KURHAN – pierwiastek odmienności

Ciężko jednoznacznie stwierdzić, przypadek czy pewne niezwykłe właściwości Górnego Śląska powodują, że na jego terenach funkcjonuje wiele unikalnych zespołów. Wśród nich prym wiodą te z płonącym globem w tle, spod znaku LTWB. My gawędzimy z Krzysztofem Mazurem, liderem debiutującego pod skrzydłami Arachnophobia Records śląskiego tria Kurhan. O Głodzie, rzeczach ważnych, mniej ważnych i kompletnie nieważnych. Podpytujemy także Namtara, związanego ze wspomniana banderą, o jego rolę w zespole.

No witam Krzyśku! Zupełnie niespodziewanie mam okazję zamienić z Tobą kilka słów z racji nadciągającego szumnie debiutu zespołu Kurhan, w którym to ryja drzesz i na basie szyjesz. Więc na początek pytanie o Twoje stanowisko w zespole. W której roli lepiej się czujesz? Wokalisty, basisty? A może niebawem ograniczysz skład kapeli do jednoosobowego minimum?

K.: Hails – co za zaskoczenie! Cóż za splendor! No więc skład już mamy ograniczony do minimum, mam nadzieję. Kolejnym elementem do wyeliminowania byłbym ja, a o tym wolę nie myśleć póki mam w miarę czasu żeby robić piosenki i forsy, żeby dokładać do tego burdelu. Lepiej mi w zespole jako basiście – basu nie słychać, więc nikt się nie czepia. Do tego materiał robimy taki, żebym się nie poskładał w czasie grania i śpiewania, dlatego komfort jest. A jak nie ma, to ćwiczymy aż jest.

Zerknijmy na chwilę wstecz. Co było bezpośrednim bodźcem, który spowodował, że do dziś usypujesz sobie ten muzyczny pomnik – Kurhan? Co byś odpowiedział komuś, kto przy butelce dobrej whiskey, klepie Cię w ramię i pyta: Krzychu, ale po cholerę Ci to wszystko?

K.: „Nie mogliśmy wziąć czystej?”. Stary zespół mi się zepsuł, to trochę pograłem i nauczyłem się paru rzeczy w cudzym, a potem założyłem sobie nowy, taki jaki chciałem. Wyszło inaczej niż chciałem, ale jestem i tak bardzo zadowolony, zresztą wg relacji kolegów oni też są zadowoleni. Osiągnęliśmy więcej niż kiedykolwiek przypuszczałem, że osiągniemy. I chcemy jeszcze. Po co? Po nic. Takie jest życie.Kurhan_wybrane_01mod1

Na stołku perkusisty w waszej hordzie zasiadł „rzymski bóg wojny”. Kiedy i w jaki sposób zwerbowaliście Namtara, aby przejął pałeczki?

K.: Znaliśmy się słabo od dłuższego czasu, ale tak jakoś wyszło od słowa do słowa, że można by pogracz troszku, więc zaczęliśmy i tak zostało. Bardzo cenię doświadczenie, które wyniósł z setek zagranych koncertów, z tysięcy godzin na salach prób, z tych spędzonych na współogarnianiu spraw związanych z jego zespołami i przy nagraniach. Przy okazji grania z nami ma dodatkowego kopa do ćwiczenia rzeczy, na które nie ma miejsca gdzie indziej, dlatego nasza współpraca daje korzyści wszystkim zainteresowanym stronom.

Skoro już wywołaliśmy do tablicy owego „boga wojny”. Jak ustosunkowujesz się do faktu, że jako członek zespołu, Namtar wymieniany jest na pierwszym miejscu (choć to Ty wraz z Jackiem działacie w kapeli od jej początków)? Czy uważasz, że „znane nazwisko” w zespole, to obecnie klucz do sukcesu? A może to jedynie zabieg promocyjny?

K.: We wkładce pierwszy wymieniony jest Jacek, bo mieszka najbliżej cmentarza, a to jest bardzo ważne. Wymienienie Ntra w materiałach promocyjnych odbieram tak, że jego obecność w składzie zespołu to taka rękojmia jakości, ponieważ nie słyszałem żadnego materiału z jego udziałem, który byłby słaby. Nawet jeśli pełniaki FDS i Night Of The World przekonują mnie mniej niż cokolwiek Massemord, Furii, czy np. mini FDSu, które są dla mnie jednymi z najlepszych rzeczy kiedykolwiek nagranych w tym kraju, jest to poziom wykonawczy bardzo dobry. Tak więc oczywiście jest to chłyt marketingowy, przy czym nie sądzę, by więcej niż dwie osoby kupiły naszą płytę bez przesłuchania wcześniej przynajmniej piosenki promocyjnej albo naszych wcześniejszych materiałów, tylko ze względu na perkusistę. Twórczość musi bronić się sama, bo nazwiska nie grają.

Nagrywaliście, tak samo jak „Cel”, w Czyśćcu pod czujnym uchem Nihila, który odpowiada również za finalne brzmienie płyty. Efekty słyszymy. Co możesz powiedzieć o tej współpracy? Miałeś już przemyślany każdy szczegół dotyczący realizacji własnej, muzycznej wizji i Nihil był jedynie tym, co „daje bass głośniej”, a może służył cenną radą?

K.: „Cel” miał w Czyśćcu nagrane tylko bębny i zrobiony miks + mastering, a gitary, bas i wokale chałupniczo u mnie ogarnialiśmy, więc brzmieniowo i realizacyjnie to nie jest Mount Everest. Nihil jest tak elastycznym współpracownikiem, że oczywiście byłby w stanie służyć jedynie za narzędzie do naciskania „record”, ale trzeba by być idiotą, by go zredukować do takiej roli. Mi się doskonale pracuje z nim jako realizatorem, bo zawsze potrafi wyciągnąć ze mnie więcej niż sobie wyobrażam, dać czas albo docisnąć kiedy trzeba, posłużyć radą, rozluźnić lub zagęścić atmosferę. Albo zrobić do mikrofonu „UGH!”. Mieliśmy z początkiem nagrań luźne wyobrażenie dotyczące brzmienia, które chcemy osiągnąć, ale na szczęście, udało się wszystko to zrobić lepiej. Znamy się troszkę, dlatego Nihil wiedział, że nawet, kiedy już zgadzam się na „finalną wersję”, a jest jeszcze czas do wydania, nie zawadzi jeszcze trochę pokręcić gałami – w efekcie na płytę trafiła bodajże czwarta „wersja ostateczna”, która zresztą bije na głowy poprzednie. Każda jego produkcja, którą słyszę to krok do przodu, a to dobrze rokuje na dalszą współpracę.

Zostawmy na chwilę konotacje personalne. Skupmy się na muzyce, która określana jest jako mieszanka black/death/thrash. Na „Głodzie” zminimalizowaliście elementy heavy metalu, dostrzegalne na demówkach, zrezygnowaliście z „solówek” i „progresywności”, przez co brzmienie albumu jest znacznie bardziej surowe i brutalne. Czy taki właśnie był zamiar? Czy to naturalny kierunek rozwoju dla Kurhanu, a kolejne wydawnictwa, będą jeszcze bardziej „siarczyste” i bezkompromisowe?

K.: Wydaje mi się, że przy „Celu” doszliśmy do granic moich możliwości, jeśli chodzi o tworzenie liniowych kompozycji – tam praktycznie cały materiał wyglądał tak, że wchodził riff, był grany dwa lub cztery razy, i po nim następny i następny, i następny, i następny. Szkoda, że wokale ciągną ten materiał w dół. Moja wina. Teraz zrobiliśmy pod względem kompozycji tajniacki krok w tył, uruchamiając pewną refrenowość utworów i chowając to większymi tempami i intensywnością, dzięki czemu nie ma czasu się zastanawiać czy coś już było wcześniej grane czy nie. Przy okazji odarliśmy numery z zalążków heavy metalu praktycznie do cna i uderzyliśmy w soniczny szturm. W tym momencie uważam, że nasz następny materiał moglibyśmy zrobić troszkę bardziej skomplikowany, przynajmniej ja będę forsował riffy z dużym parciem i kopem ułożone w trochę bardziej niż ostatnim razem zamotane struktury. W końcu na „Głodzie” najbardziej zakręcone numery mają (z tego co pamiętam) ledwie z 10 motywów – phi!

W kapeli miksujesz wspomniane gatunki – black/death/thrash, a wcześniej nawet heavy czy elementy progressive. Jeśli jednak musiałbyś wybrać jeden, który jest Ci najbliższy jako twórcy, ale też jako odbiorcy muzyki, co by to było?

K.: Metal lubię.

Wskrzeszacie „niemodne” patenty, hołdując „starej szkole”. Czy jest w tym jakiś odgórny zamysł? Nazwa – Kurhan – a więc mogiła, ale też swoisty pomnik pamięci, mogłaby sugerować, że Wasza muzyka to zamierzony ukłon w stronę prekursorów wspomnianych wcześniej gatunków. Czy chcecie w ten sposób upamiętniać to co dla Was w muzyce najważniejsze? I co właściwie twoim zdaniem jest w niej najważniejsze?

K.: Nie pomyślałem o takim powiązaniu nazwy z muzyką – pierwotnym zamysłem przy powstawaniu naszego kopca pogrzebowego było granie klasycznych patentów w nowych konfiguracjach. Pamiętam, że chciałem komponować skomplikowane utwory z prostych rzeczy, ale tego nigdy całkowicie nie zrealizowaliśmy. Zresztą, w muzyce zamiast realizować odgórne założenia kierujemy się jednak swoim wspólnym gustem i gramy rzeczy, które nam się podobają. Kiedy piszę nowy numer, to czasem kieruję go w bardziej zagmatwaną albo bardziej bezpośrednią stronę, czasem w jakiś konkretny klimat, ale końcowego kształtu i tak nabiera on na próbach, gdzie z reguły grzebiemy w strukturze, czasem też w budowie samych riffów. Dodatkowo mam gdzieś wbite do łba żeby w tym zespole brzmieć świeżo i choć trochę „inaczej” niż inne zespoły. Ale nie jest to jakiś mega-priorytet, bo wtedy na nasze ostatnie nagranie byśmy dali filtr górnoprzepustowy na 800Hz plus dwa osobne delaye na każdy kanał stereo, z czego jeden kanał puścili wspak – niemniej jakiś pierwiastek odmienności jest dla mnie konieczny. Od grania jak wszyscy inni są inni.

Zostańmy przy „Głodzie”, jednak nie muzycznie, a tekstowo. Jesteś autorem liryków, więc przybliż nam za czym jest ów tytułowy głód? Jako odbiorca dostrzegam otwartą polemikę, czy też momentami jawną negację współcześnie zastanej/go… kultury/społeczeństwa? Ów głód, rozumiałabym jako chęć zrozumienia współczesności, jednak z zastrzeżeniem, że o ile to w ogóle osiągalne, to jedynie przez wnikliwą analizę i „odkopanie” przeszłości, dawnych prawd, które niejako weryfikujesz, rozliczasz. Mimo to wszechobecny zdaje się być tylko bezsens. A może chodzi o głód wiary, jakiegoś odgórnego sensu istnienia?

K.: Z tym odkopaniem przeszłych prawd, to akurat nie miałem tego na myśli pisząc – ale jeśli tak to brzmi, to ok, bo ogólnie chodzi o systemy prawd tworzone przez ludzkość by uzasadnić swoje istnienie. Nie chciałbym na talerzu dawać właściwego klucza do każdego tekstu, bo możliwe, że czytelnicy odnajdą w nich jakieś własne znaczenia, o których w ogóle nie pomyślałem, ale wytrych już podsunęłaś. To nie jest nowy motyw ani żadne odkrywcze jego ujęcie, że człowiek posiadając zdolność refleksji (niezależnie czy jako jedyny byt na świecie, jedyny we wszechświecie, czy może jako jeden z wielu) nadpiłował biologiczną gałąź, na której siedzi. Tytułowy głód to jest właśnie potrzeba posiadania stabilnego oparcia dla stóp. Jedni odnajdą oparcie w wierze w naukę, inni w wierze w tradycję, inni w wierze w wolitywne byty niematerialne. A niektórzy jakoś radzą sobie bez wiary, np. taplając się w dobrach kultury, narkołykach czy nakurwianiu PKB, i są jak ci głusi patrzący na tańczących, ale nie słyszący muzyki, no ale do tego jeszcze kiedyś wrócimy. Resztę odczytujesz wzorowo, więc nie zostaje mi nic do dodania.

pierwiastek odmienności

pierwiastek odmienności

W lirykach stosujesz szereg nawiązań m.in. do pradawnego kultu solarnego, teorii wiecznego powrotu, gnostycyzmu; wplatasz symbole mitologiczne, literackie, filozoficzne, religijne; wyrazy starodawne, regionalne, a nawet dopuszczasz się odważnych parafraz modlitwy za zmarłych, czy Hymnu Polski, wprowadzając element gorzkiej groteski, drwiąc po trosze z obrazu Polaka-katolika, przy jednoczesnej izolacji podmiotu mówiącego, który opisuje, a sam jest niejako ponad tym. Złożoność motywów składa się jednak w moim odczuciu w jeden, klarowny, bezbożny wydźwięk – religia (czy też ogólniej, społeczna tradycja i narzucane przez nią konwenanse) to iluzja, która ma rzekomo „nakarmić sensem dni wypatroszone”, która mami, powiela odwieczne schematy, jest jedynie ułudą na drodze donikąd, wszak odgórnego sensu brak. Odpłynęłam zbyt daleko od autorskich rozmyślań?

K.: Z prymatem religii owszem, bo nie ma ona tam specjalnego miejsca i traktuję ją jako element tej społecznej spuścizny, która pozwala ludziom spokojnie żyć, cieszyć się, pracować, namnażać się, grać muzykę, oszukiwać w karty, oglądać TV i prowadzić pojazdy mechaniczne. Oprócz tego, tak jak mówiłem, dobrze rozumiesz wydźwięk tego materiału. Można by sparafrazować Marksa, że kultura jest opium ludu (nie DLA ludu – to „Opium des Volkes”, nie „für Volkes”), gdyby nie to, że od użycia tego nazwiska automatycznie używający staje się lewacką świnią, a tego chcielibyśmy uniknąć. Odniesienia, o których mówisz to w większości tylko taki smaczek, który ma wzmocnić przekaz emocjonalny, niektóre tylko odgrywają większą rolę w przekazie, stąd o tych drwinach z Polaka-katolika nawet wcześniej nie pomyślałem. Albo tak już mi to weszło w krew he, he… Refleksji swoich natomiast nie wpycham ludziom na siłę. Są one chyba zaznaczone w tym, jaką wymowę mają te teksty, ale daleki jestem od głoszenia i roszczenia sobie prawa do obiektywnej prawdy – stąd tylko luźne nakierowanie odbiorcy na moje zdanie na podejmowane tematy.

Czy pisanie jest dla Ciebie wyzwaniem? Analizujesz każdy użyty środek, każdy motyw, symbol? Czy przekaz zawarty w twoich tekstach, ma jakąś konkretną funkcję? Co jest dla Ciebie bardziej czasochłonnym zajęciem, komponowanie muzyki, czy właśnie tworzenie doń tekstów?

K.: Rzadko kiedy piszę teksty do muzyki, raczej powstają osobno i po czasie okazuje się, że konkretne utwory współgrają ze sobą. Czasem nie trzeba za wiele w nich ruszać, czasem trzeba nieco dopasować jedno z drugim, np. dołożyć jakąś partię w muzyce lub dopisać parę linijek tekstu. Wydaje mi się, że przeważnie wykorzystuję teksty po jakichś dwóch-czterech latach od napisania, więc mam czas się im przyjrzeć, ale i tak nie zagłębiam się w dogłębne analizy środków stylistycznych, nie śledzę użytych symboli, bo albo są dla mnie od razu czytelne, albo są do wyrzucenia. Część z nich ma za zadanie pogłębić znaczenie, ale niektóre są autoteliczne i na zasadzie gry słów dają mi satysfakcję z własnej pozornej erudycji. Nie wiem czy można nazwać to czasochłonnością, ale ten okres leżakowania tekstów, wraz z poczuciem, że już napisałem wszystko co mam do powiedzenia, sprawia, że najczęściej trwa to właśnie latami, aż tekst będzie wykorzystany. Dla odmiany tytułowy utwór z płyty i „Koniec” to przypadek odwrotny, teksty zrobione pod muzykę – i to już w tamtym („Głód”) i tym („Koniec”) roku. Świeżynki takie.

Skoro do rozmowy wdarły się pojęcia abstrakcyjne, co inspiruje Cię do tworzenia? Z tego co wiem, za poezją nie przepadasz, ale może wskażesz jakieś dzieła literackie, które miały największy wpływ na kształtowanie Twojego światopoglądu i Twojej osoby jako twórcy?

K.: Ciężko mi mówić o wpływie na światopogląd, a może też nawet o jakimś konkretnym moim światopoglądzie, ale w pewnych moich przekonaniach umocnił mnie Lem, i jeśli miałbym jedno źródło wskazać, to najpewniej jego. Anegdotka z nim wiąże się taka, że bardzo późno go odkryłem, bo dopiero jak miałem z 20-22 lata, bo całe wcześniejsze życie spędziłem w błędnym przekonaniu wyniesionym z czytania jakichś fragmentów „Przygód Pilota Pirxa” we wczesnej podstawówce jakoby jego pisanina to były archaiczne bzdety o maszynkach kwarcowych i robotach zrobionych z blaszanych puszek. Ale możliwe, że wyszło mi to na dobre, bo czytając go potrafiłem już w miarę oddzielić (i też docenić) kunszt pisarski i tło technologicznych zabaw językowych od Meritum. Poezja zaś na pstrym koniu jeździ i przeważnie mnie nie łapie, ale zdarzają się okazjonalne wyjątki. Ale takie wiersze można by policzyć na palcach jednej ręki, w dodatku większości nawet nie pamiętam. „The Hollow Men” mi tylko do głowy w tej chwili przychodzi, i fraza „W trzydziestym życia mego lecie, hańbą do syta napoiony…” Villona, ale oba poznałem przez odniesienia w innych, niepoetyckich dziełach. O, i Jesienin mi się przypomniał. Z tych jego rzeczy, które czytałem, najlepsze pojawiły się na trójkątnym mini Furii, więc każdy metaluch zna na blachę. No i jest też parę wierszy bardziej współczesnych, ale to głównie poziom „Arka Gdynia/kurwa, świnia”. Dobra poezja to dla mnie zdecydowanie bardziej chwila zachwytu niż wielodniowe smakowanie fraz i pamięć na całe życie. A co mnie inspiruje? Nic.

O tym, że lubisz metal już mówiłeś. Ciekawi mnie natomiast, czy są jacyś artyści-muzycy (albo niekoniecznie muzycy) spoza obszernego metalowego świata, których lubisz, słuchasz, szanujesz, podziwiasz?

K.: Od dwóch-trzech-czterech lat u mnie znów metal rządzi prawie-że-niepodzielnie, dzięki czemu jestem troszkę mniej nie-na-bieżąco z nowościami, nie sposób jednak się-nie-zgodzić, że chyba w każdym, muzycznym szambie można wyłowić-jakieś-perły. No chyba, że jest to szambo z reggae – tam jest samo gówno, gęste, oleiste i dławiące smrodem na pierdyliard parseków. Nie wpiszę się jednak w scenowy chór supcio otwartych muzycznie, odwiecznych fanów Swans, Nicka Cave’a, Joy Division i Davida Bowie, bo nawet jeśli wszystko oprócz tych pierwszych mi pasowało, kiedy ich liznąłem, to nadal było to tylko liźnięcie. Nie potrafię nawet wskazać jakiegoś zespołu czy muzyka niemetalowego, którego cała twórczość mi robi, bo spoza metalu słucham najczęściej tylko pojedynczych albumów danych wykonawców, więc zwyczajnie nie wiem, czy tacy w ogóle jacyś poza Gosią Andrzejewicz istnieją. Najbliżej prawdy to z Fields of the Nephilim (wraz z Nefilim i „What Starts, Ends” Rubicon) by było. Lubię np. Portishead s/t, „Leucocyte” E.S.T., trójmiejskie Ampacity mi zamieszało we łbie, z Maryliną Mansoną się może zakolegujemy bo „Holy Wood” mnie bardzo na plus zaskoczyło niedawno, King Crimson „In The Court…” i „Red” lubię i cenię wysoko, Pink Floyd nawet mnie pozytywnie zaskoczył z „The Piper At The Gates Of Dawn”, bo okazało się, że za młodu nie grali jeszcze dla znudzonych dziadów, NEU! pierwszy ekstra, bardzo fajna jest koncertówa Toto „Falling In Between Live”, z której dowiedziałem się, że 80% niezidentyfikowanych przebojów z lat 80. które kojarzyłem z radia jest ich (a pierwszy riff z otwierającego koncert numeru ostatnio wyłapałem na piosence z drugiej solowej płyty Jeffa Loomisa), John Frusciante solo robi robotę na tych paru płytach których słuchałem, Lana Del Rey gra fajny dream pop dla ludzi nie słuchających dream popu (podobny przypadek jak z jazzem na wspomnianym „Leucocyte”), Wędrowcy-Tułacze-Zbiegi puścili doskonały materiał, debiut Kaliber44 i „Homoxymoronomatura”, czyli współpraca Luca z Rahimem, to garść bardzo dobrych tekstów (bardziej ci drudzy) ze świetnym klimatem (bardziej ci pierwsi), nowa Lux Occulta fajna, mimo pretensjonalności… Parę piosenek z nowej płyty Taylor Swift pozytywnie mnie zaskoczyło i będę badał więcej. Punka generalnie nie słucham, ale Turbonegro „Ass Cobra” kopie dupę (i nie tylko kopie), Discharge „Hear…” miazga, oczywiście Terrorizer jedynka, Repulsion, dużo frajdy daje też zespół Antigama, niestety dopiero od Stop The Chaos się za nich zacząłem zabierać. Led Zeppelin, Danzig i Alice In Chains uznajemy za metal, nie? Okazjonalnie wpadają różne elektroniczne wynalazki, od chilloutów przez hardstyle po noise’y, przy czym to bardzo sporadyczna odskocznia i tutaj w większości nawet nie pamiętam nazw artystów – poza Infktd, którego słucham dość regularnie, i klasykami typu Merzbow czy Boris, którzy swoją drogą grają praktycznie wszystko, co się da grać. Nie rozumiem drone’ów, nie tykałem nigdy country, rockabilly i tego typu rzeczy. A w tej chwili słucham Crippled Black Phoenix „200 Tons of Bad Luck”, są momenty, ale niestety, bez lotów w kosmos.

Ok, skoro bez lotów w kosmos, to zejdźmy na ziemię. Trafiliście do Arachnophobii. Wasz Wydawca przyznał ostatnio w jednym z wywiadów, że nie łatwo do niego trafić. Nie wypiera się tego, że wydaje głównie pozycje person, które zna i po których „wie czego się spodziewać”. W jaki sposób Kurhan trafił w sieć Arachnophobii? Znacie się, lubicie? Nie znacie, lubicie? Nie lubicie a znacie?

K.: Ja się nie znam, ale lubię. Podoba mi się polityka wydawnicza oparta na starannym doborze zespołów, bo to przechodzi w jakość wydawnictw i tym samym w prestiż wytwórni. Ciężko mi powiedzieć natomiast jak trafiliśmy do Arachnophobii, bo Wydawca widział nasz występ sceniczny na jubileuszu Bloodthirst, ale wątpię by tylko ten koncert był decydujący, niezależnie od tego jak to podobno megazajebiście wypadliśmy i jakich to artystów nie wieźliśmy na krześle przez miasto. Mieliśmy okazję się zobaczyć ze trzy razy przed wydaniem, posłuchać razem występów estradowych znakomitych artystów polskiej sceny heavy metal, porozmawiać o rzeczach ważnych i nie – to pewnie też miało jakieś znaczenie.

Zostańmy jeszcze na chwilę przy relacji muzyk-wydawca. Arachnophobia zasłynęła z dość ekspansywnej formy promocji. Wasz najnowszy krążek również jest hucznie anonsowany w różnorakich mediach tematycznych. Uważasz, że przysłowiowo złapaliście byka za rogi?

K.: Pojawiają się recenzje, zaczynają się wywiady, pewnie będą jakieś reklamy, i jest to wszystko robione z głową i smakiem, więc wszystko pasuje. Czasy takie, że płyt to mnóstwo nieprzebrane jest wydawanych, ale prawda jest taka, że samą reklamą się daleko nie pociągnie – w internetach wisi prawie że wszystko, więc jak już kogoś coś zaintryguje, to przed zakupem jest możliwość się zapoznania z „towarem”, aby nie wpieprzyć się w gówno. Kiedyś byłem sceptycznie nastawiony, ale dzisiaj nawet mi się to podoba. Na pewno jest to jedna z przyczyn, dla których ostatnie lata są tak obfite w świetne wydawnictwa.

W pewnej muzycznej audycji usłyszałam redaktorską opinię, że Kurhan nie udźwignął ciążących na nim oczekiwań. Czy rzeczywiście ciążą na Was jakieś oczekiwania? Nie boisz się porównań z zeszłorocznymi debiutującymi „killerami” Arachnophobii?

K.: Nie wiem jakie były oczekiwania redaktorów wobec nas, dlatego nie mogę się do tego odnieść, natomiast jestem zadowolony z tego materiału – również dlatego, że mimo pewnie ponad setki przesłuchań samego nagrania przy robieniu brzmienia + lekko licząc kolejnej w czasie tworzenia i ogrywania go, on nadal nie nudzi mnie ani na moment. Po wydaniu „Celu” miałem poczucie, że możemy zrobić praktycznie cokolwiek, dlatego (przynajmniej ja) nie czułem jakiejś szczególnej presji. Dla nas celem było zrobić jak najlepszą muzykę, zbalansowaną między kopem a oryginalnością. Zestawianie nas z zeszłorocznymi debiutami z Arachnophobii to takie porównywanie lokówki z samochodem, bo gramy inaczej niż Odraza i Eerie, nie mówiąc już o Sigihl, który nie używa gitary elektrycznej, podczas gdy dla nas jest ona fundamentem. Gdybym miał wybierać jaka płyta miałaby być nasza, to spośród wydawnictw Arachno nie wybrałbym żadnego z debiutów, tylko albo mega dojebane Bramy Nawii Abusiveness, albo ultra dokurwione Nic co boskie nie jest mi obce Genius Ultor. Winszuję przy okazji Wydawcy i wszystkim artystom z wytwórni znakomitych płyt, życzę zdrowia i dalszych sukcesów.

Jak już mowa o wydawnictwach. Poprzednie dema zostały wydane na taśmach. „Szlam” nakładem nieistniejącej już Skeleton Plague Records ze Stanów w limicie zaledwie 150 sztuk, a „Cel” w DOOM (Demented Omen Of Masochism) w ilości 250 sztuk (wciąż dostępne chociażby u obecnego wydawcy). Czy w ogóle myślałeś, żeby chociaż wyprzedany „Szlam” wskrzesić na CD, czy to już zamknięte rozdziały działalności zespołu?

K.: O wydaniu „Celu” na CD myślałem, kiedy go nagraliśmy i kiedy ukazywał się na kasecie. Wydanie „Szlamu” na CD to temat na 30-lecie istnienia zespołu, żeby nasze tłumy fanów mogły sobie posłuchać, z jakiego dna tak wysoko się wybiliśmy. Ale żarty zostawiając na bok – lubię oba materiały, ale dzisiaj pchanie ich na CD jest bezcelowe, jesteśmy zespołem na dorobku i najważniejsze są rzeczy obecne, najświeższe. Może jak kiedyś ktoś będzie miał dużo pieniędzy do wtopienia to nie będziemy stawać okoniem, ale na teraz nie widzę w tym celu, bo ani z tego szczególny pożytek, ani pożytek.

Ostatnio głośno zrobiło się o wszystkich „śmieszkowych” stronach, drwiących z metalu. Jaki jest twój stosunek do tej kwestii? Gdzie są granice drwin? A może ich nie ma, a najważniejszy jest bezgraniczny dystans do siebie, tego co się robi i reszty świata?

K.: Bezgraniczny dystans to zdecydowane przegięcie dla mnie, bo jeśli coś robię na poważnie i angażuję się w to, to nie będę z tego się naśmiewać. Czasem jakieś żarciki ze znajomymi się zdarzają, ale na poważnie absolutnie złego słowa nie powiem. Rzeczowa krytyka ze strony tych paru osób, których zdanie mnie w tej materii obchodzi, zmusza do zastanowienia, ale przejmowanie się kimkolwiek poza tym to byłaby głupota. A heheszki z różnych innych rzeczy to już całkowicie odrębna sprawa, i absolutnie nie chcę tego mieszać z zespołem. Oddzielmy prywatne wygłupy (nawet jeśli na publicznym forum) od poważnych spraw, aby tych poważnych spraw nie rozmemłać.

Skoro już weszliśmy na tematy społeczno-egzystencjalne, to ciekawa jestem jak u Ciebie wygląda rozdział życia prywatnego od bycia muzykiem. Czy takowy istnieje?

K.: Chyba nie, ale może dlatego, że nie czuję się muzykiem. Robię swoje i tyle, a granie jest tego ważną częścią. Inna sprawa, że większość moich nie-metalowych znajomych chyba nie wie nawet, że gdzieś tam coś sobie gram, bo i kogo to, kurwa, obchodzi?

Zbliżając się nieubłaganie ku końcowi, może podzielisz się z nami informacjami, co słychać w Twoim drugim zespole – ROT, możemy spodziewać się wreszcie pełnego albumu?

K.: Z albumem to nie wiem jak będzie, ale można się spodziewać w każdej chwili. Ja obstawiam okolice roku 2018. Mamy przestoje, chyba największe już za nami. Albo przed. W każdym razie coś się niedawno ruszyło, ale jak zwykle w tym przypadku potrzeba pewnie jeszcze będzie dużo czasu poświęcić na zabieranie się do roboty. Za to potem już zwykle leci raz-dwa dzięki temu, że zajmuję się miksami, ponieważ się nie znam, to robię byle jak i jest fajnie.

A na koniec, zanim na kilka pytań odpowie nam Namtar; rozluźnij proszę wodzę fantazji i powiedz, gdzie we własnych wyobrażeniach widzisz siebie i swój zespół za kilka lat?

K.: W dupie.Kurhan_wybrane_05

Namtar, twoja kolej. Kurhan to nie jedyny zespół w jaki jesteś zaangażowany. Skąd potrzeba dołączenia do kolejnego składu?

Ntr: Czerpię radość z podejmowania wyzwań. Oczywiście, nie z byle kim. Ponadto każda minuta spędzona za zestawem czyni ze mnie lepszego rzemieślnika. Czasem zespół to dobra motywacja, żeby za tym zestawem usiąść. Szczególnie, gdy moja dupa jest wożona od domu do zestawu i z powrotem.

Czym różni się Twoja rola w Kurhanie od tej w Furii? W jednej i drugiej hordzie siedzisz za bębnami.

Ntr: Moją rolą jest uświadamianie liderowi, że jego pomysły brzmią fajnie ino w jego głowie, a pewne patenty zabrzmią lepiej gdy się je zagra prostacko. Nihilowi tak nie fikam.

Czy Kurhan jest w Twoim rozumieniu zespołem przekraczającym granice?

Ntr: Jak zagramy na obczyźnie to powiem, że tak. Póki co będziemy bujać się po Polsce.

W jakim stopniu udzielałeś się kompozytorsko podczas tworzenia „Głodu”?

Ntr: Nie definiuję siebie jako kompozytora, bo generalnie odpowiadam za to, żeby werbel nie dogonił ride’a albo żeby gitarzysta nie pływał za bardzo na skomplikowanych patentach. Wpływ mój jest, co chyba słychać.

Płyty oraz trasy Furii i Massemord odbiły się szerokim echem. Zaczęły docierać do Was głosy zainteresowania z zagranicy?

Oczywiście, kto był na naszej ostatniej trasie, ten wie. Pożyjemy, zobaczymy czy przełoży się to na konkretne wydarzenia.

Rozmawiali: Justyna Bochenek i Adam Drzewucki

Zdjęcia: archiwum zespołu