KIEV OFFICE – Morze mamy we krwi

Pierwsza ważna premiera nowego roku i od razu rozmawiamy z szefem Kiev Office, gitarzystą i wokalistą Michałem Miegoniem. O zmianach, nowej płycie, muzyce, ale także o lokalnym patriotyzmie, Trójmieście, nostalgii, przemijaniu, reformacji i kontrreformacji. Tematów jest mnóstwo a napędza nas energia jaka bucha z nowej płyty, zatytułowanej „Nordowi Môl”. Co oczywiście może się tylko podobać, tym bardziej, że nowe dzieło jest doskonałym otwarciem stycznia, pokazuje też, że zespół ma aspiracje by tym razem ugrać nieco więcej niż w ostatnich latach, choć Michał bardzo świadomie podchodzi do tematu, komentując sprawę: wolimy się skupić porządnie, zgodnie z zasadami BHP (lub czasem je naginając) na naszym szalonym trio, mając też czas na inne życie. Oddajmy zatem głos samemu zainteresowanemu… 

Może zacznę trochę przewrotnie: czujesz ulgę, że już po porodzie?

Myślami planujemy już następny album, ale jesteśmy bardzo ciekawi dokąd zaprowadzą nas nowe drogi przy okazji albumu. Tak więc ulgę kompletną przyjdzie poczuć zapewne za jakiś czas, acz faktycznie – przygotowanie albumu od strony taktycznej i deadline’owej było wycieńczające – trafiliśmy w okres największego oblężenia dla tłoczni, finisz prac nad płytą zdecydowanie nie był zgodny z bhp. W tym względzie mamy ulgę, że poród fizyczny już po, acz przygoda, mamy nadzieję, dopiero się zaczyna. ?

No tak, ale cofnę się jeszcze bardziej, bo przecież przygotowanie płyty poprzedziło de facto małe trzęsienie. Zmiana składu to chyba duża rzecz. Jak z dzisiejszej perspektywy podchodzisz do zmiany?

W obecnym składzie występowaliśmy wielokrotnie podczas częstych absencji Asi od 2017 roku, więc zmiana składu nastąpiła naturalnie i bardzo płynnie – byliśmy już doskonale zgrani i przygotowani do tworzenia nowych rzeczy z Marcinem. Trzęsień ziemi nie doszukiwałbym się – Asia zresztą pomagała nieco przy selekcji nowego materiału, odwiedziła nas na próbie przed nagrywaniem albumu, więc jako, że Gdynia jest przytulnym i nie znowu aż tak wielkim miastem, pozostajemy we wspólnym obwodzie. Zaryzykowałbym jednak stwierdzenie, że w poprzednim składzie taka muzyka najpewniej nie powstałaby – nasz pierwszy koncert na Helu na początku roku 2019 w nowym składzie przypieczętował poniekąd nową wspólną wizję, którą podążamy, nieco inne myślenie o komponowaniu i wspólnym graniu.

Zanim o wizji, to o 3M. Przyznam szczerze, że jesteście teraz chyba największym ambasadorem Trójmiasta. Wyobrażasz sobie przeprowadzkę do np Warszawy?

Nie! Zresztą zauważyłem tendencje, że mieszkańcy stolicy przeprowadzają się obecnie masowo do Gdyni. Przypadek? Nie sądzę! Warszawa ma swój unikatowy klimat, jednak jako ludzie północy – morze mamy we krwi.

Morze mamy we krwi...

Morze mamy we krwi…

Ostatnio rozmawialiśmy przy okazji płyty „Gdynia” na temat waszej koncertówki, która była/jest dla was takim progiem, podsumowaniem kariery. Czujesz, że nowy materiał to początek czegos nowego? Nowy rozdział? Można podzielić waszą historie w ten sposób?

„Alarm dla Gdyni. X Lat” podsumowuje idealnie pierwszą dekadę naszego grania. Sporo osób na przestrzeni lat powtarzało, że powinniśmy wypuścić składankę „best of” lub płytę koncertową – tak więc na scenie studia koncertowego Radia Gdańsk wykonaliśmy taką przekrojówkę – podsumowanie dekady z kopem, bez patosu, z fajnymi gośćmi. Nowy album zdecydowanie jest początkiem nowego, ale pod pewnymi względami myślę, że i tak będzie słychać, że to My, choćby ze względu na jakieś naleciałości czy patenty, które stosujemy. Ale z dzieleniem na etapy z drugiej strony nie jest łatwo. Gdyby traktować naszą historię jako rozdziały to są jeszcze etapy w ogóle najdawniejsze, które ujawniliśmy na składankowej po części płycie „Zamenhofa”; jestem za tym, by raczej traktować nasze płyty z osobna niż grupować je kategoriami. ?

Jest jednak nowa płyta taką grubą kreską, bo przyznam, że słucham i mam wrażenie, że na tym albumie wstąpiła w was nowa energia. Zresztą, energia dosłowna, bo tak hałaśliwej momentami muzyki Kiev dawno nie grał. Bardziej to radość czy wkurw?

Myślę, że tu akurat trochę poprowadziła nas tematyka płyty, tematyka zapomnianych lokalnych legend, przemijania, która akurat przyciągała takie dźwięki. Utwory tworzyliśmy szybko, na fali wspólnych pierwszych koncertów w 2019 i poniosła nas wspólna chemia. Niektóre utwory miały robocze tytuły związane ze skojarzeniami riffowymi które mieliśmy, nazwy typu „Shellac” faktycznie wcześniej nie pojawiały się może wśród jakiś naszych drogowskazów. Było kilka koncertów z materiałem z płyty „Modernistyczny Horror”, które, jak odkryliśmy z przerażeniem, zagraliśmy w dwa razy szybszym tempie, niż powinniśmy. Czyli w sumie faktycznie coś rozpierało! Ważnym momentem był wspomniany koncert na Helu na początku ubiegłego roku, gdzie zrodziły się pierwsze zręby materiału. Tam też, mroźną zimą, złapaliśmy chyba nieco tego wspomnianego przez Ciebie hałasu. Zresztą, Marcin wywodzi się z klimatów noise’owych, to też może odgrywać pewną rolę. Ale nie zakładaliśmy, że zagramy hałaśliwy album. W naszym odczuciu, jest on bardziej refleksyjno-kameralno-romantyczny, choć z momentami zdecydowanych nawałnic!

Uprzedziłeś mnie, bo  podoba mi się w nim to, że nawet w tych najbardziej hałaśliwych momentach jest klimat, romantyzm i nostalgia. Jest przesycony tą „lokalnością” ale w takim pozytywnym sensie, nie jakieś miejskie nacjonalizmy, ale ciepłe wspomnienie i deklaracja uczucia dla swojego regionu. Obrazisz się, jak ktoś nazwie cię „lokalnym patriotą”?

Nie obrażę, z racji mojej działalności równoległej do zespołu (jako inicjatywa „Inne Szlaki” – spacery, prelekcje związane z historią Gdyni i Pomorza) i z racji tego, iż czuję się bardzo zżyty z miejscem urodzenia i zamieszkania. Myślę, że mogę tak powiedzieć za nas trzech – jesteśmy lokalnymi patriotami!

To wszystko jakoś od razu łączy mi sie z takim odczuciem, że po śmierci prezydenta Adamowicza, 3M stało sie znowu czymś w rodzaju bastionu oporu. Czujesz, że coś takiego ma miejsce, czy to raczej nadprodukcja wyobraźni?

Nie odczuwam tego, że Trójmiasto jest bastionem jakiegokolwiek oporu, raczej jest platformą porozumienia. Nad opór stawiam dialog i z perspektywy Gdynianina, mimo różnych dramatycznych zdarzeń w kontekście teraźniejszym i historycznym, pewna pozytywna energia zawsze zwyciężała tu zło. Mimo tego, iż Gdynia, Sopot i Gdańsk to trzy różne miasta to jednak wzajemny przepływ dobrej mocy jest tu niezwykle aktywny – jednak na to pytanie odpowiedziałby najlepiej Gdańszczanin, bowiem wspomniana tragedia była dla tego miasta ogromnym wstrząsem. I dla wszystkich uczestników WOŚP. Graliśmy tego dnia też z tej okazji na Półwyspie i doświadczyliśmy tej strasznej atmosfery.

W jaki sposób szukaliście tych migawek, które znalazły odbicie w tekstach i klimacie płyty? Czy to jakieś szczególne miejsca i wspomnienia, ważne dla was osobiście?

Zakurzone kadry oraz obrazy, które kreślimy w tekstach płyty sięgają zarówno dzieciństwa jak i naszych późniejszych zainteresowań. Sam wstęp płyty, czyli tytułowy utwór, poniekąd opowiada o tej tajemniczej krainie, jaką jest Polska północna i Kaszuby, później im dalej w las tym robi się raz ciemniej raz jaśniej. Każdy z nas ma rodzinne związki z marynarskim fachem i zdaje sobie sprawę z potęgi i bezlitosnej niekiedy siły morza, więc temat ten powraca regularnie na przestrzeni kolejnych utworów. Sam jako dziecko przeżyłem odejście bliskiej osoby na morzu co dopiero teraz prowokuje przenoszenie tego tematu na tekstową materię. Mamy także ginące wsie oraz kolejne schizmy, reformacje… Z drugiej strony mamy morze jako miejsce powrotów, podróży, ciągłego i przyciągającego ruchu w „Dominium”. Jako pewien koncept album więc zaczął zakreślać taki okrąg, w środku którego pojawiły się losy Kaszubów z nadmorskich stron jak i przemian ma tym terenie, w których jak w soczewce możemy przejrzeć całe spektrum ludzkich emocji oraz sytuacji. Czego nie dopowiedzieliśmy słowem, nadrobiliśmy muzyką.Kiev Office

Z FB zdjęte: „Kiev Office dociera do samego wnętrza Gdyni i obdziera stare budynki z postrzępionej, zatęchłej farby historii” Czy czujecie sie trochę takimi, hmmm, kustoszami Gdyni?

Od dawna poruszamy tematykę gdyńską, czujemy się miłośnikami naszego miasta, które zawsze przynosi inspiracje, takim naszym największym hołdem, który złożyliśmy Gdyni był album „Modernistyczny Horror”, jeśli zaś chodzi o naszą filozofię odkrywania miasta i spędzania czasu, to ujęliśmy Ją w piosence „Obręby Rewiry” – zakamarki, bunkry, zapomniane podwórza i miejsca, gdzie kryje się historia. Rybackie chaty i dawne magazyny, baraki, blokowiska i lasy. Obecnie wyruszamy w dalszą podróż, w region Pomorza. Nowy album to chyba pierwsza nasza płyta bez wątków stricte gdyńskich. Natomiast słowo kustosz – to brzmi dumnie!

Może to dziwne pytanie, ale czy zdarzyła sie wam sytuacja, że ktoś np. przyszedł do was i powiedział, że dzięki waszym piosenkom zainteresował się 3M albo Pomorzem w ogóle?

Spotkaliśmy osoby, które po koncertach deklarowały, iż przybędą do Gdyni, kilka takowych, których z nazwiska (RODO) nie wymienię tak zrobiło. Jakiś czas temu nasz autorski przewodnik po mieście wydrukowała Gazeta Magnetofonowa, więc zasięgi też się zapewne zwiększyły jeśli chodzi o wiedzę o alternatywnych miejskich trasach, na których wieczorami można nas spotkać. Myślę, że podobnie działa lokalny patriotyzm poruszany w tekstach Lesława z Komet czy Administratorra jeśli chodzi o Warszawę. Jednak myślę, że w dobie szybkich zmian urbanistycznych spora część naszych tekstów, bez kontekstu gdyńskiego, wpasowuje się w temat wielu miast krajowych oraz życia w średniej czy dużej metropolii.

Ok., teraz płyta. I od razu pytanie o reformację i kontrreformację. Skąd takie kierunki i jaki jest kontekst?

Album geograficznie zaczyna się docelowo gdzieś pomiędzy Gdynią a Puckiem a kończy się w Darłowie (utwór „Dominium”). Utwory „Reformacja” i „Kontrreformacja” można umiejscowić zarówno w kontekście lokalnym jak i teraźniejszości. Po pierwsze, dramat Słowińców – unikatowym etnograficznie odłamem ludności Kaszubskiej, zamieszkujących trudno dostępne, bagniste tereny okolic Kluk i porozumiewających się rzadkim, tylko tam występującym dialektem. Reformacja na Pomorzu w XVI stuleciu obeszła się z ich kulturą dość łagodnie – większość Słowińców przejęło wiarę luterańską; w dialekcie słowińskim miejscowi pastorzy odprawiali kazania. Jednak ekspansja języka niemieckiego powodowała, zwłaszcza w XVIII/XIX wieku, kurczenie zasięgu dialektu. Badacze języka i kultury słowińsko-kaszubskiej zwracali uwagę na fakt zanikania tej narodowości. Znamienna była zanotowana wypowiedź pewnej Słowinki z lat 50-tych XIX wieku: „Mój chłop nie rozumeje nic po słowensku, a ja roda gadają po słowinsku, a nie mom nikogo; moje dzece nie umieją nic po słowinsku.” Około sto lat później, w 1959 r. zmarł w Klukach ostatni mieszkaniec umiejący jeszcze płynnie mówić w dialekcie słowińskim. Obecnie nie ma już w Klukach Słowińców; młodsi emigrowali do Niemiec, zniechęceni polityką prowadzoną przez władze PRL, najstarsi zmarli. Na oczach mieszkańców Pomorza zniknęła cała grupa etnograficzna. „Reformacja” i „Kontrreformacja” tyczy się zarówno kontekstu narzuconych zmian cywilizacyjnych związanych zarówno z polityką, wiarą jak i kontekstem zmian cywilizacyjnych. Pojawia się też wątek tego, co prowokuje ludzi do tych zmian. Czy jest ta siła wyższa? Co kieruje innymi, co kieruje nami?

Jest na płycie także ludowy temat – tradycyjna pieśń rybacka z Jastarni. Bardzo mnie to ujęło: zdradź jakie były kryteria wyboru tej kompozycji? Może warto iść tym tropem i zrobić całą płytę z takimi utworami, bo ten który zrobiliście brzmi bardzo intrygująco…

W tym roku występowaliśmy na festiwalu „Cassubia Cantat” w Bytowie gdzie mierzyliśmy się z materią również innych tradycyjnych pieśni, poważnie myśleliśmy o dalszym podjęciu tego wątku, być może w przyszłości rozwiniemy ten temat. Pieśń „Rëbôczczi” traktuje o stracie na morzu i z poprzednim utworem pt. „Szkwał”. Po „Szkwale” przychodzi spokój, ale i poczucie pustki. Ten utwór muzycznie jest takim obrazem morza po przejściu burzy. Tradycyjne pieśni Kaszubskie mają wielką siłę, muzycznie także odbiegają nierzadko od stereotypu prostych utworów ludowych.

Muzycznie nowa płyta otwiera kilka furtek: niemal punkowy „Reformator”, noise rockowy „Szkwał”, potężny, metalowy riff w „Dominium” oprócz tego dużo transu i psychodelii (np „Abrazja”). Co z tego będziecie eksponować na koncertach? Co na dzień dzisiejszy najbardziej was pociąga?

Album akurat jest dość bliski naszym koncertowym wykonaniom z racji tego iż nagrywaliśmy go na setkę (u mnie w studio Sound 8 ). Wszelkie przyspieszenia, nagłe zmiany aranżacyjne są pokłosiem żywiołowego wykonania na żywo – transowe momenty również. Część barw syntezatorowych to mocno zmodyfikowana gitara, staramy się w trójkę oddawać wielopoziomowe aranżacje. Na koncertach na pewno cześć numerów zabrzmi surowiej i mocno w twarz, mi się marzy potężna ekspozycja perkusji. Na tej płycie udało mi się wreszcie zrealizować bliską, mocną perkusję Krzysztofa z brzmieniem jakie lubię. W zasadzie jest to bardzo perkusyjny album, więc perkusję pewnie będziemy wysuwać na front! Na niektórych koncertach będziemy występować w poszerzonym składzie z Michałem Tarkowskim (klawiszowiec), Aleksandrą Kobielą (wokalistka) oraz Maciejem Bandurem (tradycyjne instrumenty kaszubskie, głos). Współpracuje z nami też Julia Szczypior, laureatka Kaszubskiego Idola, która użyczyła głos na płycie, mamy nadzieję na dalszą kooperację! A transowe momenty – nigdy nie wiadomo, jak mocno i gdzie odlecimy…

Brzmi to bardzo odważnie. Takie rozszerzenie składu z logistycznego punktu widzenia jest trudne – rozumiem, że to raczej opcja na wybrane koncerty a nie np. (z całym szacunkiem dla klubu) na koncert w warszawskich Chmurach.

Będziemy się rozszerzać od święta i w ekonomiczny sposób ujmując w zależności od opcji logistycznych (śmiech). Przeżyliśmy koncert gdzie grałem na raz na gitarze i diabelskich skrzypcach a Marcin na raz na basie i perkusjonaliach, więc nawyki godne zespołu Rush wchodzą nam w krew!szablon ksiazeczka.cdr

No i docieramy do tej nieszczęsnej promocji, która w tym kraju, dla zespołów alternatywnych jest jak wrzód na dupie. Trzeba z nim żyć. ? Macie jakiś plan, co zrobić żeby nie bolało?

Waldemar Rudziecki, animator kultury z czasów Gdyńskiej Sceny Alternatywnej lat 80 XX wieku mawia „Muzyka bez promocji staje się szlachetnym hobby„. Coś w tych słowach jest, bez należytej promocji oraz docierania ze swoim przekazem do słuchaczy płyty po prostu giną. Portale takiej jak Violence Online, Trzy Szóstki, TegoSłucham.pl, Hałasy i Melodie czy z lokalnego podwórka Lupus Unleashed są obecnie odpowiednikiem autorskich audycji radiowych, których ilość, mimo nierzadko ciekawej oferty lokalnych i krajowych rozgłośni, jest coraz mniejsza. Bardzo kibicujemy wszelkim takim oddolnym inicjatywom promocyjnym. Mamy to szczęście, iż zawsze trafialiśmy ze swoim przekazem do zainteresowanych osób, dzięki współpracy wydawniczej z Nasiono Records, a teraz z naszym gdyńskim stowarzyszeniem Halo Kultura. Staramy się iść naprzód, z biegiem czasu udało się nam pootwierać nieco ścieżek, systematycznie idziemy do przodu, ale spacerem, nie biegniemy. Każdy w naszym zespole jest odpowiedzialny za inny aspekt funkcjonowania grupy. W zasadzie czwartym, niewidocznym członkiem formacji jest też Natalia Skrzypczak, która zajmuje się cyfrowym aspektem naszej działalności. Boleć zawsze nieco będzie, jeśli chodzi zapewne o sytuacje stricte koncertowe. Nie ruszaliśmy w rozległą trasę klubową od dawna, w tym roku mamy plan na powrót do regularnego koncertowania oraz koncertów poza granicami naszego kraju. Bardzo się stęskniliśmy za występami, które z taką regularnością jak teraz dawaliśmy ostatnio przy okazji albumu „Anton Globba”. Co do warunków grania w kraju, mamy stałe bazy, gdzie możemy jechać w ciemno, znamy też miejsca gdzie panuje frekwencyjna loteria. Jednak nigdy nie graliśmy do pustej sali. Uważam, że dzięki spotify i facebook’owi o dziwo frekwencja na koncertach rośnie, choć otarliśmy się też o czasy myspace, gdzie bez większej promocji w 2009 roku, tuż po debiutanckiej płycie gromadziliśmy bardzo duże audytoria w tak niespodziewanych miejscach jak Kędzierzyn Koźle czy Stronie Śląskie. Z reguły wolimy koncerty w małych miejscowościach z powodu chemii, która wytwarza się między ludźmi. Oglądałem ostatnio rewelacyjny dokument CKOD – Plan Ewakuacji II, w którym Cool Kids of Death występują w Pogorzeli. Koncert, który jest przedstawiony jako wydarzenie schyłkowe dla formacji, uwiódł mnie. Nie znałem miejscowości Pogorzela. Nawet te kilkanaście – kilkadziesiąt osób wyjdzie z koncertu odmienionych. A nawet jeśli taka ilość, to pięć osób. Skoro już wzięliśmy się za granie muzyki i swoistą misję edukacyjną, nie możemy tak po prostu opuszczać tarczy. Tu nie można marudzić. Trzeba grać wszędzie tam, gdzie jest to potrzebne, niezbędne!

Brzmi bardzo optymistycznie, zatem warto jeszcze podrążyć temat koncertów – czy macie jakiś ustalony limit, ile chcecie zagrać, albo, inaczej, co jesteście w stanie dla tej promocji poświęcić?

Jako, że każdy z nas pracuje zawodowo i posiada duszę domatora, koncerty planujemy w okolicach weekendów. Kilkukrotnie uczestniczyłem w trasach koncertowych trwających dwa i więcej tygodni czy to z Karol Schwarz All Stars czy z The Shipyard i są to definitywnie piękne przygody, ale o ile nie poświęci się wszystkiego aby ruszać regularnie w tak wielkie objazdy – czyli żyć tylko z muzyki – to wówczas prowokują one frustracje. Nie chcielibyśmy poświęcać naszych rodzin oraz stałych sytuacji. Sam miałem epizod życia tylko i wyłącznie z muzyki i jest to piękna, szlachetna misja, jednak bez dywersyfikacji ciężka do uniknięcia. Też nie mamy już energii występować w ośmiu formacjach na raz, w związku z tym wolimy się skupić porządnie, zgodnie z zasadami BHP (lub czasem je naginając) na naszym szalonym trio, mając też czas na inne życie. Oczywiście, ideałem byłoby zajmować się tylko muzyką. Na kolejnym albumie być może znajdzie się kaszubska odpowiedź na fenomen przeboju artysty Gotye – może naród przekona się do hałasu? (śmiech).

Trochę pomarzę – fajnie byłoby zobaczyć takaobjazdową trasę pt. „3M Power” ? Wy, Nene Heroine, Lonker See, itp. (w sumie mógłbym tu wstawić jeszcze z 10 nazw…) Wyobrażasz sobie taki objazdowy cyrk Trójmiejski? Czy to raczej mrzonki zmęczonego człowieka?

Pamiętam trasy Biodro Records „Strzały z Biodra”, super inicjatywę Bora z trasą Music is The Weapon, w której uczestniczyłem i trasę „Ścieżka Zdrowia” z m.in Dick4Dick i Apteką. Tak jak i wcześniej szlaki były przecierane, tak i należy przetrzeć je definitywnie ponownie – zawsze jest ku temu okazja, szczególnie że nasz 3miejski band friendship i sieciowanie jest na bardzo wysokim poziomie – logistycznym i towarzyskim.

Czekam na to. Dobra, było miło, ale czas się rozstać. Ostatnie słowo zostawiam tradycyjnie dla Ciebie…
Na koncerty najbliższe (rozpiska trasy: https://www.facebook.com/tours/2610847372324800/) zapraszamy po Kaszubsku! „Tu Kiev Office, wszeterniszcze bialki a knepy wskakiwać, Kiev dalij jadze! Do uzdrzenia!„. Bywajcie zdrowi!

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Paweł Jóźwiak