KVELERTAK – przede wszystkim – impreza

Z dzikich, norweskich ostępów, fiordów i zim okrutnych, wiedziony chęcią zemsty na narodach Europy, udał się ponury Kvelertak do mrocznego Salem, by zarejestrować swój pierwszy album pod okiem niecnego Kurta Ballou. Tak było trzy lata temu, dzisiaj czekamy na pojawienie się drugiej płyty tej wesołej gromadki, dowodzonej przez Erlenda Hjelvika. Zespół zaliczył po drodze całą masę koncertów, szlifował materiał i umiejętności, pojawił się ze swoimi dźwiękami w tak uznanych produkcjach jak „Łowca Troli” (słowo „uznany” traktujemy oczywiście jako złośliwy żart…), dotarł także do Polski. Po drodze okazało się, że stał się jednym z ciekawszych, rockowych uniesień norweskiej ziemi. Znani z umiłowania do dobrej zabawy potomkowie wikingów nie dali ciała – nowa płyta „Meir” to kawał rasowego rock’n’rolla, zagranego z typowym skandynawskim luzem. Z wokalistą zespołu, poniekąd przez przypadek spędziłem kilka miłych chwil na luźnej pogawędce…

 

Co słychać w świecie brudasów z Norweskich ostępów leśnych? Możesz podsumować ostatnie lata Waszej zabawy?

Przede wszystkim – koncerty. Zagraliśmy ze trzysta sztuk, a to przekłada się na coraz lepsze zgranie i opanowanie instrumentów. To się ciągle zmienia – jesteśmy coraz lepsi (śmiech…). Poznaliśmy też dużo nowych i ciekawych ludzi, jednak od czasu do czasu lubimy wracać do domu…

Znajdujecie się w dość ciekawym punkcie kariery – swoim debiutem zamieszaliście potężnie, koncerty jeszcze to potwierdziły, zaś teraz atakujecie z drugim albumem – myślisz, że udało się wskoczyć na wyższy poziom?

Kvelertak

Kvelertak

Cóż, na pewno jest to nieco inny materiał. Kawałki są bardziej rockowe, co mnie cieszy, bo uważam, że najlepszy rodzaj muzyki to rock’n’roll. Poza tym lepiej gramy i chyba świadomość tego, jak powinien brzmieć energetyczny utwór rockowy, pozwala nam robić lepszą muzykę. Liczy się esencja i w tym wymiarze są nowe piosenki bardziej koncertowe. To ciekawe, bo może okoliczności, w jakich powstawały, wpłynęły na ich charakter. Robiliśmy kawałki podczas trasy, np. wykorzystywaliśmy czas podczas prób dźwięku przed koncertami, dopiero szczegóły dopracowywaliśmy w domu. To było z jednej strony trudne, nie zawsze mogliśmy się skupić, ale jednocześnie udało nam się stworzyć kilka świetnych riffów, do których ja śpiewałem tzw. rybką (czyli po… norwesku – przyp. red.). Na pewno był to gorączkowy czas, bo chcieliśmy mieć jak najszybciej dodatkowe kawałki do grania, bo jedna płyta to trochę mało, kiedy ciągle musisz powtarzać kilka tych samych piosenek.

Czyli można przyznać, że nowa płyta jest kombinacją dobrej imprezy, smrodu sali koncertowej i miłości do rock’n’rolla?

Wierz mi – najważniejsze jest dobre, głośne party! To się liczy i powiedzmy to sobie uczciwie – wszystko do tego się sprowadza. Po co grasz? Żeby się dobrze bawić. Sprzedać płytę, czy koncert a potem iść na imprezę w klubie. Spotkać ludzi, z którymi napijesz się piwa. Radocha przede wszystkim. W takim kontekście umieszczam nową płytę.

Krążek ten łączy się z debiutem także za sprawą okładki…

Myślę, że współcześnie, kiedy wokół jest pełno obrazków robionych na kolanie i komputerze, dzieła Johna Baizley są unikatowe. Tak za sprawą konceptu jak i sposobu ich wykonania. Chcieliśmy, żeby John zrobił okładkę „Meir”, jesteśmy fanami jego sztuki jak i Baroness. Nasz tour manager dał mu promo nowej płyty podczas festiwalu Eurosonic w Holandii. Podoba mi się jego podejście do tworzenia – czyta teksty i dopiero potem rysuje. Kiedy zobaczyłem okładkę nowej płyty, mogłem w niej rozpoznać pewne elementy, które pojawiły się w tekstach a to świadczy chyba dość dobitnie o sztuce jaką uprawia John.

Nowa płyta to po raz kolejny teksty po norwesku – nie uważasz, że możecie w ten sposób zamknąć sobie ścieżkę kariery?

Dotychczas tego nie doświadczyliśmy, więc nadal używamy naszego języka. Nikt się nie skarżył, zaproszenia na koncerty są. Może jest nawet tak, że dla niektórych to ekscytujące usłyszeć nasz język. Jeśli chciałbym usłyszeć jakiś zespół z Polski, też wolałbym, żeby śpiewał w ojczystym języku niż po angielsku. Nie mam z tym problemu.

przede wszystkim - impreza

przede wszystkim – impreza

A skoro już przy tekstach jesteśmy – o czym traktują nowe kawałki?

Nasze teksty są… W zasadzie nigdy nie chciałem, żeby były one w jakiś sposób istotne. Na pierwszej płycie sporo liryków było inspirowanych norweskimi mitami. Podobała mi się jakaś historia – ok., była brana na warsztat. Podeszliśmy do tekstów bardziej indywidualnie, wykorzystując jakieś swoje spostrzeżenia, przemyślenia, po prostu szersza perspektywa i zakres tematyczny. Nie jest to coś, co ma zmieniać czyjeś życie, w końcu chodzi o zabawę, nie?

I pierwszą i drugą płytę realizował nie kto inny jak sam Kurt Ballou. Gość urósł do poziomu jednego z bardziej uznanych producentów w środowisku hardcore’owym a nawet dużo dalej – możesz ocenić, ze swojego z nim doświadczenia, co też takiego niesamowitego ten gość ma w łapach?

Nie wiem. Może to dlatego, że pochodzi z Salem (śmiech…). Za pierwszym razem trochę się denerwowaliśmy, ale teraz był już luz, w sumie to już nasz dobry znajomy (śmiech…). Co mogę powiedzieć, to profesjonalista. Przede wszystkim jest także muzykiem, a to zmienia perspektywę. Sadze, że nagrywanie z kimś, kto nigdy nie stał na scenie, jest bez sensu. Ktoś taki nie powinien w zasadzie robić albumów z muzyką rockową. Podstawą takiego grania jest przecież wydobywanie energii, agresji. To musi być zrobione w specyficzny sposób. Kurt poza tym wie, jak pracować nad brzmieniem nie tyle całego albumu, ile poszczególnych instrumentów. Dla naszej muzyki to realizator idealny.

Podpisaliście papiery z firmą Roadrunner. Przyznam, że to dla mnie dość zaskakujące, bo aktualnie ten wydawca, który jeszcze z dziesięć lat temu rządził naKoncert rynku, teraz jest raczej w defensywie. Myślicie że to dobry ruch?

Myślę, że tak i głównie dlatego, że w zasadzie sami pracujemy nad naszymi sprawami, takimi jak koncerty itp. Przedstawiciel Roadrunner spotkał się z nami pierwszy raz na festiwalu Eurosonic i od tamtej pory ciągle dawali nam sygnały, że są zainteresowani wydaniem płyty. Stwierdziliśmy zatem, że skoro chcą, to ok., zobaczymy co będą w stanie zrobić z tym materiałem. Przecież głównie chodzi o wydanie płyty, nie sądzę zatem, że mogą coś zepsuć. Dzisiejszy rynek jest dziwny, nierówny i w zasadzie znajduje się w stanie przepoczwarzania. A tego nie jest w stanie ogarnąć żadna, nawet nie wiem jak wielka wytwórnia.

Powiedz mi na koniec – jaka jest wasza filozofia grania na żywo – jesteście uznawani za jeden z najlepszych, koncertowych bandów w tej części świata – prawda to?

NMeirie wiem, nie nam to oceniać. Dla nas koncert to impreza. Co jest ważne na imprezie? Dobra zabawa. Nie ma zabawy – nie ma imprezy. Dlatego dobry koncert to przede wszystkim radocha wszystkich członków zespołu. Ciężko pracujemy na próbach po to, by na koncercie móc oddać się szaleństwu. A gdzie ten szał nas zawiedzie – cóż, różnie bywa (śmiech…). Zdarzają się gorsze imprezy, zazwyczaj jednak są one udane, bo granie sprawia nam nadal przyjemność. Po prostu wychodzimy na scenę, rozkręcamy paki na full i napieprzamy w instrumenty.

Gdzieś słyszałem, że w tej swojej filozofii jesteście czymś w rodzaju nowego Entombed?

Eee… przesada, głupie gadki. Entombed jest jeden – najlepszy, szwedzki zespół. Gdzie nam do nich, choć może gdzieś tam podejście do muzyki się zazębia. My jesteśmy Kvelertak…

Dlatego na nowej płycie jest pewnie coś w rodzaju hymnu – „Kvelertak”?

Ha, ha… Nie wiem, czy można uznać tą pieśń za zespołowe status quo. Moim ulubionym kawałkiem jest „Nekrokosmos”…

Dziękuję za kilka miłych chwil i do zobaczenia na koncercie w warszawskiej Hydrozagadce…

Dzięki, tak, będziemy znowu u was w Polsce. Znowu alkohol i pieprznięci ludzie. Lubimy u was grać. Tym razem mamy więcej piosenek. Szykujcie dupska…

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Meghan McInnis&Marius Viken (live)