LATAJĄCE PIĘŚCI – kalejdoskopowy orgazm

Ciągle poszukujemy czegoś nowego w muzyce. Świeżego, innego, po prostu – ciekawego. W czasach, kiedy powszechne jest narzekanie, że muzyka niezależna czy alternatywna zjada własny ogon, staramy się choć drobnym gestem udowodnić, że może jednak nie. Dobrym przykładem są Latające Pięści – bezgitarowe trio, łączące w swojej muzyce leciutką arogancję, mały zakręcik z fajnym, hipnotyzującym przekazem, gdzie niemal hip hopowa nawijka budowana jest na pracy mocnej sekcji rytmicznej. Okazuje się, że można w ten sposób stworzyć coś intrygującego. Najnowsze dzieło czyli Maksisingiel to trzy numery, łączące w sobie indie, trans i alternatywę w swobodnym, muzycznym locie. Resztę wyjaśni nam kolektywnie sam zespół…

Najpierw banalnie – skąd nazwa zespołu? Przypadkowa gra słów? Fascynacja filmami karate?

Paweł Kowalski: Ciekawe, że wątek filmów karate jest zawsze nieodłączną częścią pytania o naszą nazwę. Ale tutaj zawsze następuje rozczarowanie gdyż… nie, to nie wpływ zakonu Shao Lin przyczynił się do powstania nazwy (śmiech). Idea nazwy sprowadza się do tego, że zwyczajnie chcieliśmy, żeby ludzie, słuchając naszej muzyki, w niepohamowanie energiczny acz nie destruktywny sposób, machali pięścią, ot, i cała historia. ALE… takie machnięcie bez żadnej, negatywnej intencji wg. mnie dosyć obrazowo przedstawia naszą muzykę. Energia, dynamika, puls.

Z formalnych spraw – czy okładka maksisingla to stylizacja (czyli flamaster), czy autentyczny tatuaż?

Paweł: Najautentyczniejszy z najautentyczniejszych. Teraz już nie wolno nam się rozpaść.

Mateusz Urbański: Mam go od 27 listopada a cały czas trafiają się ludzie, którzy są zaskoczeni, że jest prawdziwy.fot. Paweł Czarnecki (2)

Czyli to taki pakt krwi? Skoro tak poważnie podchodzicie do kwestii wizualek, nie sposób nie zapytać o muzykę – czy Latające Pięści to zespół „na poważnie”, czy może wyzwanie, jakie rzucacie słuchaczom? Mam wrażenie, że za sprawą tych dźwięków nie chcecie jedynie bawić, ale także trochę poruszyć… Coś jak indie-hi hop…

Mateusz: Wyzwanie trochę rzucamy, ale powaga też jest. Podobne wątpliwości co do naszego przekazu mieli jurorzy z festiwalu w Jarocinie, na którym graliśmy w 2014 roku.

Paweł: Może muzyk nie powinien się do tego przyznać, ale… czasem sami mamy problem z okiełznaniem naszego przekazu. Nieraz jest tak, że potrafimy nim celować z dokładnością co do milimetra w daną rzecz, a nieraz jest tak, że to nasza muzyka – jak fala – unosi nas a my bezwiednie pozwalamy jej się ponieść.

Wątpliwości pewnie spowodowane są formułą zespołu, co w jakiś sposób ustawia zespół. Sama sekcja rytmiczna… Skąd ten pomysł? Brakuje dobrych gitarzystów?

Mateusz: Kiedy jakieś 10 lat temu pierwszy raz usłyszałem Death From Above 1979, uświadomiłem sobie, że można w ten sposób. I jak dołączyłem do Pawła i Michała to od razu wiedziałem, że to musi być taki skład. Poza tym, jak się nie umie grać to łatwiej jest nie dopasowywać się do cudzych dźwięków…

W tym kontekście, przywołanie hip hopu wydaje mi się zasadne. Wokal pełni mocno rytmiczną rolę, do tego mocna sekcja. Czy np. inspiracje z tej strony wpłynęły na ostateczny kształt Waszej muzyki? A skoro przywołujesz Death From Above, trudno nie zahaczyć – w kontekście kraju – o NoMeansNo i ich album „Mama”…

Paweł: He, he… Jest tak, że mając mniejsze instrumentarium musisz się bardziej powyginać, bardziej szanujesz każdy dźwięk. Mniejszą ilością instrumentów musisz zapełnić spektrum, które tkwi w przyzwyczajeniach postrzegania zespołu rockowego u ludzi, czyli gitara to podstawa. Jak widać, da się, coraz więcej zespołów gra bez gitary elektrycznej (no i tria…3 to najlepsza cyfra!). Jest to bardzo miłe, muzyczne wyzwanie… Można powiedzieć, że w pewnym sensie jesteśmy antyrockowi, ha!

Mateusz: Jeśli chodzi o NoMeansNo to nigdy nie udało mi się jakoś mocno zetknąć z ich twórczością.

Michał Głowacki: Słuchasz Wu Tang Clan’u kiwasz głową, na koncercie Latających Pięści zaciskasz myśli w pięść i wyzwalasz kalejdoskopowy orgazm wniosków do których dochodziłeś, ale nigdy nie werbalizowałeś. Masz ograniczone instrumentarium: trzech typów, którzy szczerze robią wszystko żeby wycisnąć z tego esencję. Ja osobiście nie byłem do tego składu początkowo przekonany, ale zasługą kolegów jest zdejmowanie klapek z oczu, wzajemne otwieranie się na NOWE. Teraz jestem mega krytyczny odnośnie zespołów z gitarą w składzie (kto nie był kucem, był draniem za młodu…) i wręcz wydaje mi się dziwne, że tyle tego jest. Może właśnie w tym leży tajemnica „pochujrocka”, że wszyscy są opętani „mitem sześciu strun” .

kalejdoskopowy orgazm

kalejdoskopowy orgazm

MAKSISINGIEL. Wydany – na razie wirtualnie, choć to ma się zmienić – materiał, który pokazuje delikatne zmiany, jakim podlega propozycja Latających Pięści. Nierockowego tria, całą energię, zazwyczaj kierowaną na gitarowy dopierdol, ogniskującego na wokaliście, który ma eksplodować na bazie konkretnej sekcji rytmicznej. Układ niby skromny, ale jak się okazuje, odpowiednio zagospodarowany, ma nie mniejszą moc niż typowy, gitarowy band z jednej strony i siłę nawijki dobrego, hip hopowego składu. Choć nie ma tu ani jednego bitu, mogącego kojarzyć się z kolegami w ponaciąganych galotach. Zresztą, wokalizy też nie są typowym szczekaniem, zachowują jednak rytmiczną siłę rapu, uderzając celnym miksem słów, co w połączeniu z bardzo zróżnicowaną, często emocjonalnie potraktowaną ekspresją lidera działa niczym zimny prysznic w upalny dzień. Orzeźwi, albo spowoduje zawał. I o to chodzi. W stosunku do ep-ki nr II z 2013 roku, najnowsze dzieło ujawnia większą skłonność zespołu do oszczędniejszych form. Zamiast większej ilości dźwięków i bardziej nerwowej narracji, mamy sam konkret. Sekcja poczyna sobie bardzo dobrze, świetnie rozplanowany bas, napędzany solidnymi grove’ami tworzy doskonałe płótno, na którym dziwaczne rozbryzgi robi wokalista. Ma duże pole do popisu i trzeba przyznać, że wykorzystuje przestrzeń w stu procentach. Wydawać by się mogło, że dopiero na koncercie te słowa, ubrane w szaty scenicznego szaleństwa mogą dotrzeć do potencjalnego słuchacza; nic bardziej mylnego. Aktorskie przygotowanie Michała daje o sobie znać – wokalizy są zróżnicowane, często ucieka do bardzo dramatycznych skoków napięcia, zmienia rytm swojej nawijki, bawi się słowem, tworząc dadaistyczny ciąg świadomości. Absurd, z którego wyłania się kilka prawd o dzisiejszym, chorym świecie. Choć w wydaniu Pięści jest on raczej groteskowy. Najlepiej wychodzi to w 13 minutowym „Doktorze”, który jest – nomen omen – teatrem jednego aktora. Choć nie można muzykom odmówić umiejętności świetnego budowania napięcia, od zdawkowych fraz aż do wieńczącego utwór czadu. Pastiszowo brzmi „To co pomyślałem” z przerysowaną, stylizowaną na angielski akcent interpretacją wokalną. Sabot z szalonym wokalistą, chciałoby się podsumować, choć w przypadku Latających Pięści, zamiast improwizacji i rozbudowanych form instrumentalnych, mamy do czynienia z prostym i hipnotyzującym podkładem. Czekam na dużą płytę, bo przy takich możliwościach, możemy mieć do czynienia z debiutem walącym po ryju. Pięściami. 

Wsadzacie kij w mrowisko, bo w Polsce rock zawsze będzie kojarzył się z gitarą. Z drugiej strony – pewnie trudniej znaleźć miejsce do grania. Mieliście do czynienia z sytuacją, że wasze instrumentarium było dla jakiegoś organizatora kłopotliwe?

Michał: O tyle o ile. Najczęstsza sytuacja jest taka, że jesteśmy nagłaśniani na koncertach jakby z podręcznika. Perkusja, spoko, ale bas jest realizowany… tak jak bas, jak część sekcji rytmicznej, a u nas to przecież bas spełnia funkcję gitary prowadzącej. Ale na szczęście, są ludzie, którzy lubią kombinować i nie trzymają się podręcznika „Małego Akustyka” – to odnośnie sytuacji, kiedy dojdzie do koncertu, ale faktem jest, że kilkakrotnie gdzieś nas nie chcieli, gdzieś nas nie puszczali, ktoś nas chciał ugrzecznić. No mamy swoich wrogów, jak to mówią na Gocławiu.

Mateusz: Zazwyczaj jest zdziwienie, ale chyba nigdy nie dostarczyło to jakichś większych kłopotów. No poza problemami dźwiękowców z odpowiednim nagłośnieniem. Raz było zabawnie jak organizator chyba ze trzy razy nas pytał, ile mamy gitar w zespole…

Paweł: Nawet pytał perkusistę czy on gra na gitarze (śmiech). Żeby było jasne, nie mam nic do gitar elektrycznych! Bardzo lubię zespoły, gdzie jest jedna gitara elektryczna, bo wtedy każdy instrument – perkusja, bas, gitara, mają swoje pasmo, swoją historię i mogą się pięknie uzupełniać, zazębiać, przekleszczać. U nas tej gitary nie ma bo nie czujemy, żeby była potrzebna.

I w takim kontekście na prowadzenie wysuwa się w naturalny sposób wokalista. I to na dwóch płaszczyznach, jak mniemam. Bo na płycie słychać, że interpretacje są mocno pokombinowane, w pewnym sensie, hmmm, mają w sobie coś z aktorstwa a na koncercie pewnie do tego dochodzi jakiś szalony performance. Mam rację? Jak to wygląda na scenie? Ekstatyczne tańce  à la Guy Picciotto? A co do interpretacji z płyty – ile w tym wszystkim jest improwizacji, takiej rapowej nawijki, ciągu świadomości a ile układania aranżu do ostatniego dźwięku? Zarówno jeśli chodzi o instrumenty jak i o linie wokalne…

Michał: Tak. Cóż, ze względu na brak rycerza sześciu strun w składzie, to moje ego ma szansę zaanektować przestrzeń sceniczną w stopniu pewnie większym niż w większości zespołów z klasycznym instrumentarium. Dzieją się różne historie. Zdarzało mi się obrażać ludzi, podpalać rzeczy… Stałym elementem koncertów jest wspólny techno rytuał. Taki moment (ośmielę się to powiedzieć!) katharsis. Pozostaje głównie rytm. Jestem wtedy zwykle już całkiem w widowni i mam na sobie maskę świni…. Zateeeeem, hmmm, jest coś z performance’u w naszej muzyce. Nagrania też to sugerują, ale oczywiście mniej w nich spontaniczności. Raczej próba jej uchwycenia. Staramy się zawsze żeby to co robimy było świeże i organiczne, stąd to kombinowanie. A od teatralności nie ucieknę, bo jestem aktorem.

No to zdradź, gdzie mogliśmy Cię widzieć – w jakiej sztuce/filmie itp?

Michał: Jeśli masz dzieci to mogliśmy się spotkać, bo gram sporo przedstawień dla dzieciaków właśnie. Totalnie inny świat! Współpracuję z Teatrem Wariacja i jestem członkiem grupy Ab Ovo, która zajmuje się improwizacją teatralną, oraz wchodzę w skład zespołu Chóru Kobiet. Oprócz tego różne epizody, i dubbingi.fot. Arek Blomka

Wasz Maxisingiel pozostawia niedosyt – trzy numery, dające nadzieję, na niezłą, dźwiękową orgię, kończą się szybko i w uszach dzwoni pytanie: kiedy cała płyta?

Mateusz: Jeśli chodzi o płytę to przez cały sierpień mieliśmy małą przerwę w działaniach, ale teraz chcemy się w końcu za to zabrać.

Na zakończenie parę słów właśnie o najbliższych działaniach – co planujecie, gdzie będzie można Was zobaczyć itp. No i czy Maxisingiel pojawi się w wersji fizycznej?

Mateusz: Wersja fizyczna będzie. Jeśli chodzi o koncerty to na razie w planie tylko Wrocław i Częstochowa w październiku, ale przydałoby się chyba też coś zagrać w Warszawie, zwłaszcza że planujemy wspólny koncert z hyc06.

Michał: W najbliższym czasie ujawnimy też jeden nowy numer. Sprawa jest o tyle ciekawa, że pierwszy raz zrobiliśmy piosenkę z nieswojego tekstu, oraz, że utwór powstał jak gdyby na zamówienie. To ciągle są Pięści, ale jest trochę inaczej. Dzięki za wywiad!

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu/Paweł Czarnecki/Arek Blomka