LIBERTEER – tkwimy w pułapce systemu…

Matthew Widener to jeden z tych muzyków, którzy swoje życie traktują jak misję. Muzyk w latach 90 – tych współtworzył Exhumed, założył inspirowany Carcass County Medical Examiners, cały czas gra też w grind’owym zespole Cretin. Jego najnowsze dziecko, pierwotnie nazwane Citizen, to efekt lat przemyśleń, zarówno na temat samej muzyki i jej roli w życiu człowieka jak i – a może przede wszystkim – na temat kondycji naszego społeczeństwa, bezwzględności kapitalizmu, coraz bardziej upadlającego żyjących w nim ludzi. Być może płyta  nie stanie się zarzewiem rewolucji – jak pewnie chciałby Matt – jednak przynosi kilka ciekawych idei, mocno śmierdzących anarchizmem w oprawie dźwięków, które fana tradycyjnego grind core’a mogą nieźle zaskoczyć. Jest to jak na razie jedna z lepszych i bardziej przemyślanych płyt ostatnich miesięcy. Płyta stworzona PO COŚ, mająca sporo do przekazania i tchnąca rebelianckim duchem odnowy niczym najlepsze, punkowe dzieła sprzed dwóch dekad. Utopia? Być może, choć z wypowiedzi Matta wnioskuję, że jest on pewien tego oddolnego fermentu, który może rozwalić system…

„Wolność musi być wyborem tych, którzy jej pragną a nie tych, którzy myślą, że mają prawo ją rozdzielać.”  Matthew Widener

 

Burn The Sysytem Down – naprawdę tak uważasz, jesteś pewien?

Matt: No, nie jestem do końca pewien, ale myślę, że jest to warte ryzyka. Czy nie byłoby miło żyć w świecie, gdzie ludzie mieliby takie same warunki do egzystencji?! To nie fair, że tak nieliczni osiągają swoje bogactwo, często na plecach tych licznych, którzy są po prostu biedni. Większość nie ma więc nic do stracenia, a wręcz przeciwnie. A ta bogatsza reszta? Cóż, nie mam żadnej litości dla tych, którzy gromadzą środki, kiedy tak wielu ludzi głoduje.

Debiutancki album Liberteer to jeden z najlepszych albumów grind/punkowych, jakie słyszałem w ostatnich miesiącach – jestem bardzo zaskoczony, że w tej muzyce udało się znaleźć coś nowego!

Też jestem  z tej płyty zadowolony i niczego bym nie zmienił. Są oczywiście jakieś detale, które mi nie pasują, ale myślę, że płyta to dzieło, jakie się w pewnym momencie kończy i oddaje ludziom. Wtedy nie mam prawa, by coś zmieniać, tylko przechodzę do następnej rzeczy. Ten album to było coś, co od dawna kołatało się w mojej głowie i każda chwila spędzona na jego przygotowywaniu była prawdziwą przyjemnością. Spędziłem sporo czasu, lat nawet, by powoli ją przygotować. Pracowałem nad tymi utworami, kiedy tylko odczułem taką potrzebę a trzeba przyznać, że byłem zmotywowany. To, co słyszysz na płycie to ja na przestrzeni ostatnich czterech lat – moje życie, myśli, wysiłek fizyczny, to już nie tylko idee w mojej głowie…

Dlaczego zdecydowałeś się na taki, jak sam mówisz, wysiłek, jaki był główny powód i motywacja?

Mówiąc szerzej – tworzę muzykę z takiego samego powodu, dla którego ludzie tworzą sztukę każdego rodzaju – czuję wewnętrzną potrzebę… To pęd do tworzenia, chęć pozostania nieśmiertelnym, wyjścia poza swoją linię życia, choć to może brzmieć nieco zarozumiale. Ja tak właśnie czuję. Robię muzykę, zakładam zespoły itp. Ok., konkretnie, dlaczego ten zespół? Myślę, że każdy mój zespół pokazuje jakąś stronę mojej natury. Liberteer to moja polityczna strona, ale także wyraz moich przekonań dotyczących humanitaryzmu, współczucia, ponieważ moja polityka jest wyrazem mojego współczucia. Nie chodzi mi tu o wielkie, ciężkie w treści czy polityczne manifesty, jak w przypadku niektórych, metalowych i punkowych zespołów. Ja po prostu chciałem wnieść do tej sceny od siebie.

Liberteer to „one man project”. Dlaczego zdecydowałeś się pracować sam? To łatwiejsze?

Tak, dla mnie łatwiej jest działać w pojedynkę. Przede wszystkim jednak nagrałem płytę sam, bo polityczne przesłanie, jakie niesie, jest dla mnie bardzo ważne, osobiste i nie chciałbym w zespole nikogo innego, kto nie miałby takich samych przekonań. Jeśli wziąć pod uwagę fakt, że poglądy anarchistyczne są w rzadkie w społeczeństwie, trudno byłoby mi szukać właściwych ludzi a nie chciałem opóźniać prac nad płytą, zależało mi, żeby stała się jak najszybciej faktem. To nie mógł być zespół jako zbieranina współpracujących muzyków, bo byłoby to nieszczere. Miałem zdecydowaną wizję tej płyty i wiedziałem jak ma wyglądać i brzmieć muzyka. Byłem autorem całej wizji.

Jesteś zatem multiinstrumentalistą – grasz na płycie na wszystkich instrumentach?

Gram na różnych instrumentach, na gitarze, basie, na bębnach, ale raczej w średnich tempach, kontrabasie, wiolonczeli, altówce, banjo, mandolinie, flecie i klarnecie. Na płycie są rzeczy nagrane na żywo zmieszane z różnymi samplami. Od dwudziestu lat gram na basie i myślę, że mam dobry timing. Myślę, że każdy powinien zaczynać od basu, ćwiczyć z metronomem, uczyć się teorii rytmiki, pracować z bębniarzem, ćwiczyć puls, tego typu sprawy.

Opowiedz, jak powstawał ten materiał – co było na początku – riffy, rytmy czy może teksty? A może po prostu pomysł?

Na początku był dźwięk w mojej głowie.  W zasadzie, to co słychać na płycie nosiłem w głowie jakieś dziesięć lat. To były strzępy melodii, jakieś stare, tradycyjne motywy, grind, d – beat, jakieś poszczególne riffy, które stały się zalążkami kompozycji. Potem przyszedł czas na komponowanie tego wszystkiego, na stworzenie w zasadzie jednego, długiego utworu, z tematami tkanymi jak w operze. Wtedy w zasadzie dopiero usiadłem i skomponowałem w całości intro, z niego wyłonił się riff do następnego utworu. Potem  w następnych kawałkach próbowałem np. zastosować riff kluczowy skomponowany na początku i odwrotnie, wracałem do pierwszych kompozycji i wypróbowywałem w nich riffy, które przyszły mi do głowy później. W efekcie pewien motyw muzyczny przewija się przez całą płytę, scalając ten koncept od strony muzycznej. Nie bałem się zatem zmieniać i na nowo komponować całych sekwencji, tak długo, aż wszystko idealnie do siebie pasowało. To zajęło mi chyba najwięcej czasu. Teksty powstały na samym końcu, kiedy już spora część albumu była nagrana. Początkowo miałem pomysł by stworzyć całą historię, do której skomponuję odpowiednie melodie i riffy, jednak zrezygnowałem z takiego operowego konceptu, bo na tamten moment okazał się on zbyt trudny do zrealizowania. Myślę, że powrócę do tego pomysłu na następnej płycie.

Dużą niespodzianką tej płyty są te wszystkie operowe, niemal klasyczne motywy pojawiające się w utworach. Są po prostu niesamowite i świetnie wzbogacają brutalną ścianę dźwięku – jak wpadłeś na taki  pomysł?!

tkwimy w pułapce systemu
tkwimy w pułapce systemu

Częściowo już ci na to pytanie odpowiedziałem; wiedziałem, że chcę mieć w zasadzie płytę będącą całością, jednym, wielkim, spójnym utworem. Z drugiej strony, zdawałem sobie sprawę, że byłoby to dla słuchacza męczące. Potrzebowałem zatem fragmentów, które przez swoją przystępność będą odpoczynkiem dla uszu. Chciałem te grind’owe fragmenty czymś poprzeplatać, dlatego zacząłem kombinować, by np. co dwie minuty czy coś w tym stylu wstawiać nie – metalowe instrumentarium, coś w rodzaju interludiów. Z drugiej strony – chciałem nagrać album, który będzie intrygujący, oryginalny i w swoim rodzaju wyjątkowy. Byłem i jestem zafascynowany grind corem i to jest dla mnie muzyka optymalna do wyrażenia emocji i gniewu, zastanawiałem się jednak, dlaczego nie poszerzyć tego spektrum? Przecież lubię np. tematy filmowe z lat 80  – tych i uznałem, że fajnie będzie wmontować niektóre z nich do mojej muzyki. Te fragmenty mają bawić i powodować, że muzyka staje się bardziej epicka. Jednocześnie nie są to jakieś przerywniki tylko integralna część stworzonej przeze mnie muzyki. Postawiłem  sobie te wszystkie pytania podczas tworzenia płyty. Podobnie z tymi np. marszowymi fragmentami – naprawdę chciałem mieć na płycie fragmenty, które brzmią uroczyście, są radosne. Oczywiście, nie ukrywam, że troszkę się także bałem, czy te pomysły nie będą odstawać od całości. Miałem taką chwilę, że chciałem je częściowo usunąć, jednak Matt Harvey z Exhumed i Marissa Martinez z Cretin przekonali mnie, żebym tego jednak nie ruszał i zostawił, tak jak było zrobione. I oczywiście, jak słychać, zostawiłem te fragmenty. Poza tym, chciałem skończyć pracę, bo jak wiadomo, twórca nigdy do końca nie będzie zadowolony ze swojego dzieła. Teraz wiem, że to był dobry pomysł, bo udało mi się wywołać śmiech na twarzach ludzi. Wiesz, grind core jest dobry w takim wąskim pasie emocji, jako wyrażenie gniewu czy oburzenia. A ja chciałem poszerzyć to spektrum emocji. To był mój cel. Także teksty nie traktują tylko o negatywach. Są tu piękne słowa z życzeniami i nadzieją na przyszłość, gdzie wszyscy są wolni i zadowoleni. Wiem, że tradycyjne, minorowe riffy nie są dobrym tłem dla słów o nadziei. Myślę, że udało mi się wymyślić taki klucz do połączenia tych pozornie przeciwstawnych emocji.

Największym dobrem płyty są RIFFY. Nie hałas, ale kompozycje, co akurat jest w grindcore zaskakujące. Czujesz się bardziej kompozytorem czy rewolucjonistą?

Dziękuję za takie słowa. Nie czuję, żebym robił coś wyjątkowego, przynajmniej nie na poziomie np. Wagnera czy Mahlera. Mój zakres działania jest znacznie mniejszy. Nie dokonałem zbyt wiele w działce grind core’owej, czego jestem świadomy, ale zdaję sobie też sprawę, że na tej płycie zastosowałem rzeczy, których ten gatunek jeszcze nie widział. Chodzi o pewne połączenia – nie musimy stale grać w minorowych klimatach czy używać klawiszy, może grać ciągle blasty  czy d – beaty – może ta wolność jest nową jakością? Oczywiście, ważne jest, żeby klimat tekstów współgrał z muzyką, odzwierciedlał jej feeling. Ucieszę się, kiedy zobaczę zespoły mające podobne podejście do materii muzycznej – w pełni otwarte, bez ograniczeń. Wiesz, studiowałem teorię muzyki i klasykę, różne techniki i doszedłem do miejsca, gdzie liczy się pewien minimalizm, który odzwierciedla równowagę w muzyce. Moja intuicja idzie innymi śladami niż np. metal, gdzie są pewne ograniczenia – nie chcę już słuchać pytań, dlaczego używamy takich harmonii i instrumentów klawiszowych. Podobnie jest w metalu – zadajmy sobie pytanie – dlaczego nie stworzyć długich, rozbudowanych form, dlaczego nie pomyśleć o jazzowej improwizacji, muzyce klasycznej? Koniec ze schematami! Po co mam tworzyć krótkie piosenki, skoro mam coś do powiedzenia?

Masz jakieś ulubione fragmenty, które możesz wykroić z tej całości?

„Build No System” jako całość jest moim faworytem. Bardziej lubię poszczególne fragmenty w różnych piosenkach. Lubię całość konceptu, historii, stworzenie pewnego procesu, że główny bohater opowieści w końcu wstaje po okresie, kiedy klęczał. Kocham popisy w „Usurious Epitaph”, bo wszystkie instrumenty są zgrane w taki sposób, jak ma to miejsce w orkiestrowych aranżacjach – instrumenty dęte, przesterowany bas i marszowa perkusja, to zresztą jedyne, prawie metalowe elementy kawałka. I to wszystko ze sobą współgra. Z kolei „Sweat for Blood” idealnie nadaje się do ćwiczeń. Chcę pobiegać  – mam go w swojej plejliście, to nie żart. W zasadzie dlatego go napisałem. Możesz do tego rytmu robić pompki  – spróbuj sam i się przekonaj!

Tytuł płyty – lepiej umrzeć stojąc niż żyć na kolanach – to bardzo rebeliancki zwrot – opowiedz bliżej o tej buntowniczej stronie Twojej twórczości?

To wszystko są anarchistyczne idee. Chcę żyć w społeczeństwie, które samo dba o swoją pracę i życie, nie ma rządu, który mówi mi co mam robić, jak żyć i wykorzystuje model ekonomiczny, w którym jedni są eksploatowani do granic możliwości a inni nagradzani za nic. We współcześnie żyjących ludziach jest silne poczucie buntu i zarzewie rewolucji, bo coraz więcej osób rozumie, jak mocno tkwi w pułapce systemu z której trudno się wyplątać, bo większość czasu pochłania nam myślenie o tym, jak się utrzymać. Dlatego trudno przejść od rebelianckich myśli do czynów. To wszystko przybiera formę niezadowolonego społeczeństwa, z którego wykluwa się ten element, który będzie – lub jest – awangardą rewolucji, mogącej obalić państwo. „Build No System” jest o tym, jak nie odbudowywać społeczeństwa jako formy, która ma same złe cechy. Powinniśmy raczej inspirować się wielkimi ideami równości i wolności, które są podstawą budowania nowego ładu.  Z kolei „We Are Not Afraid Of Ruins” jest o przygotowaniu się na najgorsze, że nie musimy spalić wszystkiego do gołej ziemi, żeby dostać to, czego chcemy. Jeśli nawet jest tak źle, nie możemy pozwolić naszym lękom przytłumić tych dobrych odruchów, które są gwarantem równości ludzi… „That Which Is Not Given But Taken” mówi o tym, że  prawdziwa, czysta wolność nie może być przypisana, narzucona jednostce, bo wtedy nie jest to wolność tylko złudzenie takiego stanu. Wolność musi być wyborem tych, którzy jej pragną a nie tych, którzy myślą, że mają prawo ją rozdzielać. Następny jest np. „Barbarians At The Gate”. To ironiczne pokazanie walki z punktu widzenia kapitalistów, którzy mają środki finansowe i uważają wszystkich innych, biednych, zwykłych ludzi właśnie za takich barbarzyńców, którzy im przeszkadzają i od których trzeba się odgrodzić. Staram się kontaktować ze słuchaczami, których poglądy mogą być ukształtowane właśnie przez kapitalizm i nigdy wcześniej nie kwestionowali rzeczywistości, w której żyją. „I Am Spartacus” to w dużej części idea filmu, w którym każdy wstaje i zaczyna walczyć o swój byt.

W kontekście Twojej płyty napotkałem też określenie „anarcho grind” – możesz wyjaśnić jego znaczenie?

Właściwie jest to rozszerzenie pojęcia „anarcho punk” na muzykę grind core. To polityczne znaczenie określenia. Grind core, ze swoim gwałtownym, niepokornym charakterem jest niewątpliwie anarchistą wśród innych gatunków muzycznych, dlatego taka forma idealnie nadaje się do prezentowania tego typu idei w uczciwy, szczery sposób. I nie chodzi mi o szyderstwo z punka, czy jakieś fałszowanie obrazu, stworzonego przez punkową rebelię.

Czy ta płyta, idee, jakie przekazują są może wynikiem globalnego kryzysu – to była inspiracja, czy coś innego wywołało twój gniew?

Oczywiście – kryzys światowy, problemy lokalne, to wszystko. Myślę, że my, ludzie mamy tendencję do zlewania naszych egzystencjalnych niepokojów do pewnych znaczeń niemal kulturowych, bo to pozwala nam zdefiniować nasze najgorsze cechy. Przykładowo, w kulturze kapitalistycznej manifestujemy swoją brzydotę za pomocą takich pojęć jak chciwość, co nie jest spotykane w innych modelach społeczno – gospodarczych. Jesteśmy produktami naszych kultur, jesteśmy w swoje życie uwikłani i patrzymy na świat przez taki właśnie, kulturowy filtr. Chcę, żeby ludzie o tym pamiętali, bo te odczucia nie są naszą istotą. Ważne jest, czy to, co widzimy, jesteśmy w stanie zrozumieć poza tym filtrem. Jeśli to się nam uda, łatwiej będzie kogoś kochać i zrozumieć niż zabić. Jeśli oczy nam się nie otworzą, w efekcie będziemy krzywdzić sami siebie. Zawsze tak było, ale ja nie wierzę, że ludzie rodzą się źli. Po prostu musimy być uczciwi i umieć przyjąć efekty naszej wolności i wyborów. I właśnie anarchizm jest najbliżej tego punktu widzenia.

Czy miałeś już okazję poczytać jakieś opinie na temat twojej płyty – jakie były?

Do tej pory trafiłem tylko na reakcje bardzo pozytywne. Wiem, że fajnie jest trafić na zespół, który robi coś ciekawego i może się podobać. Dostajesz coś, czego nie słyszałeś wcześniej, trochę sztuki i emocji, z którymi możesz się identyfikować. Jeśli słuchacze mają takie odczucia po przesłuchaniu albumu Liberteer, jeśli część z nich przekonało się do moich idei i spojrzy inaczej na świat – będę niezmiernie szczęśliwy.

Odejdźmy troszkę od Liberteer, bo część czytelników na pewno będzie ciekawa, co dzieje się z Twoim drugim zespołem – Cretin?

Cretin ma intensywne próby przed nagrywaniem nowej płyty. Będziemy ją rejestrować w tym roku, o tym mogę zapewnić, choć nie wiem jeszcze dokładnie kiedy. Przyznam, że mam dużo zabawy, kiedy piszę teksty do Cretin – te wszystkie absurdalne historyjki. Nowy album na pewno będzie zabawny, smutny i fascynujący. A muzyka będzie za tymi klimatami podążać – będzie szalona i brutalna…

Ostatnie słowa dla fanów ekstremalnej sztuki w Polsce…

Wielki szacunek i podziw dla wszystkich maniaków w Polsce! Mam nadzieję, że uda mi się odwiedzić wasz kraj!

Rozmawiał Arek Lerch