LEASH EYE – najlepsze auta na świecie…

Cieszy mnie okrutnie, że wreszcie zespoły grające zgoła nie – polskie dźwięki pozbyły się piętna krajowych pseudo – realizatorów, którzy nie pozwalali im zapomnieć skąd pochodzą. Teraz, jeśli zespół chce brzmieć jak, powiedzmy, Down albo Alabama Thunderpussy,  może sobie zafundować nagrania będące kopią wspomnianych wykonawców. Oczywiście, musi przy tym mieć to „coś”, talent, bez którego nawet bracia Wiesławscy nie wyciągną z muzyków diabła. Wspomniałem o amerykańskich sludge – rockersach, bo Leash Eye to właśnie krajowy odpowiednik naprutych wódą, rockowo – metalowych rozrabiaków. Oczywiście, jak sami twierdzą, są grzecznymi chłopakami, co za kołnierz nie wylewają. Dość, że ich nowa, druga płyta „V.I.D.I” to porcja muzyki rasowej, autentycznej i śmierdzącej sztandarowym produktem z Tennessee, zabarwionym głęboką purpurą i paroma nie mniej istotnymi składnikami. Muzyki świetnie zagranej, tłustej, zdecydowanie kopiącej w cztery litery. Nie wiem, ilu jest zwolenników takiego grzańska nad Wisłą, wiem jednak, że każdy fan ostrego rocka może w ciemno sięgnąć po „V.I.D.I.” i nie zawiedzie się. Aby jeszcze bardziej wzbudzić apetyt porozmawialiśmy sobie z Opath’em, maniakiem starych, amerykańskich limuzyn a na co dzień gitarzystą Leash Eye…


Na początek proste pytanie – wódka czy wino – co bardziej napędza?

To zależy, ale jeśli chodzi o większość zespole to wódka, a najlepiej bourbon albo whisky.

Nowa płyta to kolejna odsłona z cyklu „widziałem, zwyciężyłem”. Skąd taki pomysł? Czy to oznacza, że trzecia płyta będzie finałem cyklu a potem zmiana stylistyki?

Jeszcze przed pierwszą płyta zastanawialiśmy się nad jej tytułem i Marecki wpadł na pomysł żeby nazwać ją V.E.N.I i mieć z głowy kolejne dwa tytuły. Już wtedy mieliśmy „lot” na Amerykę i kwestie samochodowe, więc ta propozycja wydawała się znakomita. Jak dotąd przybyliśmy i zobaczyliśmy. Czy zwyciężymy? To się okaże…

Troszkę już gracie na tym świecie – jak możecie krotko opisać koleje waszych losów? W sumie dosyć długo trwało, zanim objawiliście się z muzycznymi nagraniami…

Jakoś tak wyszło, choć pierwsze nagranie zarejestrowaliśmy w 1999 roku. To było pięć numerów, z czego trzy są do dziś dostępne w sieci. Wtedy to był zupełnie inny zespół. Nagraliśmy ten materiał jako kwartet, a na dodatek wszystko zaśpiewałem ja. Niedługo potem zaczęliśmy rejestrację pełnometrażowego materiału, ale trwała ona z różnych powodów, aż do 2004 roku. Międzyczasie do zespołu przyszedł Sebb i już z nim dokończyliśmy te płytę. No, ale zanim wyszła jako V.E.N.I minęło sporo czasu. A czemu to wszystko tak się rozciągnęło w czasie? Powodów było wiele, ale najważniejsze z nich to kwestia finansowa oraz częste zmiany składu.

Czy są jakieś fakty, które dzisiaj chcielibyście zmienić?

najlepsze auta na świecie
najlepsze auta na świecie

Myślę, że mimo przeciwności losu mogliśmy to wszystko jakoś lepiej ogarnąć i zadebiutować np. w 2005, a nie w 2009 roku. Teraz pewnie bylibyśmy już po trzeciej płycie i wiedzielibyśmy czy jest to V.I.C.I.

Zawsze w przypadku takiej muzyki zastanawiam się, co wpłynęło na światopogląd i fascynacje muzyków? Co takiego jest w tych dusznych, hard rockowych dźwiękach i klimacie Luizjany?

Dla nas to wszystko jest dość odległe i nieznane, ale ma w sobie jakąś niezwykłą moc, która nas przyciąga. Jeśli chodzi o mnie to moje ulubione kapele pochodzą w większości przypadków z USA, lub też zdecydowanie grają „po amerykańsku”. Poza tym zawsze lubiłem westerny zawsze ciągnęło mnie w rejony południa Stanów. Luizjana pojawiła się nieco później jak poznałem Down.

Muzycy zespołów typu DOWN to, niestety (albo „stety”…), zazwyczaj osobnicy żyjący  na pograniczu prawa, często obarczeni licznymi problemami, z których alkoholowy wydaje się być tym najmniejszym. To wpływa ponoć na jakość i głębię muzyki. Czy zespół Leash Eye ma coś na swoją obronę – jakieś zatargi z prawem, wszyty esperal itp. itd.??

Słyszałem wiele płyt, które wyszły spod rąk muzyków, którzy nie chlają i nie maja kłopotów z prawem, więc moimzdaniem nie jest to element konieczny do tego, by tworzyć bardzo dobre rzeczy. Jeśli chodzi o nas to za kołnierz nie wylewamy, ale poza tym jesteśmy grzeczni .

Jakie największe osiągnięcia dotychczas zaliczył Lesah Eye?

Po 2011 roku jest to najłatwiejsze z pytań .  To zdecydowanie zwycięstwo Antyfestu organizowanego przez Antyradio i występ na Sonisphere 2011 oraz niewątpliwy zaszczyt w postaci reprezentowanią Polski podczas Wacken Open Air w sierpniu tego samego roku. Ja do tego dołożyłbym drugie miejsce w blues-rockowym konkursie Wielki Ogień im. Miry Kubasińskiej i nasz najnowszy album V.I.D.I.

Miło wspominam pierwszą płytę – jak z dzisiejszego punktu widzenia oceniacie ten materiał?

Bardzo pozytywnie zwłaszcza, że sprostał czasom, w których się ukazał będąc materiałem zarejestrowanym w innych realiach sceny w Polsce.

Każdy kto miał okazję obejrzeć wasze płyty musi zastanawiać się, skąd u was taka totalna fascynacja starymi, amerykańskimi samochodami? Przewrotnie zapytam – czy te okładki są wynikiem używania takich samochodów, czy raczej projekcją waszych niespełnionych marzeń? Chcecie uciec – jak napisałem w recenzji – od rzeczywistości, gdzie nadal marzeniem jest 10-letni Volkswagen?

To zwyczajna fascynacja, bo przecież one wyglądają fantastycznie. Do tego całe kino drogi, które niewątpliwie lansowało motoryzację. Pamiętam, że gdy chodziłem jeszcze do podstawówki zastanawiałem się, dlaczego w Europie nikt nie robi takich aut jak w USA. Do dzisiaj z resztą uważam stylistykę amerykańskich samochodów za najlepszą na świecie.

A skoro przy motoryzacji jesteśmy – wymieńcie jakie marki i modele szczególnie Was kręcą?

To zostało już ustalone na forum zespołu, że są to Chevrolet El Camino, Dodge Charger i Dodge Challenger, którego zapewne poznamy na okładce następnej płyty. Oczywiście chodzi o modele z lat 60tych i 70tych.

Jak wyglądały prace nad nowym materiałem – jakie doświadczenia tym razem wykorzystaliście, żeby osiągnąć zamierzony efekt?

Całkiem zwyczajnie, czyli szkielet utworu przynoszony na próbę i wspólna praca nad jego aranżem. W momencie, gdy zaczęliśmy robić materiał na V.I.D.I nie było jeszcze w składzie Voltana, więc część numerów musiała ulec lekkim przeróbką, natomiast jeśli chodzi o pracę w studio to pomogło nam bardzo doświadczenie pary producenckiej czyli Oriona i Heinricha.

Co do uzyskania naturalnego, organicznego brzmienia płyty krążą wśród muzyków różne porady – jedni mówią, że trzeba grać na starym sprzęcie, inni wychwalają zalety analogowej rejestracji dźwięku, jeszcze inni chwalą się, że nagrywali „po pijaku” i wtedy było najlepiej. Jaki jest wasz patent? Zdradźcie swój warsztat…

Używamy współczesnych instrumentów wzmacniaczy oraz innych urządzeń. Rejestracja wykonana była na nowoczesnym sprzęcie studyjnym, lecz podejście do nagrań było zdecydowanie vintage’owe i może właśnie dlatego –  w połączeniu ze starą melodyką – udało się nam uzyskać efekt organiczny. Chcemy bazować na starej melodyce, ale brzmieć na miarę czasów i to się nam udało. Jeśli natomiast chodzi o stan podczas nagrań to zdecydowanie lepiej nam wychodzi „na trzeźwo”…

Zawsze mi się wydawało, że taka muzyka, pomijając „dinozaurów” tzw. polskiego rocka, kojarząca się z latami 70 – tymi ma w naszym kraju raczej wąskie grono odbiorców. Jak oceniacie ten stan, jeśli za kryterium przyjmiemy koncerty jakie gracie?

W ostatnim czasie jest z tym zdecydowanie lepiej. Być może zasługa w tym tych wszystkich ciężkich metalowców, którzy pozakładali sobie rock’n’rollowe kapele.

Planujecie kiedyś przywieźć drewno do lasu – czyli zagrać za wielką wodą? Szczyt marzeń czy niekoniecznie…

To by było coś…zdecydowanie…natomiast jest jeszcze jeden kraj, w którym bardzo chcielibyśmy zagrać. To Japonia…

Płyta została wydana przez tzw. dużą wytwórnię – są jakieś plany promocyjne, pomysły na dalsze zespołowe posunięcia?

Na razie skupiamy się na koncertowaniu oraz na dotarciu do nowych słuchaczy. Chcemy tez w tym roku zrobić dwa teledyski i zacząć pomału myśleć o nowym materiale.

Kilka przekleństw na koniec…

Zapytam znajomego szewca i dam znać następnym razem.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia koncertowe: Robert Grablewski