KILL THE CLIENT – Sushi, powerviolence i era Bush’a…

Nadal wierzę, że to bardzo ważne, by być politycznie świadomym, jednak ciągła obsesja na punkcie tych wszystkich niedoskonałości powoduje, że jestem chory…

Scena grind core przez lata ewoluowała, począwszy od klasycznych, jeszcze technicznie niezbyt okazałych płyt, od prób Napalm Death czy pierwszych kroków Carcass. Dzisiaj od mnogości odłamów, stylistyk i nurtów może rozboleć głowa i trzeba być nie lada chojrakiem, żeby w tym natłoku dźwięków się połapać. Dlatego z prawdziwą przyjemnością przedstawiam zespół, który dokładnie wie, co chce grać, nie przesadza z pomysłami i ma coś do powiedzenia. Jednocześnie Kill The Client to nie jacyś nieopierzeni debiutanci, ale znakomita, doświadczona ekipa, która ma na koncie już dwie duże płyty i parę splitów. Teraz szaleńcy z Texasu przedstawiają najnowsze dzieło „Set For Extinction”, które – co wcale nie dziwi – świat ujrzy za sprawą Relapse Records. Na kilka słów komentarza udało się namówić basistę James’a Delgado…

Kill The Client to zespół o bardzo wyrazistym charakterze, w zasadzie nie ma możliwości, by pomylić styl waszej muzyki z jakimkolwiek innym. Skąd to zdecydowanie i rasa – lata praktyki czy zwyczajne przekonanie o słuszności obranej drogi?

James: Muszę przyznać, że kiedy startowaliśmy z zespołem w 2002 roku, nie było wokół nas grup, które tak aktywnie by podążały w stronę ekstremalnych bitów. Było sporo death metalu, metalcore’a i tym podobnych wynalazków, ale grind, szczególnie w Texasie, to było coś całkiem egzotycznego. A powody były proste – uwielbiamy taką brudną, gwałtowną muzykę. I słuchać i grać, to dla nas przednia zabawa.

Możesz wymienić choć kilka zespołów, które ukształtowały was jako muzyków?

J: Trochę tego jest… Na pewno Terrorizer, pierwsza płyta rządzi do dnia dzisiejszego. Pewnie Crossed Out, EyeHateGod, oczywiście Nasum. A jeśli chodzi o nowsze nazwy, to wymienię szaleńców z Weekend Nachos, to naprawdę nihilistyczna banda, niezły jest Mammoth Grinder czy Hatred Surge…

Dostajemy do łap świeżutki krążek i od razu nasuwa się pytanie o różnice, jakie dzielą to nowe dzieło i o dwa lata młodszy „Cleptocracy”?

J: W sumie każde nasze wydawnictwo jest trochę inne, to nie jest akurat prawda objawiona. Jeśli miałbym określić definicję naszego brzmienia, to uważam, że osiągnęliśmy je na „Cleptocracy”. To kompletny kopniak, szybki jak skurwysyn grind, bez żadnych pauz, i przepraszania. Nowy materiał ma w sobie za to więcej oddechu i jednocześnie skręca nieco w stronę stylistyki powerviolence hardcore. Dzięki temu lepiej przyswajalny stał się dla tych ludzi, którzy nie do końca lubią tylko blasty. Co nie zmienia faktu, że „Set For Extinction” to nadal brutalny i błyskawiczny atak, mocno kłaniający się kalifornijskiemu hc z początków lat 90 – tych i powerviolence. W każdym razie nie jesteśmy żadnym death’owym bandem, który próbuje grać grind…

Nowy materiał, nawet jeśli ma w sobie trochę odstępstw od „normy”, to stanowi kliniczny przykład inteligentnego grind core’a w klasycznym ujęciu. Brzmi to trochę, jakbyście chcieli na nowo się zdefiniować, tworząc coś w rodzaju „the best grind stuff ad 2010”?

J: Takie granie lubimy. Mam nadzieję, że inni też… Jesteśmy autentycznie dumni z nowej płyty, bo nikogo nie kopiujemy, starając się być przede wszystkim w zgodzie z samym sobą. Pokazujemy na tej płycie wszystko, z czym nam kojarzy się pojęcie grind core i hardcore.

Należycie raczej do tego odłamu grind’core’a, który stara się coś przekazać i raczej stronicie od gore i porno w tekstach. Rozumiem, że określenie was jako zespół walczący, czy nawet polityczny, nie wzbudzi Twojej niechęci?

J: Muszę przyznać, że miniona era George’a Busha upolityczniła mnie bardzo. Zresztą, jak i wielu innych ludzi z tego okresu. Jeśli miałeś okazję poczytać teksty np. z „Cleptocracy”, poczujesz frustrację z jaką żyli ludzie w tamtym czasie, usłyszysz głos sprzeciwu wobec chrześcijańskiej „poprawności” a w zasadzie zakłamaniu, jakie dominowało w wielu regionach USA. Być może dlatego na najnowszej płycie w tekstach nastąpił lekki  zwrot w stronę naszej codzienności i komentarzy jej dotyczących. Oczywiście i tu trafisz na politykę ale nie jest ona dominująca. Jestem już trochę zmęczony przejmowaniem się wszystkim dookoła. Nadal wierzę, że to bardzo ważne, by być politycznie świadomym, jednak ciągła obsesja na punkcie tych wszystkich niedoskonałości powoduje, że jestem chory. No i staram się teraz zachowywać zdrowy dystans do tego całego gówna…

Ok, to może teraz trochę o życiu koncertowym, bo taki zespół jak Kill The Client scenę uważa chyba za dom – dużo gracie w ciągu np. roku?

J: Część naszych koncertów jest na prawdę szalona a część pretenduje do tego by nazwać je dobrymi. Nie ma znaczenia gdzie i ile gramy. Tu jest nasze miejsce i staramy się znaleźć coś dla siebie. Bo, muszę przyznać, że często z nami jest tak, że jesteśmy zbyt punkowi dla metalowców i zbyt metalowi dla punków. Może właśnie dlatego jesteśmy tak dumni z naszej muzyki i osiągnięć, bo udało nam się coś zrobić, bez wspierania na jakiejkolwiek scenie. Na takiej zasadzie, że często słabe zespoły mają spory support i odzew, bo należą do określonej społeczności. Gramy jak lubimy i autentycznie sprawia nam to radość.

Pamiętasz jakieś szczególnie śmieszne i wykręcone momenty z ostatnich wypadów?

J: Nie wiem, czy to jest śmieszne, ale kilka dni temu na jednym z ostatnich koncertów bawiliśmy się do rana z kumplami z Phobii, Exhumed i Cattle Decapitation i kiedy wreszcie o 5.55 zasnąłem snem sprawiedliwego, po dosłownie 5 minutach… obudził mnie nasz wokalista jak gdyby nigdy nic ściągnął mnie z łóżka na wyprawę do sąsiedniego miasteczka na… sushi… Teraz patrzę na te 5 minut snu jako na ubaw. Zagraliśmy fajny koncert, była zabawa a na drugi dzień, po porannym sushi straszliwa zmuła, dół i ból brzucha. Takich rzeczy się nie zapomina.

Wasz perkusista Brian Fajardo pogrywa min. w Phobii i kilku innych zespołach. Czy reszta też ma poboczne projekty muzyczne?

J: Fakt, on gra czasami w tym zespole i jeszcze kilku. Z nami gra od momentu, kiedy wszyscy mieszkamy w tym samym mieście. Reszta z nas skupia się raczej na Kill The Client, choć Chris, nasz gitarzysta myśli ostatnio o tym, by założyć jeszcze jeden zespół. Tak wiec zapracowane z nas chłopaki…

Jak wygląda zwyczajny dzień takich krwiożerczych muzykantów jak Wy?

J: Ja pracuję na stanowisku telemarketera, Chris w banku, Morgan z kolei buduje sale gimnastyczne a Bryan jest elektrykiem i glazurnikiem. Na co dzień zajmuję się zupełnie normalnymi rzeczami, z moją żoną i kotem prowadzimy spokojne życie, chodzimy na  bilard itp., z kolei Chris jest maniakiem futbolu, Morgan trenuje sztuki walki a Bryan, cóż, lubi sobie popalić trawkę…

Rozmawiał Arek Lerch