LICHO – Szukam emocji, a one nie są skomplikowane

Zważywszy na to, że czytania i tak jest sporo, daruję Wam przydługawe wstępy. Powiem krótko: rzecz nie jest licha, choć o Lichu głównie ta rozprawa była, z racji wydania pierwszego w dorobku długograja. Na spytki wzięłam Szturpaka – sprawcę i głównego kaznodzieję odprawiającego Pogrzeb w karczmie.

Zacznijmy przekornie od sprawy drugorzędnej, jednak niemniej ważnej – nazwa. Licho, to postać z ludowych wierzeń słowiańskich, która przetrwała po dziś dzień w popularnych porzekadłach. Stwór, który nękał ludzi, przynosząc biedę, nieszczęścia i choroby. Przyznam szczerze, że nazwa wydaje mi się adekwatna, do tego co starasz się przekazać swoimi dźwiękami. Bo rzeczywiście nękają one słuchacza, zapadają w pamięć i chwilami trudno się od nich uwolnić. Z jednej strony można nań psioczyć, z drugiej intrygują. Czy wybór tejże nazwy może sugerować, że projekt powstał z pewnego kompletnego zamysłu? Czy od początku wiedziałeś, co u Licha będzie słychać?

Nigdy zbyt intensywnie nie dumam nad etykietkami, w związku z czym nazwa pojawiła się dość frywolnie, tymczasowo – i jak w wielu u mnie przypadkach, przyschła z biegiem czasu. To co na pewno nie jest w niej przypadkowe, to polski charakter. Nasz język ojczysty jest niesamowicie plastyczny i jeżeli jakikolwiek ma ulegać mojej wyobraźni, to właśnie ten, z którego obróbką i obecnością czuję się najluźniej. Licho niesie bardziej niepokój prowokujący tę wyobraźnię niż autentyczne zgryzoty. Aspekt wymysłów wpływających na rzeczywistość, a nawet często ją dominujących jest tutaj cechą najbardziej pociągającą. Niegdyś człowiek może i metafizycznie bardziej odczuwał, w czasach ludowości pochowanej po kątach starej Europy – a przynajmniej tak chciałbym myśleć – to może i ludowy kontekst szyldu akuratny dla ignoranta poszukującego zagubionej duchowości.

Zostając przy kwestiach pozamuzycznych a nazewniczych. Wybrałeś sobie dość prowokacyjny pseudonim artystyczny. Mądre książki mówią, że Szturpak („słowo-widmo” według Szubera) znaczy tyle, co „nierozgarnięte popychle”, a w gwarze lwowskiej tłumaczone jest jako „niedorozwinięty”. Zdajesz sobie za pewne sprawę, że w zestawieniu z niekonwencjonalnymi dźwiękami i wokalizami jakie prezentujesz w swojej twórczości, zarówno nazwa projektu jak i pseudonim mogą być pożywką dla „pseudoznawców” i „hejterów wszechrzeczy”? Czy jest to bardziej pstryczek w nos dla wspomnianych, czy raczej przejaw dystansu do siebie i swojej twórczości? A może powód takiego doboru leży zupełnie gdzie indziej?

Tutaj górę wzięła klasyczna przekora wobec siebie, wymieszana z magią inkarnacji. Z jednej strony to dalsza perspektywa, która w pewnym sensie panuje nad muzycznym szkieletem, z drugiej zaś właściwość ze świata wschodnich jurodiwych, krzesząca dla niej iskry. W szaleństwie i umysłowym odrętwieniu łatwiej o szansę dotknięcia tajemnic, oślepiających półprawd o samym sobie. Łatwiej dokopać się do źródła, w którym jest nas więcej. Jako berserkerowie wcielali się w niedźwiedzia, tak ja w niedorozwiniętego. Jako Szturpak mogę więcej, autentyczniej i gęściej. Pana Szubera kilkukrotnie polecano mi odwiedzić – osamotniałego od uprawiania wątpienia, ale nigdy nie znalazłem dość motywacji by stanąć przed człowiekiem na wózku i za-nie-mówić.lho_viol_1

W swojej twórczości zdajesz się celowo upraszczać pewne kwestie w celu wyolbrzymienia i przerysowania innych, niejako wskazując odbiorcy co jest najważniejsze. Na ostatnim albumie mamy przykładowo dość proste rytmy i nieprzekombinowaną muzykę, przerysowane są natomiast wokale, które wahają się od nawiedzonych skrzeków, po momentami histeryczną, momentami infantylną wręcz melorecytację. Są też one powodem wielu kontrowersji. W moim odczuciu jednak właśnie one stanowią o odbiorze płyty, są przemyślane i świetnie dopasowane do treści. Czy dobrze myślę twierdząc, że zabieg ten jest konceptualny?

Celnie zauważona skłonność do prostoty. Podobają mi się jasne przekazy tworzące wiele możliwości ich odnajdywania, dlatego też nawet nie silę się na kombinowanie i większe opanowanie instrumentów. To doskonały krąg, który domyka się poza moją ingerencją. Szukam emocji, a one nie są skomplikowane. Już wielokrotnie słyszałem, że wokale są mocno przerysowane. To jeden z elementów dodających brakującej gdzieniegdzie wariantywności. Jeżeli stanowi o całościowym odbiorze, tym lepiej.

Zerkając w „czeluście internetów” w poszukiwaniu wieści o Lichu, trzeba stwierdzić, że zbyt wiele nie znajdziemy. Mam wrażenie, że zamiast szukać słuchaczy, to oni szukają ciebie. Czy nie kusi cię dzisiejszy sieciowy ekshibicjonizm? Nie myślałeś, aby promować swoją twórczość w sieci i szukać tam większego grona odbiorców? Odpowiedź wydaje się oczywista, ale chciałabym, abyś ty o tym powiedział. Może przy okazji ustosunkujesz się do zespołów, które właśnie dzięki internetowej promocji wyszły „z obory na salony”, o ile w ogóle takowe przypadki są ci znane. Śledzisz współczesną scenę ?

Jeszcze do niedawna przeróżnej maści muzykanci w ogóle nie mieli choćby 1/10 możliwości promocyjnych, które dostarcza dziś Internet. Mimo wszystko jakoś odnajdywali się wzajem z odbiorcami. Inna sprawa, że być może i nie – a ja przez to słyszałem jedynie 5% muzyki najbardziej mi odpowiadającej. Skoro jednak o tym nie wiem i nie staram się domniemywać – nie przeszkadza mi to. Część osób natrafi na LHO, większość nie, ale w ostatecznym rozrachunku i tak znajdzie sposób by wskoczyć do wirującego wagonika z napisem źródło. Plus dla nich, gdyż ja nie gwarantuję dojechania do celu. Internet jest brudny niczym brudny jest śnieg w Krakowie, prawda, a rodzaj muzyki, której szukam i gram po prostu do tego nie pasuje. Nie jest też tak, że specjalnie stronię od dobrodziejstw, które przecież dostarcza stałe łącze, o nie. Stąd choćby ten wywiad, raz na ruski rok, dlaczego nie? Nie wiem czy śledzę współczesną scenę, chyba nie. Z niekłamaną skądinąd ekscytacją doświadczam każdego, muzycznego odkrycia, które pakuje mnie w tobołek i zabiera gdzieś daleko na obrzeża swoich możliwości. Pokazuje co ma, ukosem patrząc jak mnie to dziwi, zajmuje, osłupia i kusi.

Licho prezentuje muzykę, którą ciężko jest sklasyfikować, na potrzeby takowe, wynalazłeś/wynaleźliście (właśnie, kto?) łatkę dość groteskową, aczkolwiek spójną z tym, co na płycie – „twardowski black metal”. Ile w Lichu black metalu, ile konszachtów z czartem, a ile karczemnej libacji?

Frazę tę szczęśliwie przywlókł Dominik, autora nie znam, ale doskonale zilustrował tym sedno sprawy. W każdym razie ma za to obiecaną płytę. Kiedy mogę stronię od zażywania alkoholu w nadmiernych ilościach, zawsze szkoda mi czasu na dojście do siebie. Być może Bachus by mnie za to zelżył, ale inspiracje zdaje się pochodzą z zupełnie innych strumieni. Niekoniecznie z innego źródła.

Niektórzy usilnie szukając muzycznych odniesień dla Licha wskazują Peste Norie, Urfaust, Joyless czy Forgotten Woods. Czy rzeczywiście wspomniane zespoły są dla ciebie jakąś inspiracją? Jak to zaznaczyłam przy okazji recenzowania „Pogrzebu…”, można by się skłonić do takowych porównań, zakładając że punktów wspólnych upatrujemy w sposobie ekspresji i swobody twórczej. A w tej kwestii od siebie dodałabym jeszcze groteskowo-operetkowo-teatralne Pensees Nocturnes, które wzbudza wśród odbiorców podobnie skrajne opinie. Licho zdaje mi się być bardzo polskie, nawet swojskie, balansując gdzieś na granicy abstrakcji i kiczu, poruszając obszary, które dla części są nie do tknięcia, gdyż pozostawiają głęboką rysę na wizerunku „prawdziwka”. W jaki sposób ty sam opisałbyś to, co tworzysz?

Teatru i wsobności jest tu mnóstwo. Jak sądzę ma to dość znaczący wpływ na specyficzny rodzaj autentyzmu, który proponuję w swoim przedstawieniu. Projekcje są silniejsze od stanów, a każdy chce odnaleźć w sobie cząstkę boskiej mocy twórczej. Dlatego też wstęp jest wolny, a miejsca pod dostatkiem. Można rozsiąść się wygodnie, zapomnieć o sobie i sprawczo wyobrażać siebie do woli. Serwuję jedynie specyfik wyostrzający odnajdywanie w sobie tych boskich zdolności. Tylko się nie zadławcie. Myślę, że Licho wyrosło na gruncie tego, co doskonale zaprezentował Witkacy. Też jest zużyta forma i szaleńczy zryw w poszukiwaniu nowej, unikalnej jakości dającej choćby cień możliwości dotknięcia tajemnicy istnienia. Trzon węgierskiej operetki absurdu jest tutaj raczej przypadkowy, nie zamierzam go pielęgnować i bardziej zużywać. Swoją drogą chciałbym z taką gracją dominować rzeczywistość swoją nieprzystawalnością, z jaką robi to choćby Baleastadar z Sonaty Belzebuba, nieświadomie i niezrozumiale ją afiszując – ale jeszcze nie umiem. Baleastadar to bowiem ten, który odrąbuje czarcie ogony, gdyż nie toleruje demonicznych efektów III-ciej klasy. Nie potrafię tu ocenić czy moment, w którym łapię dźwięki jest jeszcze przed ich odrąbaniem, czy może już po – kiedy przestrzeń staje się czysta, niezagracona. Istnieją inspiracje naddane i być może wspomniane przez ciebie zespoły brały w tym swój udział, ale przy głębokim wobec nich uznaniu nic mi jednak o tym nie wiadomo. Szufladkowanie i szukanie nawiązań to wciąż taki półśrodek, jedna z wielu trosk o dobro wspólne. Zamiast tego można dołożyć wysiłku i zawędrować gdzieś dalej, gdzie wspólnoty gubią więzy.llho_viol_2

Opinie… Przytaczając mój ulubiony cytat, wiadomo, gust jest jak dupa, każdy ma swoją. Osobiście słyszałam najróżniejsze wrażenia odnośnie tworu jakim jest Licho. Od tego, że jest to mentalne ubóstwo, którego bez litrów wódki nie da się przełknąć, po opinie bardzo pochlebne, pochwalne wręcz. Czy w ogóle interesuje cię odbiór twojej twórczości? Malignant Voices zapowiada płytę jako „46 minut muzyki dla nikogo”. Ja rozumiem potrzebę twórczą, ale z kolei po co wydawać, jeśli nie oczekuje się odbiorców? Jak to jest u Licha?

Zawsze jestem przekonany, że znajdzie się choć garstka osób, które odbiorą to, co robię z jakimś własnym pożytkiem. Dlatego też uproszczając sobie sprawę, pozostaję zazwyczaj na tej nobilitującej iluzji. Z drugiej strony dobrze mieć jakiś realny obraz odbioru, i od czasu do czasu różne osoby przemycają takowy. Pozytywne opinie lubię czytać/słuchać. Negatywnych nie. Wiem, że Sowie materiał bardzo przypadł do gustu i we frazie z muzyką dla nikogo nie chodzi raczej o brak wiary w znalezienie chętnych odbiorców, ale o niezafrasowaną postawę, bez której całe przedsięwzięcie straciłoby na uroku. To ni mniej ni więcej zaproszenie to miejsca, w którym panuje foremna atmosfera; rozdajemy noże, niech każdy kroi ją wedle upodobania.

Skoro już przebąknęliśmy słówko o wytwórni. O ile nie dziwi fakt wydania taśmy przez Devoted Art Propaganda, jako, że współpracowaliście przy okazji splitu z Duszę Wypuścił, tak obecność Licha w Malignant Voices nie jest już tak oczywista. Jak do tego doszło?

Z Sową poznałem się na pewnym zamkniętym forum do poklepywania się po plecach. Spodobał mu się split i zaproponował wydanie pełnego albumu. Pracowałem niespiesznie i bach, jest. Czytając kiedyś pewną książkę o C.Columbie, natrafiłem na ciekawe słowo – serendipity; kryje się za nim mniej więcej tyle, co dar dokonywania przypadkowych odkryć. Przenoszę tę właściwość także na inne grunty i modyfikuję do zdolności przypadkowego pokonywania życia z górki. Liczę wobec tego, że tak po prostu przyjdzie kiedyś do mnie list z zawiadomieniem, że otrzymuję nowe Volvo, albo czołg zaparkowany nieopodal w lesie. Albo gruby kontrakt na kolejną płytę.

Przywiązujesz dużą wagę do oprawy graficznej i wydania. Zarówno split jak i „Pogrzeb…” wydane zostały w wersji „excluziv”. I limity, wszędzie ścisłe limity. Rozumiem, że przy takich wydaniach ciężko byłoby sprezentować je na skalę masową. Wieść gminna niesie, że do CD też szykujecie coś specjalnego? Dlaczego aspekt wizualny jest tak ważny? Czy jest to próba schlebienia kolekcjonerom? A może sentyment do takiej właśnie formy?

slipcase_dapLimity limity, nie są ważne. A to jest więcej niż 100 osób słuchających LHO? Nadmienię jedynie, że demo, którego było sześćdziesiąt sześć sztuk, wciąż leży u wydawcy. Nie widzę innego wyjścia jak prezentować wyjątkową muzykę, jaką jest dla mnie własna, w nietuzinkowej formie. To cieszy. Jak sądzę jest też we mnie żyłka zbieracza, a już na pewno nie ma tutaj dróg na skróty. Tam gdzie mogę dołożyć sobie dodatkowych obowiązków i pracy, nie pozostaję obojętny. Dlatego staram się nie powielać przyzwyczajeń i upycham gdzieniegdzie nietypowe wtręty. Szczęście, że są tacy wydawcy, którzy podzielają i mają też własne zachcianki, nie bardzo – jak mniemam – patrząc na intratność takowych. DAP ze swoją manufakturą ożywia zasłużoną taśmę i sprawia tym samym, że można jeszcze tym nośnikiem iść w konkury z kompaktem. MV wydaje płytę bez względu na popyt. Czy Polska to rzeczywiście taki zły kraj? Prawda, do części CD szykujemy dodatek.

Jesteś również twórcą Trauma Absurdicum, w którym parasz się minimalistycznym dark ambientem (stosuję oczywiście uproszczenie, aby nie rozpisywać się na pół strony, co też moim zdaniem prezentuje TA). To twój projekt pierworodny. Czego brakowało ci w TA, że zdecydowałeś się powołać do życia Licho? I dlaczego zdecydowałeś się na akt kreacji nowego, odrębnego projektu? Przecież TA dowodziłeś sam i mogłeś wprowadzać doń dowolne wariacje? Czy możemy spodziewać się kolejnego wydawnictwa od TA, czy twór ten umarł śmiercią naturalną, a Licho to jego inkarnacja?

Parałem. Zamknąłem ten rozdział, własnym sumptem wydając kompilację złożoną z niepublikowanych utworów – Antykwariusze Porzekadła. Mniej więcej w tym czasie nauczyłem się sumować dźwięki w ten sposób, aby tworzyły pewną całość, nie tylko w obrębie jednego kilkuminutowego utworu, ale też w większej przestrzeni. Była to wystarczająca podstawa do zbudowania nowej jakości pod inną nazwą. Przychodziło to małymi kroczkami, bo PWK jest już moją szóstą bądź siódmą kasetą. Nastał i czas na album tworzący jako taką jedność, z pewnymi uchybieniami, ale jednak. W Lichu tak samo jak przy TA, dysponuję podobną wolnością twórczą, a może nawet i większą. Zawsze byłem przekonania, że w tym całym eskapizmie ogniskującym w przeróżne zajęcia, które sprawiają, że patrząc na swoje dłonie wciąż potrafię się dziwić, nie ma miejsca dla innych. PWK przyniósł niewielką w tym pojmowaniu wsobności zmianę, gdyż zaangażowałem weń dwie inne osoby. Z bardzo dobrym rezultatem.

Na pierwszy rzut oka Licho i TA to projekty dość różne, choć po bliższym zbadaniu można znaleźć sporo punktów stycznych. Zarówno w jednym i drugim wydaje się że stawiasz sobie za cel odnajdywanie uroku w powszechnej brzydocie i prostocie, ubierając to w formę turpistycznych wizji, w których obskurność jest zaletą. Dlaczego wybrałeś właśnie taką estetykę, stawiając na minimalizm w dobie wszechobecnego przepychu?

Nie wydaje mi się, aby LHO było nośnikiem jakiejkolwiek brzydoty. Nawet jeżeli takowa występuje to tylko figuratywnie, jako płonący pomost, przez który należy szybko przebiec nim się rozsypie. W żadnym wypadku nie jest celem dla siebie i nie pozostawałbym przy niej na dłużej. Podobieństwo, które dostrzegasz, wynika z tego iż zawsze nagrywam podczas pobytu w miejscach z luksusowym wnętrzem ciszy i ubóstwa pierwszej klasy. Nie często mogę sobie na to pozwolić. Świat oszalał na punkcie doprowadzania zjawisk w zaułki skrajności. Przepychlho_viol_0 jest jednym z nich, a ja zawsze szukam kontrapunktu.

Może zbyt daleko zapuszczam się w swobodę interpretacji i skojarzeń, jednak ciężko mi odeprzeć wrażenie, że gdzieś tam w dali można dopatrzeć (dosłyszeć) się echa poezji śpiewanej. „Czepiam” się tu zarówno Licha, jak i TA (konkretnie na przykład takiego „Empty Window” z Soliloquium, które jest wręcz recytacją monologu z muzyką w tle). Czy w ogóle kiedykolwiek miałeś styczność z tym gatunkiem?

Miałem, ale zazwyczaj z odrzutem. Akuratna będzie tu anegdotka pewnego profesora; rzecz dotyczyła chyba Różewicza. Na spotkaniu po dość długim już odczycie, oddalając się przekazał głos prowadzącej, a-ta-na-to, że chętnie dokończy za niego te kilka już przecież wierszy. Poderwał się na równe nogi i grzecznie oznajmił, że właściwie nie jest jeszcze aż tak zmęczony, aby tego nie zrobić samemu. Moje rozumienie estetyki jest najwyraźniej z taką postawą skorelowane. Bardzo lubię na przykład muzykę klasyczną, ale gdzieś z tyłu głowy zawsze odczuwam podpuchę. W zupełności niedościgniona jest idea wyrobnictwa autorskiego, gdzie do ostatniego momentu dzieło jest pod kontrolą twórcy. Dlatego z takim Kaczmarskim w ogóle nie mam problemu.

Jak już mowa o poezji, to wypadałoby podpytać o teksty. Podobno są autorstwa niejakiego Dominika, podobno zajmuje się on tworzeniem poezji i prozy na co dzień. Teksty świetnie pasują zarówno do określenia „twardowski black metal” jak i do muzycznej koncepcji. Jak nawiązała się twoja współpraca z ich autorem? Czy czerpałeś z dostępnego już dorobku, czy powstawały one na potrzeby nowego albumu? W sensie, kto kogo inspirował?

Dominika poznałem na studiach, wprawdzie wpadliśmy na siebie na ostatnim roku, ale więź pozostała. Zaproponował mi zrobienie czegoś wspólnymi siłami. Cały ten pogrzeb to trzeba wywrócić do góry nogami. Alchemiczna flaszka – a w domyśle chłop doń przyssany zda się na początek. Taki był koncept. Teksty powstawały z myślą o albumie, było ich znacznie więcej, wybrałem najbardziej odpowiednie i przypisałem do utworów już po nagraniach. Muzykę robiłem niezależnie i jak się okazało, puzzle same dobrały się w pary. Myślę, że nie było tu jakichś specjalnych inspiracji na płaszczyźnie muzyka-tekst, lub na odwrót. Wystarczająco stymulujące były długie wymiany listów, w których wspólnie tworzyliśmy sobie ten pogrzeb, poniekąd w nim uczestnicząc. To co z niego wynieśliśmy, upchaliśmy po kieszeniach, a następnie rozpierzchliśmy się na rozstaju. Wróciwszy do siebie, rozsypaliśmy to całe bogactwo po zakamarkach i zaczęliśmy robić swoje.

A jeśli już o relacjach-inspiracjach mowa, to muszę zahaczyć o W~T~Z. W niedawno przeprowadzanym wywiadzie z Sarsem, przyznał się on, że po waszym splicie, pojawiła się u niego wizja takiego materiału, jaki słyszymy na „Kiedy deszcz zaczął padać na zawsze?” Nie da się zaprzeczyć, że podobieństwo do nowego albumu Licha jest zauważalne i chwilami mam wrażenie, że obydwie taśmy powstawały przy jednej flaszce wódki. Jakim sposobem porozumieliście się w sprawie splitu? Co sądzisz o Sarsowej twórczości? Czy nie myśleliście nigdy o wspólnym grajkowaniu?

Dotąd nie mogę wyjść z podziwu jakim to sposobem udało nam się uwarzyć materiały w tym samym kotle. Nic na to przez ten cały czas od zakończenia prac nad naprawą duszy ludzkości w każdym razie nie wskazywało. Koincydencja potwierdzająca zasadność splitu. Moja część powstała wcześniej, w oczekiwaniu na stronę Sarsa montowałem mnóstwo grafik, którymi sukcesywnie go obrzucałem. W rewanżu dostawałem aprobatę i w zasadzie całkowitą wolność w zrobieniu okładki. Jego muzyka to dla mnie przede wszystkim dobra zabawa z metafizycznym zacięciem. Pstrokata, autentyczna i bardzo organiczna, czasami szamańska. Wielokrotnie mogę zapętlać te same utwory ciesząc się ich gęstością i unikalną atmosferą, dającą poczucie wyraźniejszych wspomnień. Niekonwencjonalne wykorzystanie instrumentów oraz niezbalansowana proporcja mieszająca rzeczywistość z projekcjami, to coś czego szukam w muzyce. A Sars przywozi to swoim Jelczem. Pojawiły się już plany wspólnego muzykowania, ale nie uprzedzając wypadków, dajmy najpierw przemówić muzyce.

Chyba już wystarczająco wymęczyłam cię lawiną pytań. Na koniec może zdradzisz nam plany Szturpaka na bliższą lub dalszą przyszłość? O ile takowe są. A może chciałbyś coś jeszcze dodać?

Być może uda mi się kiedyś wtargnąć do sali, w której przesiadują bogowie i knują przeciwko swoim synom. Wierzę, że powrót z zasłyszanym bagażem – jeżeli w ogóle możliwy – dałby szansę stworzenia muzyki mówiącej utraconym głosem. Dobra wiadomość jest taka, że znalazłem już odpowiednie brzmienie na tę okazję.

Dziękuję za poświęcony czas.

Ja również!

Rozmawiała Justyna Bochenek

Zdjęcia/grafiki: archiwum