej? Sam nie wiem, bo na „jedynce” zespół tak wyraźnie zakreślił krąg swoich zainteresowań, że teraz powinien… no właśnie, chyba zmienić kierunek, albo rozszerzyć zakres poszukiwań. Będę czekał.

Z  drugiej strony – Lutownica prezentuje nazwijmy to, „punkowe” podejście do tematu – krótkie, zwarte strzały, bez rozwlekania. I to prowokuje do pytania o ideologiczną stronę Lutownicy – jest jakiś przekaz? Pytanie o tyle istotne, że mistrzowie z lat 90. nie raz, nie dwa dość bezpośrednio przyznawali, że ich teksty w zasadzie są… o niczym…

Dla mnie teksty zawsze były mniej istotne. Od zawsze traktuję wokal jako dodatkowy instrument. Powiem szczerze, że do końca nie wiem, o czym są nasze teksty (śmiech). Są po angielsku, bo to lepiej brzmi i już. Mamy jeden tekst o zagrożonym gatunku nosorożca. Okazuje się, że zostało na świecie dosłownie kilka sztuk, które prawdopodobnie nie mają szans na przeżycie. Muszą być mocno wkurwione, ale i tak ich dni już są policzone. Zachodnioafrykański gatunek już wymarł. O tym jest ten tekst. Generalnie nie czujemy się jednak kompetentni, by kogokolwiek czegokolwiek uczyć. Nie jesteśmy rewolucjonistami. Nie musimy kontestować rzeczywistości. Nie jesteśmy poetami, więc nasze teksty nie muszą być zbyt ambitne i z pewnością takie nigdy nie będą.

Skąd zatem ten tytuł  i dość pokrętna tracklista?

Zaczęliśmy robić utwory nie mając żadnych, konkretnych tekstów ani tytułów a trzeba było je jakoś nazwać. I tak zostało. Czasami na koncercie trudno się połapać w tych cyferkach. „Tribute to 4 and 10”, bo brakuje na płycie utworów numer 4 i numer 10.foto_025

W Polsce jest coraz więcej zespołów, które nie boją się patrzeć w stronę lat 90. Jest [peru], ostatnio odkryłem Artykuły Rolne, może i wy znacie jakieś formacje, które gdzieś tam działają i w takiej materii rzeźbią swoje wypociny?

[peru] bardzo dobre, ale numer jeden dla mnie, to niezmiennie Plum. Pamiętam jak z KYTv przyjechaliśmy na pierwszy wołowski Baraque, jeszcze w poprzednim wieku. Grali wtedy jeszcze Kristen i Złodzieje Rowerów. Kiedy na scenę weszli chłopcy z Plum to wszystkim gacie spadły! To był naprawdę strzał w ryja. Do dzisiaj trzymają poziom, skubani. Czekam również na najnowszy materiał wrocławsko-wołowskiego Lost Road. Była reaktywacja. Ponoć coś nagrywają. Nie mogę się doczekać. Turnip Farm – wiadomo, Lokis i spółka, więc nie pozostaje nic innego jak pełnymi garściami korzystać z sentymentalnych zasobów lat 90. Ed Wood – koncertowo zabija. Myślę, że będzie coraz więcej młodych zespołów czerpiących inspiracje z tamtych lat. Po prostu, coraz więcej jest tatusiów i mam wychowanych na Dichordach, Amphetaminach itp.

Jak wygląda życie koncertowe Lutownicy – gdzie już byliście, gdzie chcecie być i gdzie było najlepiej. Oczywiście, przy założeniu, że wiemy co to znaczy „najlepiej”…

Najlepiej jest po prostu pojechać na koncert. Wyrywasz się z chaty, żeby sobie pograć. To jest super (śmiech). A że jesteśmy zarobionymi po pachy młodymi ludźmi, korzystamy z tego, kiedy tylko można. Mam nadzieję, że na wiosnę przyszłego roku nadrobimy koncertowe zaległości. Z chęcią pojedziemy tam, gdzie ktoś będzie nas chciał.

Nagrywaliście u Przemka Wejmana. Jak było? Kilka refleksji ze studia. Rzeczy dobre, rzeczy złe, czyli subiektywne spojrzenie na proces nagrywania…

To już moje piąte spotkanie z Przemkiem. Wcześniej było Blue Raincoat, Let The Boy Decide, Low Cut. Bardzo lubię u niego i z nim pracować. Znamy się, wymieniamy muzyką, doceniamy te same rzeczy. Lutownicę postanowiliśmy nagrywać na tak zwaną „setę“. W miarę się udało, ale Perła nie lubi Hammerheada i obawiam się, że trochę to słychać. Zdecydowanie bardziej ceni The Jesus Lizard. Na szczęście, ja też uwielbiam Yowa i spółkę i jakoś się dogadaliśmy, he, he. Proces nagrywania przebiegał dosyć sprawnie. Wszystko zarejestrowaliśmy tak, jak miało być. Zrealizowane i zmiksowane trafiło do Michała Kupicza, który umiejętnie wg. naszych wskazówek „popsuł“ brzmienie płyty. Jestem zadowolony. Cholera, lubię to robić!

Pisuję ostatnio na Violence takie recenzje płyt ważnych, ale zapomnianych, najlepiej sprzed piętnastu albo więcej lat. Macie takie krążki, które do dzisiaj hołubicie i budujecie ołtarzyki? Oczywiście, DSCN4372pomijam tu żelazne klasyki w stylu „Repeater” czy „Goat”…

Sweet Pea – Chicks hate wes, Medications – s/t, Cherubs – Heroin Man, Don Caballero – II, Guzzard – Get a Witness, Abilene – Two Guns Twin Arrows, Faraquet – The View From This Tower, Zeni Geva – Freedom Bondage itd.itd. Jest tego sporo.

Mamy koniec roku, zatem kilka refleksji na temat mijających dwunastu miesięcy – co się udało a co nie i co macie w planach na najbliższy rok?

Przede wszystkim, cieszę się, że udało nam się płytę skończyć. Z naszym słomianym zapałem było to naprawdę trudne. Robimy już nowe songi, myślimy o ep-ce na winylu no i może ta kaseta. Teraz chwila przerwy, bo Zbyszek czeka, aby dołączyć do naszego klubu szczęśliwych ojców. Na wiosnę obczajamy miejsca, gdzie będą nas chcieli i gdzie będziemy mogli się wyrwać z chaty na te parę godzin, żeby coś pohałasować.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu