KIRK – wpadanie w chaos

Elektronika to zło. Diabeł wcielony, co gitary podstępnie przepiłowuje na pół, zabierając wszystko co kochamy. Tak myślałem wiele lat temu, broniąc się przed tym, co nieuchronne – przed muzycznym eklektyzmem, łączącym wszystko w jeden, niewyobrażalny tygiel dźwięków. Powoli stawało się dla mnie oczywiste, że nie instrument jest istotny a idea, która stwarza dźwiękowy byt. A jeśli ktoś chce go osiągnąć za pomocą dwóch kamieni, to jego sprawa, grunt, żeby owe kamienie spotkały się w najciekawszym momencie. W projekcie kIRk spotkały się trzy niezwykłe osobowości, które połączyły ze sobą jazz, awangardę, techno i psychodeliczne pola w jeden, niezwykły obraz. Trudny, wymagający od słuchacza pewnego wysiłku, ale także hipnotyzujący całą paletą brzmień i rozwiązań formalnych, bardzo mocno oddziałujących na wyobraźnię. Wydana w tym roku trzecia płyta o wyszukanym tytule „III” przynosi więcej rytmu, który trzyma wszystko w ryzach i jeszcze większe pragnienie znalezienia tego mitycznego okna, przez które będzie można wpuścić słuchacza. Oczywiście – słuchacza uważnego i gotowego by poświęcić czas, nerwy i intelekt, by tę układankę zgłębić. Wyobraźcie sobie co bardziej psychodeliczne, naszpikowane elektroniką pola, po których biega nerwowy, ninjatune’owy rytm a w oddali trębacz prowadzi dialog z wiatrem… Dodam tylko, że dzisiaj akurat niczego nie brałem, jestem świadomy swoich słów i jeszcze bardziej zdecydowanie zapraszam na rozmowę z człowiekiem, który jak mało kto okiełznał zera i jedynki – Pawłem Bartnikiem.

Wpadamy w chaos, rozglądamy się i powoli układamy sobie nowe światy.

Żyjemy w zagonionym, zestresowanym świecie, gdzie każdy łaknie odpoczynku. Czy nie jest to zatem ciut samobójcza misja, nagrywanie muzyki, która – powiedzmy to uczciwie – wymaga od słuchacza nieco wysiłku?

Zastanawiam się nad mnóstwem rzeczy, nad tą nigdy dotąd się nie zastanawiałem i chyba nie będę. Słowem: to, co robimy jest bardziej ukierunkowane na nasze potrzeby niż na słuchacza. Zapraszamy oczywiście do wspólnego słuchania, bo jeśli nasza muzyka przenika, dociera to znaczy, że gdzieś się porozumieliśmy ze słuchaczem. Dość to wspólnotowe.

Spotkałem się gdzieś z Waszą wypowiedzią, gdzie swoją muzykę określacie słowem „Wolność”. I jest to dla mnie dość ciekawe, bo wolność kojarzy mi się z Open'er (fot. Bartosz Bajerski)improwizacją, a Wy używacie całej baterii instrumentów elektronicznych/samplerów itp, które kojarzą się w właśnie dość przeciwnie. Czy Waszym zdaniem udało się tchnąć w elektronikę ducha improwizacji?

Prawda? Elektronika to struktura, zera i jedynki. Maszyny. To się narzuca. Zauważyłem, że moi koledzy „po komputerze” próbują ostatnimi czasy z tego wyjść w dość paradoksalny sposób. Mianowicie zaprogramowują chaos. Dołączają do idealnego przebiegu algorytmy psujące, kapkę entropii. Ewentualnie rozbudowują instrumentarium, mnożą gałki i suwaki. Że niby to pomoże być bardziej „żywym”. Moim zdaniem żywe granie na tym nie polega. Chodzi o odpuszczenie totalnej kontroli. I przyjemność z tego płynącą. W takim Abletonie, który swoją architekturą zakłada w sumie poukładany i nudny set też można powywijać. No ale przede wszystkim nie można się bać. To tyle odnośnie elektroniki. Odnośnie kIRka – jesteśmy zatopieni w improwizacji. To nas napędza. Równocześnie śmiem twierdzić, że wypracowaliśmy własny język komunikacji pomiędzy sobą. Bardzo dobrze się znamy. Jeśli chodzi o kwestię odczuć to rzeczywiście takie granie jest uwalniające.

Czyli słuchając „III”, uczestniczę w wydarzeniu n a poziomie płyty jazzowej, będącej zapisem chwili, interakcji między muzykami? Czy jest w tym jakiś element premedytacji, z góry założonych struktur, chociażby w warstwie bitu? A tak w ogóle – nie brakuje Wam żywego perkusisty?

Improwizacja utożsamiana jest z jazzem. Wiadomo, nie bez przyczyny. Jednak improwizacja jazzowa to określona formuła. My też proponujemy pewną formułę improwizacji. Osobną, niejazzową formułę. Najwięcej struktur przygotowanych jest u mnie, na komputerze, przede wszystkim właśnie kIRk okładkastruktur rytmicznych. I potem jest kompletne ich rozwalcowanie. Wpadamy w chaos, rozglądamy się i powoli układamy sobie nowe światy. Potem idziemy dalej. Co do żywego perkusisty – nie brakuje nam go, aczkolwiek jesteśmy otwarci na granie z innymi muzykami. Wszystko zależy od człowieka i tego jak się rozumiemy na scenie i poza nią.

Ostatnia kwestia nie jest przypadkowa, bo nowa płyta jest zdecydowanie bardziej rytmiczna niż poprzednia. Masz jakieś kryterium doboru brzmień perkusyjnych? Sampli, próbek?

Mam jakieś matryce brzmień, do których dążę. Po ostatniej płycie ze znacznie większą uwagą pracuję nad brzmieniem poszczególnych instrumentów, w tym perkusyjnych. Kiedyś to zaniedbywałem, brakowało mi też warsztatu i słuchu. Teraz mam cierpliwość i potrafię rzeźbić stopę parę dni. Nie satysfakcjonuje mnie pierwszy strzał.

Jak to wszystko co napisałeś przekłada się na brzmienie i swobodę koncertową? W ilu procentach kIRk jest na scenie tworem zaprogramowanym a w jakich płaszczyznach – pomijam trąbkę – możecie zaszaleć? Jest miejsce na szaleństwo?!

Jest. Procentów nie znam, nie przytoczę.

Ok. Pomijamy procenty. Możesz zatem opisać w jakim zakresie dajecie sobie swobodę w odtwarzaniu wersji studyjnych. Czyli czy bardzo wersje live różnią się od tych z płyt?

Różnią się bardzo. Czasem zarysowujemy wyłącznie znany słuchaczom utwór i na tym poprzestajemy, czasem temat stanowi punkt wyjścia do improwizacji.

Słuchając płyty, doszedłem w pewnym momencie do wniosku, że znajduje tu podobieństwo do tego, co Tomasz Stańko robił pod koniec lat 80. z zespołem Freelectronic. Czy to przypadek, czy trafiłem na jakiś ślad inspiracji?

Mogę mówić za siebie. Tomasz Stańko nie stanowi mojej inspiracji, znam tego artystę bardzo powierzchownie.

wpadanie w chaos

wpadanie w chaos

Chodzi mi o podobny sposób budowania muzyki, opierającej się na elektronice, skontrastowanej z improwizowanymi partiami trąbki. To oczywiście moje porównanie – muszę zatem zapytać się o inspiracje, muzyków, czy zespoły, które odcisnęły na Tobie piętno i w pewnym sensie wpłynęły na to, co robi kIRk?

Uformowała mnie estetyka dzikiego, wręcz brutalnego techno. To zdecydowanie najważniejsze. Nie twórcy byli ważni, ale konkretne płyty, konkretne single i ep-ki. Wymienię jedną płytę – album „Places” Joeya Beltrama. To jest definicja techno. Jeśli ktoś by mnie zapytał czym jest techno, odsyłam do tej pozycji. Uwielbiam bas i pogłos. Dlatego zawsze będzie ważny dub i wszystko to, co zrobiły z nim metropolie takie jak Londyn, Berlin, Detroit. Jakbym miał wymienić moich arcymistrzów, gości, których drogę twórczą wyjątkowo cenię, okazałoby się, że ich estetyka ma niewiele wspólnego z moją. Na pewno: Jimi Tenor, Moritz von Oswald, Robert Hood. Od kilku lat najważniejszy jest Archie Shepp i Matana Roberts. A jeśli chodzi o arcymistrzów: Kevin Martin.

To ciekawe. Bo faktycznie pewnego ducha techno słychać na płycie, choć ja np. usłyszałem tam elementy znane z płyt Amona Tobina i Squarepushera…

Bardzo dobrze znam te estetyki i czerpię z ich patentów

Płytę wydaliście w labelu kojarzącym się głównie z hip hopem, tymczasem jedynym voxem na płycie są … śpiewy pani Antoniny Nowackiej. Skąd pomysł na wydawcę i jak doszło do współpracy z Antoniną?

Woziliśmy się z tą płytą prawie rok. Po drodze było dwóch wydawców, którzy nie wydali tego materiału. I bardzo dobrze. Tytus, właściciel Asfaltu, usłyszał płytę dzięki Pytkowi, który pracuje w Asfalcie i jest równocześnie dobrym kolegą naszego kIRkowego Filipa. Asfalt to jest poważna firma, poza tym – jak się okazało – tworzą ją po prostu dobrzy, serdeczni ludzie. Naprawdę nikt z nas nie kalkulował propozycji Tytusa. Było od razu „tak”. Antonina grała przedtem z Olgierdem. Olo podesłał jej album, a Tosia, która mieszkała wówczas w Szkocji, dograła się do ostatniego numeru. Jakby to był zwykły „featuring” to najpewniej taki patent by nie przeszedł. W końcu myśmy to nagrali na setkę. Tylko, że jak odpaliłem ten numer okazał się kompletny. Zadecydowały ciarki. Zresztą Tosia to taka wrażliwość i osobność, że mnie po prostu zachwyca. Ona nam wszystkim jeszcze pokaże.

Podoba mi się Wasze zdecydowanie i przekonanie o słuszności działań. Ustawiając jednak płytę w szerszym kontekście, tzw. marketingowym – jak oceniacie jej szanse? Jak na możliwości promocji przekładają się w zasadzie głównie bardzo pozytywne Kosmos Kosmosrecenzje? Bo jak wiadomo, często jest tak, że rzeczy zgnojone przez krytyków paradoksalnie są akceptowane przez publiczność i odwrotne – te chwalone często „nie przyjmują się”…

Nie wiem czemu to zawdzięczać, ale my od pierwszej płyty mieliśmy prawie zawsze dobrą prasę. Oceny oscylowały mniej więcej pomiędzy „jest solidnie”, a „jest doskonale”. Szczerze, to nie pamiętam ani jednej recenzji nisko oceniającej płytę kIRka, gdy sięgniemy aż do „Mszy Świętej w Brąswałdzie”. Równocześnie: to się kompletnie nie przekłada na sprzedaż płyt ani na popularność zespołu. Szczerze mówiąc to nie wiem na co to się przekłada. Na początku przekładało to się na pewno na naszą pewność siebie. Teraz już nie szukam w recenzjach głaskania, ale konfrontacji z żywym człowiekiem. Z jego recepcją i refleksją. No, tylko, że ja nie jestem adresatem recenzji płyt, które współtworzyłem. Myślę, że bardzo mało ludzi czyta recenzje, a jeszcze mniej na nich polega. Pewien posłuch mają osobistości kultury – ludzie, którzy równocześnie wydają książki, piszą felietonistykę i prowadzą bloga. Oni mogą realnie zmotywować ludzi do kupowania płyt. Natomiast marketingowo najważniejszy jest oddolny „hype”. Efekt skali. Dużo komentarzy, „lubisie”, „lajki”, „łapki”, nawet „hejt”. Super ludziom wchodzą płyty-memy, płyty zaczepione w ruchach społecznych (rap patriotyczny) czy płyty-konfekcyjne, bo o subkulturach to raczej nie ma współcześnie co gadać. Wiadomo jak się nosi fan Swans, jak Tedego, a jak Taco.

Prawda jest tak, że wszystko choć przeniosło się do internetu, także niczego nie gwarantuje, a jedynie stwarza pozory wirtualnej popularności. I tym wesołym akcentem zakończmy rozmowę…

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu