KRIMH – Pół Austriak, pół Polak

Młody, lecz doświadczony. Utalentowany, lecz skromny. Niepozornej postury, lecz gra, jak demon. Mając 20 lat Kerim „Krimh” Lechner przyjechał do Polski, aby dołączyć do reaktywującego się wtedy Decapitated i zrobił furorę. W 2013 zaliczył epizod w Behemoth i samodzielnie wydał swój pierwszy album solowy Explore. Na początku 2014 roku nie ma stałego zespołu, ale jest ambitny i marzy o Slipknot. O tym wszystkim opowiedział w specjalnym wywiadzie dla Violence Online.

Masz ledwie 25 lat, a już za Tobą kilkuletnia przygoda z Decapitated. Jak w ogóle do tego doszło?

 Krimh

Krimh

Szaleństwo, prawda?! Sam nie mogę uwierzyć, jak to się stało. Mniej więcej w 2007 zacząłem nagrywać filmy z perkusyjnymi coverami i umieszczać je na youtube. Jednym z kawałków był „Invisible Control” Decapitated. Dzisiaj uważam, że grałem fatalnie, ale w tamtym czasie czułem się wielki i dumny, że potrafię odtworzyć tak trudny numer. Chłopaki z zespołu trafili na moje nagranie. Znacznie później, już po śmierci Vitka, Vogg powiedział mi, że zrobiłem na nich wrażenie. Ja robiłem swoje, nagrywałem kolejne wideo, a w międzyczasie miał miejsce wypadek, w którym właśnie zginął Vitek i strasznie ucierpiał Covan. Gdy Vogg postanowił reaktywować kapelę, odezwał się do mnie z zaproszeniem na przesłuchanie. Latem 2009 przyjechałem do Krakowa, żeby się poznać i po raz pierwszy zagrać razem. Pomysł wypalił i już w styczniu 2010 przeprowadziłem się do Polski. Zagraliśmy wiele udanych tras, nagraliśmy Carnival is Forever. To było dla mnie wspaniałe doświadczenie. Tym bardziej z ciężkim sercem opuściłem zespół jesienią 2012. Nie chcę opowiadać o szczegółach. Dodam jednak, że była to dla mnie niezwykle trudna decyzja. Trzymam kciuki za ich sukcesy w przyszłości.

A jak trafiłeś do Behemoth?

Od czasu odejścia z Decapitated byłem zajęty projektem solowym. W maju 2013 byłem akurat w Austrii, kiedy zamejlował Orion z zapytaniem o mój numer. Chwilę później zadzwonił z informacją, że Inferno ma problem ze zdrowiem i potrzebują bębniarza na zastępstwo. Trudność polegała na tym, że najbliższy koncert był już za dziesięć dni i w dodatku chodziło o warszawski Impact Festival, gdzie mieli grać także Rammstein, Korn i Slayer. Trochę ponad tydzień, aby opanować cały set. Ogarnął mnie strach i odebrało mi mowę, ale powiedziałem, że jestem zdecydowany. Jeszcze tego samego dnia zacząłem ćwiczyć numery Behemoth i tak bez przerwy przez kolejne kilka dni, nawet do siedmiu godzin dziennie. Do Polski przyjechałem na cztery dni przed festiwalem, żeby faktycznie pograć razem. W sumie zagrałem z nimi około 25 koncertów, w tym duże festiwale oraz świetne trasy po Australii, Azji i Polsce. To były niezapomniane wyjazdy.

Pół Austriak, pół Polak

Pół Austriak, pół Polak

Jak Cię traktowali?

Goście z Behemoth są wspaniali. Zostałem potraktowany z szacunkiem. Mimo, że od początku było zupełnie jasne, że gram z nimi tylko w zastępstwie za Inferno, sprawili, że poczułem się częścią zespołu. Po prostu wszystko wypaliło bezproblemowo. Wszyscy byli bardzo zadowoleni, że koncerty wypadły jak trzeba. Nergal po ostatnim wspólnym gigu we Wrocławiu powiedział mi, że jest bardzo szczęśliwy, że tak nam się udało.

Numery Behemoth stanowiły dla Ciebie duże wyzwanie?

Nauczyć się pełnego setu w dziesięć dni to ogromne wyzwanie niezależnie od tego o jakim zespole mówimy. Dlatego właśnie ćwiczyłem z takim zaangażowaniem i zapałem. Mówiąc szczerze przetrenowałem lewą nogę i podczas pierwszych dwóch koncertów odczuwałem ból. Szczególnie podczas „Ov Fire and the Void” oraz „Alas, Lord is Upon Me”. Kosztowało mnie to trochę stresu, ale potem wszystko już było dobrze i pozostałe sztuki grałem zrelaksowany.

Twój styl mocno różni się od tego jak bębni Inferno?

Każdy perkusista ma swój odrębny styl. Różnica między nami polega między innymi na tym, że Zbyszek potrafi grać piekielnie szybkie krótkie partie na stopie. Jest w tym zupełnym mistrzem. Ja gram odrobinę wolniej, ale za to potrafię utrzymać tempo na dłuższym dystansie. Inferno jest starszy ode mnie i bardziej doświadczony. Należy do ścisłej czołówki krimh4 - copyright David Dornauer-Freigeist Photographymetalowych bębniarzy. Ja należę do młodszego pokolenia.

Do zaliczenia wielkiej polskiej metalowej trójki pozostał Ci jeszcze Vader.

Wyobraź sobie, że o mały włos zagrałbym kiedyś koncert z Vader. Zabukowali kiedyś sztukę na ostatnią chwilę i James nie mógł dojechać na czas. Zapytali mnie czy jestem w stanie pomóc. Ostatecznie z odsieczą przybył Paweł Jaroszewicz, który przecież grał z nimi wcześniej. To byłaby fajna historia, gdyby padło jednak na mnie.

Dzielisz swój czas między Austrią a Polską. Jak mieszka Ci się w naszym kraju?

Oba kraje są różne, ale bardzo lubię Polskę. Mieszkamy z moją dziewczyną w Warszawie. Dobrze się tu czuję. Obyczaje i mentalność ludzi jest tu trochę inna, ale do większości już się przyzwyczaiłem. Jedzenie za to jest podobne do austriackiego. Przede wszystkim ziemniaki i mięso. Polska szybko się rozwija i jest nowoczesna, ale takie smaczki jak Poczta Polska czy stare dworce autobusowe to coś niesamowitego. Tam czas stanął w miejscu i odczuwalny jest jeszcze duch dawnego systemu. Podobnie z domami kultury. Albo walka o miejsce w kolejce w sklepie. Zaakceptowałem to, ale wydaje mi się to bardzo śmieszne. Nie mówię dobrze po polsku, ale uczę się i staram się komunikować z ludźmi. Polski to trudny język. Dużo rozumiem, ale gorzej z mówieniem.

Polska scena metalowa różni się od austriackiej?

Przede wszystkim muszę przyznać, że w Polsce jest wiele doskonałych kapel. Granie w Polsce to zawsze przyjemność, a fani są bardzo oddani. Polscy metalowcy są dość konserwatywni i staromodni. Rządzą koszulki i naszywki oldschoolowych zespołów. Nowe brzmienia i trendy takie jak metalcore nie są tak popularne, jak właśnie w Austrii. Za to jednak granie w Polsce daję więcej szans na bycie zauważonym i docenionym.

Wiedziałem, że jesteś kapitalnym perkusistą, ale po przesłuchaniu „Explore” uznałem, że także świetnie radzisz sobie z pozostałymi instrumentami. Który był pierwszy i który jest dla Ciebie najtrudniejszy?

Dzięki za komplement, ale osobiście uważam, że moja gra na gitarze i basie jest okropna. Pierwsza była naturalnie perkusja. Zawsze o niej marzyłem i zacząłem mniej więcej w wieku 14 lat. Od tego czasu mam totalnego fioła na punkcie tego instrumentu. Staram się poświęcać więcej czasu gitarze, ale to jednak nie ta sama miłość. Lubię komponować na gitarze, ale mam dość ograniczone umiejętności, więc czasem dopada mnie frustracja, że nie potrafię zagrać tego, co mam w głowie. A już granie na akustycznej gitarze to w ogóle wyzwanie. Popełnisz najmniejszy błąd i wszystko słychać.David Dornauer (Freigeist Photography)

„Explore” to album instrumentalny, bo nie chciałeś spróbować sił w roli wokalisty?

Myślę, że poradziłbym sobie z wokalami, ale problem był taki, że nie potrafiłem zdecydować się w jakiej estetyce zrobić wokale. Na płycie przeplatają się różne style i nastroje. Są elementy black metalu, death metalu, są momenty progresywne czy akustyczne. Nie wiem, jakie wokale pasowałyby do całości. Czyste, agresywne, growling? Dlatego właśnie odpuściłem wokale i zrobiłem album instrumentalny. Mam poczucie, że udało mi się skomponować materiał, który nie nuży, więc wokale nie były konieczne.

Brałeś pod uwagę, żeby zagrać koncerty z tym materiałem?

Tak, myślę o tym, ale muszę poważnie się zastanowić. Dużo osób o to pyta. Jest kilku wspaniałych muzyków, których z chęcią zaprosiłbym do zespołu, ale mam pewien dylemat – powołać zespół w Polsce czy w Austrii? Ponadto grając z Behemoth zupełnie nie miałem czasu, żeby faktycznie coś zrobić w tym kierunku, a ostatnio na przykład napisałem dwa nowe numery.

Płytę wydałeś sam. Nie szukałeś zainteresowania jakiejś wytwórni?

Podoba mi się podziemna filozofia wydawania płyt własnym sumptem. Szczególnie, że to jednoosobowy projekt, więc sam za wszystko odpowiadam. Nie potrzebuję kontraktu na trzy albumy. Nie chcę komponować pod presją umowy czy zobowiązania. Chcę mieć absolutną wolność twórczą. Czasem zdarza mi się napisać cztery nowe numery na przestrzeni tygodnia, a później przez pół roku nic. Odpowiada mi to. Tworzę, kiedy mam potrzebę. Wytłoczyłem pięćset kompaktów „Explore” i sprzedałem przez internet prawie cały nakład w pół roku. Myślę, że to dobry wynik. Jeśli w przyszłości projekt się rozwinie i otrzymam interesującą ofertę to zapewne ją rozważę, ale dziś dobrze mi jest tak jak jest.

Po prostu wszystko wypaliło bezproblemowo.

Po prostu wszystko wypaliło bezproblemowo.

Jak długo nagrywałeś „Explore” i czy to było podobne doświadczenie jak sesja z Decapitated?

Bębny nagrałem we Wiedniu w UDIO Media Studio u mojego przyjaciela Norberta Leitnera. Dodam jeszcze, że Norbert pozwolił mi skorzystać ze studia za darmo. To była ekspresowa sesja. Raptem trzy dni. Gitary nagrałem w domu w Warszawie, co zajęło mi około dwóch tygodni. Sklecenie i mastering całego materiału to kolejne kilka tygodni. Nagrywanie z Decapitated to zupełnie inna bajka. Pierwszy raz byłem w poważnym i dużym studio. To było bezcenne doświadczenie. Przez pierwsze dwa dni nagrywania bębnów wyłącznie dopasowywaliśmy mikrofony, aby osiągnąć pożądane brzmienie. Od tego momentu wiem, jak ważne są detale i co można osiągnąć jeśli ma się możliwości i czas.

„Explore” to raczej kolekcja poszczególnych numerów niż spójny koncept album. Jak to widzisz?

Zgadzam się. Podoba mi się fakt, że każdy numer stanowi odrębną i niezależną całość. Oczywiście łączy je klimat i brzmienie, ale komponując nie lubię się ograniczać i nie zastanawiam się czy wszystkie numery mają ze sobą coś wspólnego. Lubię poruszać się między gatunkami i pisać to, co akurat siedzi mi w głowie.

Jakie płyty zrobiły na Tobie wrażenie w 2013?

Bardzo przypadło mi do gustu „Absence” Blindead. Wspaniała kapela. Patryk jest doskonałym wokalistą. Myślę, że pasowałby do moich kawałków. Kto wie, może pewnego dnia wyjdę do niego z propozycją współpracy. Ponadto w ucho wpadła mi „Asymmetry” australijskiego Karnivool. Znałem ich już wcześniej, a ten album jest po prostu świetny. Można słuchać raz za razem i wciąż odkrywać nowe smaczki. Miałem też okazję posłuchać „The Satanist” Behemoth. Płyta miażdży konkurencję!

I na koniec – co zaplanowałeś na rozpoczynający się właśnie rok 2014?

W każdej wolnej chwili będę komponował nowe numery. Być może nawet spróbuje nagrać drugą płytę. To zależy czy załapię się na stałe do jakiegoś zespołu. Niedawno poszła fama, że Joey nie jest już w Slipknot. To jeden z tych zespołów, który zainspirował mnie do gry na bębnach. Granie z nimi to byłoby spełnienie marzeń. Zresztą wrzuciłem już na youtube moje covery „People=Shit” oraz „Eyeless”. Być może ktoś to doceni. Problem polega na tym, że do takiego zespołu niezwykle trudno dotrzeć. Najlepiej byłoby przesłać klipy bezpośrednio do kapeli, ale nie mam takiego dojścia. Poza tym jestem bardzo ciekawy czy faktycznie Jordison odszedł. W końcu on pisał większość kawałków i bez niego ciężko mi wyobrazić sobie ten zespół w przyszłości.

Rozmawiał Adam Drzewucki

Zdjęcia: David Dornauer/Łukasz Popławski