L.STADT – Dajemy się nieść fali…

Przed wami niewątpliwie jedna z najlepszych, tegorocznych płyt. Rockowych? Chyba nie jest to dobre słowo. Monumentalnych? Może trochę. Chciałbym, żeby nie było drwiących uśmieszków przy słowie „emocje”, bo takie jest nowe dzieło L.Stadt. Emocjonalne do szpiku kości, prawdziwe i wzruszające. Przejść obojętnie się nie da, choć możliwe, że ten nastrój, swego rodzaju teatralność i rozmach nie każdemu przypadną do gustu, podobnie jak próba zmierzenia się z przemijaniem, bo przecież nie lubimy smutnych tematów. Nie spodziewałem się takiej muzyki, jestem zaskoczony i z tym większą przyjemnością zapraszam na rozmowę z Łukaszem Lachem, szefem łódzkiej formacji, który wyjaśni wiele spraw związanych z „L.Story”.

Siedem lat… kupa czasu. Dlaczego tak długo zbieraliście się do nagrania płyty?

Siedem lat minęło od naszego ostatniego, autorskiego materiału, ale po drodze było jeszcze „You Gotta Move” – nasz hołd dla Ameryki i amerykańskich artystów. Podsumowanie naszych podróży i intensywnego koncertowania po wydaniu „EL.P”. Po „You Gotta Move” w styczniu 2014 roku weszliśmy do studia z nowym materiałem. Po nagraniu okazało się, że nie byłem do końca zadowolony z tego co wyszło. Choć wierzę w ten materiał, czułem, że był jeszcze za mało ograny, nie było w nim jeszcze tej duszy, która w tym materiale drzemie W lutym 2016 wróciliśmy z tym materiałem do studia – zarejestrowaliśmy go w dwa tygodnie w Teksasie. Już miałem nad nim pracować gdy dostaliśmy propozycję od łódzkiego Teatru Pinokio – propozycję z której zrodziło się „L.Story”.

Pozostając jeszcze w przeszłości. L.Stadt pracuje na swoich obrotach, niespecjalnie przejmuje się rozgłosem – uważacie, że „E.LP” był wystarczająco wypromowany, wszystko się udało czy nie do końca?

Dajemy się nieść fali...

Dajemy się nieść fali…

Po wydaniu „EL.P” bardzo dużo koncertowaliśmy. Kontakt bezpośredni z publicznością, dawanie z siebie 100% na koncertach – to najlepszy rodzaj promocji. Po „EL.P” zagraliśmy i Off Festival i dużą scenę na Open’erze – graliśmy bardzo dużo za granicą. Stany, Kanada; zjeździliśmy wiele państw europejskich. Gdy jesteś ciągle w ruchu, codziennie spotykasz się z ludźmi na koncertach – czujesz, że dajesz z siebie wszystko. To jest ta promocja, którą samemu możesz sobie zapewnić – to niesie twój zespół i twoją muzykę.

Zanim przejdziemy do nowych rzeczy, chciałbym poruszyć intrygujący temat, o którym już wspomniałeś, czyli „L.Stadt+USA”. W sumie sporo tam graliście, a że dla wielu zespołów to mityczna ziemia, warto o tym porozmawiać. Tym bardziej, że nie gracie death metalu, bo w zasadzie głównie taka muzyka z Polski robi tu jakąś karierę (śmiech). Dużo trzeba było poświęcić, żeby zaistnieć za wielką wodą?

To rzeczywiście była dla nas mityczna kraina. Pojechaliśmy pierwszy raz na SXSW w 2010 roku i najpiękniejsze co nam się tam przydarzyło to ludzie, których po drodze poznaliśmy. Ludzie, dzięki którym do dziś czujemy się tam jak w domu. Prawdziwe przyjaźnie trwające do dziś. Zagraliśmy w Stanach kilkadziesiąt koncertów, ale były to koncerty, które w dużym stopniu sami sobie organizowaliśmy. To było bardzo inspirujące, odcisnęło piętno i na nas i naszej muzyce. Dużo się nauczyliśmy – granie codziennie z innym zespołem, podpatrywanie tamtejszych artystów, obserwowanie ich stylu życia – to mocne doświadczenie. Uwielbiamy tam wracać – mówię tu głównie o stanie Teksas. Choć zahaczaliśmy też o inne miejsca. L.A. – to było chyba największe przeżycie.

Dużo mówi się o stronie finansowej grania w USA. Dużo i różnie. Koledzy z Behemoth mówili wprost, że pierwsze trasy to była inwestycja a nie zarobek. Jak było z wami? Wprawdzie dżentelmeni o kasie nie gadają, ale…

Dla nas to też była głównie inwestycja (śmiech).

A skoro już o poświęceniach mowa – czy L.Stadt poznał już taką granicę, której nie chce przekroczyć w tym temacie? Wiecie, kiedy warto powiedzieć sobie: „to już przesada”?

L.Stadt budujemy od lat. Nie zawsze konsekwentnie, ale jest to ogromna część naszego życia. Nie chcielibyśmy koniunkturalnymi decyzjami zniszczyć tego co już jest. Artystycznie stawiamy sobie poprzeczkę coraz wyżej – nie boimy się wyzwań. Żyjemy z muzyki – tę decyzję podjęliśmy już jakiś czas temu. Traktujemy to jak pracę, czasem nie było nas w domu po kilka tygodni. Dobrze się czujemy ze sobą, jest to już zespół prawie rodzinny – Adam jest moim szwagrem a Andrzej to bliski kuzyn Adama. Ufamy sobie, podejmujemy wspólnie decyzje. Zwłaszcza w sytuacji gdy pojawia się nowy materiał – jest też wielka wiara w niego – wtedy nie boimy się wyzwań, poświęceń czy ryzyka.

Życie z muzyki brzmi kusząco i groźnie. Często musicie iść na kompromisy żeby wszystko się zgadzało? I w portfelu i w głowie…

Jako zespół nie staliśmy nigdy przed jakimś moralnym dylematem. Jacy jesteśmy słychać na naszych płytach i nikt nie próbował nas wcisnąć w formułę, w której czulibyśmy się nieswojo. Unikamy takich sytuacji – i możemy też liczyć na siebie gdyby któryś z nas za bardzo ulegał takiej pokusie. Kiedy jesteś młody i poszukujesz czasami robisz rzeczy, z którymi po pewnym czasie już się nie utożsamiasz. Ja robię muzykę do filmów i reklam, ale na moje szczęście propozycje, które w moim dorosłym życiu mnie „znajdują”, nie wychodzą poza mój smak czy styl. Nie zmierzam się z gównianymi tematami (śmiech). Ta muzyka użytkowa, którą tworzę, to muzyka, z której również jestem dumny. Poza tym nie sprawdzam się w każdym gatunku – nie jestem aż takim kameleonem (śmiech).

L.Stadt Od lewej: Andrzej Sieczkowski, Adam Lewartowski, Łukasz Lach, Piotr Gwadera oraz Wielki Chór Młodej Chorei

L.Stadt  Od lewej: Andrzej Sieczkowski, Adam Lewartowski, Łukasz Lach, Piotr Gwadera oraz Wielki Chór Młodej Chorei

Ok, było cicho, ale teraz jest nowa płyta… I tak jak napisałem w recenzji, kiedy poczytałem prasówkę nt. okoliczności jej powstania, trochę się przestraszyłem. Ogólnie rock’n’roll nie ma po drodze z tzw. egzystencjalnymi przemyśleniami czy nokturnami. Wspomniana płyta Cave’a jest tu dobrym przykładem. Zatem pytanie: czy wy nie baliście się wpuścić w tą rozrywkową materię tyle szarości?

Nie czuję, żeby ten materiał – czy tekstowo, czy muzycznie – był szary. Myślę, że i tekstowo i muzycznie jest tu przynajmniej kilka odcieni (śmiech). Owszem, bałem się – dużo tu nowości jak dla L.Stadt – polskie teksty, chór. Muzyka była robiona z myślą o jednorazowym performansie. Nie zastanawiałem się dużo – bo na szczęście nie było na to czasu. Gonił nas deadline, poza tym – jak wiesz – zeszły rok upłynął mi pod znakiem choroby mojego Taty. Teksty Konrada były głównym powodem, dla którego postanowiłem się zmierzyć z tym tematem. One mówią o przemijaniu, ale dają też nadzieję. Tej nadziei było mi potrzeba. Po koncercie we Wrocławiu byłem już pewien, że to nie może się tak skończyć. Widziałem jak cudownie publiczność reagowała na ten spektakl. Na teksty, muzykę, siłę, która płynęła ze sceny, chór – dwadzieścia parę gardeł, które śpiewa z nami na scenie nasze melodie jest cudownym doświadczeniem. Wiedziałem, że chcę jak najszybciej wydać płytę z tym materiałem. To wszystko poszło dość szybko bo od czasu, kiedy kończyłem pisać ostatnie utwory do wydania płyty minęło 10 miesięcy. Nie mam jeszcze dystansu do tych utworów, nie umiem do końca o tym mówić. Jestem zwyczajnie szczęśliwy z tego, że „L.Story” ujrzało światło dzienne.

W tym kontekście (emocjonalne nasycenie) sensownym jest chyba pytanie o teksty i ich autora. Nie boicie się, że komuś nie spodoba się fakt, że tak osobisty wydźwięk płyty, osobistą tragedię ilustrujecie cudzymi słowami?

Nie chciałbym żebyśmy zapominali o czym tak na prawdę jest „L.Story”. To płyta o tożsamości, przemijaniu, o człowieku w kontekście miasta – przeszłości, która się czai na każdym kroku, zmianach w nas, zmianach na zewnątrz. Te teksty powstawały z myślą o prezentacji Łodzi na ESK we Wrocławiu na długo zanim złożono nam propozycję zrobienia do nich muzyki. Konrada wcześniej nie znałem, nie znałem jego twórczości. To nie było tak, że Konrad pisał na moje zamówienie. Przypadek czy los sprawił, że dostaliśmy tę propozycję właśnie w takim dla mnie – emocjonalnie intensywnym – momencie. Nie umiem „L.Story” oddzielić od mojego doświadczenia, ale nie chciałbym, żebyśmy zgubili z pola widzenia uniwersalność i wieloznaczeniowość tych utworów.

No właśnie – emocje, nie oddzielanie się od własnych doświadczeń. Myślisz, że będziesz w stanie na każdym koncercie oddać te emocje? Bo bez nich te numery nie mogą funkcjonować… Czy jest to w ogóle możliwe?

I to jest kolejne wyzwanie. Musimy zapanować nad treścią i formą. To nie będą typowe koncerty L.Stadt – nie ma tu tyle miejsca na improwizację i zabawę. Podchodzę do nich jak do spektaklu. Obecność Wielkiego Chóru Młodej Chorei na scenie też sprawia, że będzie to trochę teatralne doświadczenie. Czeka nas jeszcze trochę pracy przed koncertami, ale wierzę, że znajdę w sobie tę przestrzeń, dzięki której udźwignę ten materiał na scenie.

Skoro jesteśmy przy koncertach, pomijając kwestie emocjonalne, jak to będzie wyglądać od strony logistycznej – chcecie, żeby chór był z wami na każdym koncercie? Pojawią się jeszcze jacyś goście?

Rzeczywiście, od strony logistycznej jest to bardziej skomplikowane niż dotychczas. Chcemy by chór pojawiał się na każdym koncercie promującym L.Story – niestety, różne czynniki wpływają na to czy będzie to 20-sto czy też tylko 10-cio osobowa obsada.

Najlepsze – z mojego punktu widzenia – jest to, że te numery nijak nie pasują mi do zadymionego i śmierdzącego piwem klubu. Raczej bardziej dystyngowane miejsca. Próbowałem sobie wyobrazić was z tym repertuarem w zwykłym klubie i nie pasowało mi to. Czy z twojego punktu widzenia nie ograniczacie sobie tym materiałem możliwości promocyjnych?

Mam nadzieję, że nie. Rzeczywiście, materiał nie pasuje do każdego miejsca, ale my też nie chcemy na siłę pojawiać się z nim wszędzie. W Łodzi premiera materiału odbędzie się w Teatrze Nowym – cieszę się z tego bardzo, bo to właśnie idealne miejsce. Pojawimy się na paru festiwalach a po wakacjach planujemy niedużą trasę po większych miastach – mam nadzieję, również w warunkach teatralnych.

Nie czujesz chęci rozgraniczenia waszego ego – koncerty z nową płytą w salach teatralnych, z chórem, a potem normalne, rockowe sztuki ze starymi kawałkami. A może stare numery mają się także zmienić?

Chciałbym się teraz skoncentrować na „L.Story”. Grać płytę w całości na koncertach – choćby parę miesięcy. Tak jak wspominałem, czeka na nas materiał nagrany w Stanach. Gdy tylko skończy się nasza przygoda z L.Story z chęcią do niego wrócę bo bardzo wierzę w te piosenki. To będzie znów bardziej gitarowe granie – znów jakaś odmiana co mnie ekscytuje. Ale to dopiero za jakiś czas. Teraz żyję „L.Story” i – pomimo pewnych obaw – nie mogę się doczekać koncertów.

To trochę dziwna sytuacja, nie uważasz? Jakby odwrócenie kolejności. Nie boisz się, że po „L.Story” powrót do „normalnego” indie może nie wypalić? Stworzyliście monument, płytę, która poprzeczkę podniosła aż za wysoko…

zespół...Nie patrzę tak na naszą drogę. Żeby być prawdziwym i wiarygodnym muszę robić to na co mam w danym momencie ochotę. Materiał nagrany w stanach nie jest typowym, indierockowym graniem, to bardziej soulowa rzecz. Myślę, że i tym razem zaskoczymy – ale za wcześnie by o tym mówić. Rok temu nie przypuszczałem, że wydamy płytę w całości po polsku, tak inną od tego co robiliśmy wcześniej – w dodatku z chórem. Dlatego nie chcę się bawić w przepowiadanie przyszłości. Dajemy się nieść fali.

Właśnie – język. Mam rozumieć, że wraz z kolejną – nagraną w USA – płytą wracacie do języka angielskiego?

To trudne pytanie, bo rzeczywiście piosenki z tego materiału są po angielsku, tylko, że ja po L.Story jeszcze się językiem polskim nie nacieszyłem (śmiech). Wiem, że to dużo niewiadomych – ale serio nie umiem Ci odpowiedzieć, w którą stronę pójdziemy. Gdy spotkamy się za jakiś czas będę już dużo więcej wiedział – wtedy odpowiem.

Napisałem, że stworzyliście monumentalny, najlepszy w swojej karierze album. Zgodzisz się czy będziesz skromnie zaprzeczał?

Cieszę się, że tak myślisz i dziękuję. Ja jestem zadowolony z tej płyty. Cieszę się, że już jest, że rok po powstaniu już można sięgnąć po te utwory. Ale nie umiem jeszcze spojrzeć na nią z boku – i to nie przez skromność. Robiłem ją – jak na mnie – w pośpiechu. Zależało mi żeby nie umknął mi ten stan, w którym byłem, kiedy te utwory powstawały – żeby po tym ciężkim czasie nie dopadła mnie pustka, w której ciężko być twórczym. Teraz czekam na czas, kiedy będę mógł posłuchać jej z pewnej odległości, czując się już inaczej.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Albert Pabijanek