KETHA – wielkomiejskie brzmienie metalowej awangardy

Długo przyszło czekać nam na nowe objawienie Kethy. Na szczęście – opłacało się i teraz przez najbliższe miesiące rozgorzeją kłótnie ta temat “2nd sight” – czy druga płyta zespołu jest genialna, czy ekstrawagancka, czy jest techniczna, czy wręcz przeciwnie?! Kto będzie miał rację? Tego na dzień dzisiejszy nie wiem, bo sam podczas lektury krążka targany jestem sprzecznymi odczuciami, co zresztą najlepiej puentuje geniusz Kethy. Dość, że w drugiej odsłonie zespół pozostaje świeży i choć nadal nie mogę opędzić się od porównań z pewnym, polskim wykonawcą popularnym (o czym nie omieszkałem w wywiadzie wspomnieć…), uważam, że w najbliższym czasie konkurencji dla Kethy w kraju nie ma. No chyba, że obudzi się Moja Adrenalina, choć to i tak układu sił nie zmieni. Jeśli szukacie muzycznych wrót do metalowo – awangardowej zewnętrznej przestrzeni – wsłuchajcie się w szamańskie dźwięki “2nd sight”. Nachalnie i bez żenady polecam i agituję – niechybnie warto…


Ktoś kiedyś stwierdził, że dużo trudniej zrobić kawałek prosty i przebojowy niż zakręcony i awangardowy – zgadzacie się z taką, bądź co bądź, de-gradacją?

mrtrip:  Na teraz nie wiem, czy jest trudno zrobić prosty utwór, bo po prostu takowego jeszcze nie mamy ( śmiech…), ale coś w tym może być, np. bardzo chciałbym napisać takie “Rolling In The Deep” Adele – wydaje się proste, a kurczę jednak nie ja na to wpadłem…
seb: Ten, kto to powiedział musi wziąć pod uwagę, że muzyka zaczyna się od twórcy i to dla niego jest albo „trudna” albo „łatwa” – tak sądzę. Zapytaj jazzmanów czy skomponują metalowy song, pewnie wielu z „wyrozumiałością pokręci” głową na „hę?” .

Jak z dzisiejszej perspektywy oceniacie Wasz debiut „III-ia”?

m: Raczej średnio, mamy oczywiście do niego duży sentyment, choć muzycznie mało jest tam rzeczy, z których jesteśmy zadowoleni. Przydałby się poza tym remaster, ale najpierw musielibyśmy się rozpaść i zrobić comeback.
s: Dołączyłem do Ketha już po debiucie jako do kapeli „rozpoznawalnej” i dla mnie „III-ia” w porównaniu do naszej obecnej muzy nie stanowi raczej punktu odniesienia.

wielkomiejskie brzmienie metalowej awangardy

Ketha zawsze była wrzucana do worka z post metalem, math rockiem i awangardą. Czy zgadzacie się z takim szufladkowaniem, czy też macie własne opinie co do muzyki, jaką tworzycie?

m: Szkoda czasu na szufladkowanie samego siebie. Gramy swoje, a jakimi określeniami ktoś nas oblepi jest nam zupełnie obojętne. Jeśli już miałbym wybrać stwierdzenie, które najbardziej pasuje, wybrałbym metalową awangardę. Dobrze brzmi, tak wielkomiejsko (śmiech…).

W kontekście waszej twórczości niemal zawsze pada nazwa Kobong, czego  sam zresztą nie unikam. Czy możecie powiedzieć, co takiego wyjątkowego – waszym zdaniem  – było w muzyce warszawskiego kwartetu? W jakich kategoriach muzyka Kobonga wyprzedziła swój czas?

m: Na drugiej płycie – wszystko. Ona się kompletnie nie starzeje. Brzmi nadal świetnie i ma utwory, do jakich nikt się nie zbliżył. Nikt tak nie grał wtedy i nikt tak nie gra do tej pory.
s: Myślę że „fenomen” Kobonga rozumieją wszyscy czający goście, dorastający gdzieś w latach ‘90tych. Kobong miał otwartość muzyczną, czego nie było przedtem nigdzie. Chyba dobrym dowodem na to jest Kondracki, dziś rozchwytywany producent. U nas na płycie Maciek miał dograć gościnnie gitarę w jednym numerze, ale się trochę rozpędził i dograł w trzech…

Miałem niewątpliwą przyjemność być na próbach Kobong, kiedy zespół przygotowywał materiał ”Chmury Nie Było”. Muzycy mieli dokładnie rozpisane kawałki, rozwieszone na ścianach sali, bo tylko w ten sposób byli w stanie ćwiczyć wielowątkowe kompozycje. Jak to wygląda w Waszym przypadku – też przygotowujecie zapisy i tabulatury, czy stawiacie raczej na swobodę i improwizację?

m: Nie, materiał wyjściowy powstaje zawsze w domu z użyciem samej gitary. Tak rodzą się po kolei różne motywy, z których kleję schemat całości. Dalej jest klasycznie, ogrywam utwory z bębniarzem, później z resztą. Miejsca na improwizację nie ma za wiele, często natomiast dyskutujemy i przerabiamy. “Dzięki” temu robiliśmy płytę tak długo.

Nowa płyta ukazuje się po pięciu latach milczenia – nie uważacie, że 31 minut to po takiej przerwie ciut za mało? Co spowodowało taką absencję?

m: Był jeden utwór więcej, ale okazał się bezsensowny i pozostał w fazie nagranych gitar. Przy tej intensywności materiału 31 minut wydaje mi się w sam raz. Nie chcieliśmy zamęczyć słuchacza, a bardziej sprowokować go do naciśnięcia jeszcze raz PLAY. Na absencję złożyło się kilka czynników w zasadzie prozaicznych. Dopadły nas dwu lub trzykrotnie, nie pamiętam, zmiany sali, a nie zawsze znalezienie nowego lokalu jest proste. Zmienił się basista, zaliczyliśmy długi epizod z Rafałem na wokalu, mieliśmy też trudno w związku z faktem, że każdy mieszka w innym mieście i nie są to miasta w promieniu 50km. Oczywiście, sam materiał na płytę też nie powstawał przez chwilę, a proces nagrywania to już absolutny kosmos.

Przedstawcie krótko historię powstawania nowej płyty – jak przebiegały prace, gdzie i co podczas tej niewątpliwie żmudnej dłubaniny się wydarzyło. Wesołego, oczywiście…

m: Papieru braknie… Zaczęliśmy w listopadzie 2010 od rejestracji bębnów w Spaart w Boguchwale. Gitary niedługo później zarejestrowaliśmy z Maćkiem Miechowiczem w jego ToneIndustria Studio, w całe dwa wieczory. Przyjechał Rafał zrobić wokale, niestety już wtedy miał bardzo mocno napięty kalendarz z Decapitated, co nie pozwoliło nam spokojnie poaranżować utworów. W zasadzie wszystko wymyślaliśmy na szybko, w studio i cóż,  nie wyszło nam najlepiej. Finalnie zdecydowaliśmy, że wokale zrobię ja, tyle że nie miałem kontaktu z mikrofonem od dobrych 2 lat, trzeba było parę tygodni poćwiczyć. Ponadto tak od kopa nie wymyśliłem sobie partii, tekstów, wiadomo. Kiedy byłem wreszcie gotowy okazało się, że studio Toneindustria zostało zalane. Poczekałem aż Maciej zorganizuje się tymczasowo u siebie w mieszkaniu i tam nagrałem to, co mamy na płycie.  Powoli, 2-3 wieczory w tygodniu przez 2 miesiące. Ciekawe, co na moje wizyty mówili sąsiedzi? To był chyba styczeń. Basy zrobiliśmy w mieszkaniu Seby. Dwa albo i trzy razy. W lutym zaczęliśmy miksować z Peterem Łukaszewskim i zeszło nam ładnych parę miesięcy. Ja bym nas pozabijał za ciągłe uwagi i totalny chaos w śladach, a on był zawsze niczym oaza spokoju.  W kółko też dogrywaliśmy jakieś niuanse, zmienialiśmy koncepcje brzmienia…  Warto było, miks praktycznie idealnie oddał nasze oczekiwania. Końcówka to już Szymon Czech, który zrobił z nas stutonowy walec, ale i ten etap potrwał parę miechów, bo “odwidziały” nam się bębny i zrobiliśmy je prawie od nowa. Aha, miało być coś wesołego. Hmmm, strun nie było w sklepie takich jak chciałem i musiałem nagrać wszystko na cieńszych.

Maciek Miechowicz (ToneIndustria Studio)

Ketha jest w tej chwili jedynym zespołem, tak jednoznacznie porównywanym do KOBONG’a – czy zgadzasz się z takimi porównaniami – jak odbierasz muzykę Kethy?

Nie słyszałem takich porównań, więc trudno jest mi się do tego odnieść. Jeśli mamy traktować dokonania Kobonga jako pozytywny wzorzec, to czemu nie? A co do muzyki, myślę, że Maciek jest zapłonem, dużo w nim autentycznej pasji.

Wiem, że realizowałeś drugą płytę Ketha – jak wspominasz pracę z chłopakami – czy zdarzyło Ci się porównać ich pracę do Twojej pracy z Kobongiem?

Pracę wspominam bardzo miło. A jeśli chodzi o porównania, to jest to jeden z tych zespołów, które wchodzą do studia przygotowane. Maciej np. bierze gitarę i gra cały numer od początku do końca, dwie wersje, potem wybieramy lepszą, chociaż każda jest ok, a nie są to łatwe rzeczy do zagrania. Miałem w studio zespoły, które grały banalnego rock’n’rolla i gdyby nie komputer nic by nie nagrali, he, he…

Nagrałeś gitarę do trzech numerów z nowej płyty Kethy – co było impulsem by aż w tylu numerach zostawić swój ślad ?

Po prostu Maciek dał mi wolną rękę. Wybrałem sobie miejsca, tym bardziej, że znałem numery, podesłałem mu to, co zrobiłem i powiedziałem: jeśli coś Ci przypasuje, to bierz, możesz też wszystko wyrzucić…

Kobong poza pewnymi kręgami nie zdobył jakiejś strasznej popularności – czy pomny na własne doświadczenia masz jakieś rady dla Kethy, tak by nie popełnili np. podobnych błędów – jeśli takowe były…

Kobong z perspektywy czasu nie popełnił żadnych błędów, wszystko miało swoje miejsce, czas i zakończenie. A co do rad, najważniejsze jest utrzymanie zespołu i odpowiedż na pytanie: „po co?”

Nowy materiał w stosunku do debiutu jest dużo bardziej nieokreślony i trudniejszy w odbiorze a to za sprawą psychodelicznych elementów, awangardowych niemal struktur tworzonych przez gitary. Zapewne dla wielu słuchaczy będzie to element nie do pokonania. Nie boicie się większego niezrozumienia?

m: Sam bardzo lubię płyty z tzw. drugim dnem, rzadko wracam do tych, które wpadły mi w ucho od samego początku. Słucham czegoś po raz dwudziesty i łapię się na tym, że pewne rzeczy dopiero teraz słyszę, albo dopiero zrozumiałem, dlaczego dany utwór ma taki, a nie inny schemat. Tak wygląda “2nd sight” – nie jest to prosty album, bo i nie taki miał być.
s: Jeśli o mnie chodzi, trochę dziwnie, gdy mówisz „jest nieokreślony” – psychodelii tam nie szczędziliśmy, za to na debiucie zrozumiałem ze 3 numery . Dla mnie jest on totalnie konkretny, dojrzały i przemyślany. Jeśli pytasz o obawy – to jest definitywnie trudna muza, w dodatku nie-pop. Dźwięki skierowane i do konkretnego, „otwartego” odbiorcy, ale i do poszukiwaczy, do buntowników.

Skąd pomysł na te krótkie interludia, które świetnie uzupełniają materiał a jednak prowokują dwa pytania – czy nie było warto rozbudować ich do formy pełnoprawnego utworu oraz czy takie potraktowanie tych tematów na płycie będzie owocować ich rozbudowywaniem podczas koncertów?

s: Utwory miały wynikać z siebie, jest to swego rodzaju „zmieniacz tematu”. Na 6 pełnoprawnych songów dobrze jest wstawić pewne przemyślane struktury, bo gdy powiesz „nasza płyta ma 6 numerów” to większość ludzi wybucha śmiechem. A tam właściwie wcale tego nie słychać, od początku do końca jest pewna fabuła.
m: Co do koncertów to “generik” i “take 2” graliśmy już na trasie z Minsk, w sumie zawsze nieco inaczej od siebie.

Jak w ogóle wyobrażacie sobie granie tych kawałków na żywo – to będzie idealne odtwarzanie płyty czy też płyta jest tylko punktem wyjścia?

m: Wszystkie “normalne” utwory gramy od dawna, cały album to wyzwanie bo jest tak skonstruowany, że praktycznie nie ma przerw. Idealnie więc na pewno nie, ale plan na granie całości istnieje.

Muzyka tworzy pewien klimat, który może być podkreślony również pewnymi parateatralnymi elementami podczas koncertów – przygotowujecie coś ciekawego pod tym względem, czy  raczej ma być surowo i „rockowo”?

m: Mamy sporo materiałów wideo i parę ciekawych pomysłów, ale nie mamy na tę chwilę sprecyzowanych planów koncertowych. Jak to mawiają, czas pokaże.
s: Muza to kwestia myśli i wyobrażeń. Każdy może sobie zafundować lot, w zależności od tego, jak przeżywa dźwięki.

W zespole zmienił się nieco skład – jak wygląda to na  dzień dzisiejszy?

m: Tak, zmienił się basista – ze Śvista na Sebę, więc alfabetycznie niedaleko. Muzycznie  dwa różne podejścia, personalnie za to tradycja podtrzymana, każdy basista jest dziwny.
s: Kiedyś stwierdziliśmy, że lepiej mieć osobnego frontmana i tak w szeregi Ketha wstąpił Rafał Piotrowski. Później przehandlowaliśmy go za garść naszywek do Decapitated.  Niestety – a może na szczęście – to bardzo zapracowany skład.

W kwestii formalnej – czy taki ciekawy zespół jak wasz nie mógł liczyć na jakiś sensowny kontrakt  z większym wydawcą? Nie było żadnego zainteresowania, czy też może pasuje wam taka forma niezależności, dzięki której gracie dokładnie wtedy, kiedy chcecie?

m: Nikt duży nas nie chciał, ale czy było to jakimś zaskoczeniem? W żadnym razie, zdajemy sobie sprawę co gramy i co wydają aktualnie duzi gracze w Polsce.  Czasami to przykre, jakie rzeczy wychodzą (śmiech…). Nie wiem jak mogłaby wyglądać współpraca z „majorem”, wiem natomiast jak wygląda z Instant Classic. Kontakt wzorowy, współpraca wzorowa, robimy wszystko razem i we wspólnym interesie.
s: Ta forma niezależności trochę nam poniekąd odpowiada, ponieważ prawa autorskie są po naszej stronie.

Podobnie jak w przypadku „jedynki”, druga płyta ozdobiona jest wysoce „narkotycznym” obrazkiem. Czy mogę zgadywać, że twórca tegoż obrazka wysłuchał waszej muzyki i to jego impresja na ten temat, czy obraz nie ma z muzyką nic wspólnego?

m: Zarówno pierwszą jak i drugą okładkę popełniłem własnoręcznie. W obu przypadkach są to grafiki tworzone bardzo długo, w bardzo długich odstępach czasu pomiędzy kolejnymi krokami, więc nie pamiętam, co też myślałem, kiedy zaczynałem je robić. Jeśli chodzi o “2nd sight” to teraz sobie myślę, że jest na niej po prostu ludek, który jest z drewna, więc się pali, a idzie po wodzie więc niby nie powinien. Jeśli już to powinien pęcznieć albo coś…I on się tak dziwi.

Często twórcy takiej właśnie muzyki posądzani są o tzw. twórczy onanizm, czyli chęć popisania się niebanalnymi umiejętnościami. Osobiście nie mam nic przeciwko takim popisom, jednak chcę się dowiedzieć, czy dla was ważniejsza jest biegłość techniczna, czy uzyskany efekt, niezależnie jakimi środkami?

m: Nie brałbym nas za zespół “techniczny”. Ani nikt z nas nie jest specjalnie biegłym grajkiem, ani też nie mamy ambicji, żeby zadziwić muzyków jakimś wymyślnym pasażem czy perkusyjną zagrywką. Ja czy Grześ na przykład w  ogóle nie umiemy szybkich solówek, więc chyba na wejście odpadamy z szuflady technicznych. “Bleed” Meshuggah też nie umiemy (śmiech…). Koy i Seb są klasyczną sekcją, czyli taką, że jak razem skoczą z wieżowca to spadną nierówno – w sumie dlatego gramy takie połamańce, bo jak byłoby prosto, to by wszystko wyszło na wierzch. U nas ma być ciekawy klimat, groove, nieszablonowy schemat.
s: My się z nikim nie ścigamy. Istotą takiego grania jest sekcja – żeby było pierdolnięcie i gitary – żeby była treść. Staraliśmy się bardzo.

Ketha nigdy nie należała do zespołów intensywnie koncertujących – czy wynika to z Waszej „gnuśności” czy z braku propozycji? Niektóre zespoły mają szczególnie mizantropijny stosunek do otoczenia i tym tłumaczą swoją absencję na rockowo-metalowych scenach…

m: Bardzo lubimy koncertować, gnuśność to absolutnie nie nasz rewir. Graliśmy w każdej możliwej miejscówie – i takiej bardzo fajnej i takiej gdzie sufit jest 10cm nad głową (Lipsk!). Wszędzie zawsze było świetnie. Kurde, nawet na mini wyjeździe z Frontside/Totem było  świetnie, pomimo, że publika kompletnie nie wiedziała, co jest grane, a i gospodarze trasy chyba nas specjalnie nie polubili. Pograliśmy najwięcej chyba w 2009, kiedy graliśmy z Minsk, ale wtedy jeszcze mieliśmy Tomka Jurka, który bardzo nam pomagał. Obecnie ilość propozycji jest cóż, wprost proporcjonalna do naszej aktywności wydawniczej. Czyli praktycznie żadna. Skoro jednak jest nowy album to może coś się wydarzy?
s: No właśnie, szukamy ogarniętego managera!

z nikim się nie ścigamy

Właśnie – graliście z zespołem Minsk. To jeden z ciekawszych przedstawicieli poszukującego metalu ze stajni Relapse. Opowiedzcie coś o tej trasie – gdzie mieliście okazję wystąpić, jakie były relacje z zespołem  i czy ta trasa czegoś Was nauczyła?

To był dość szczęśliwy zbieg okoliczności, że akurat my pojechaliśmy na ten tour, bo najpierw miał jechać Blindead. Na wokalu był z nami wtedy Rafał, na basie jeszcze Śvist. Trafiliśmy na idealny okres, była wiosna, miejscami nawet lato (Hiszpania!), więc bardzo przyjemnie się przemieszczało. Sam Minsk to świetni ludzie, przez cały wyjazd panowała genialna atmosfera, każdy wieczór w zasadzie był niezapomniany i kończył się gdzieś nad ranem. Były też „tripy” koncertowe, Koy dołączał do Minsk w ostatnim utworze i bębnili razem z Tonym. A Tony na cały tour spakował się w mały plecaczek, miał jedne spodnie cały czas, bo jak stwierdził – „ja nie śmierdzę”. I o dziwo była to prawda (śmiech…). Graliśmy w przeróżnych klubach – średnich, większych, jak np. w Szwajcarii, a czasami w tak małych, że nie wiedzieliśmy gdzie jest scena. Były też wtopy typu Bilbao, gdzie organizator wywiesił jeden plakat na godzinę przed koncertem. Wszędzie jednak dawaliśmy z siebie wszystko i mieliśmy z tego ogromną frajdę. Czego nas ta trasa nauczyła? Że musi być bardzo fajnie żyć z grania. Wiemy też czym jest głowica w silniku i co zrobić, kiedy Ci się zepsuje na niemieckiej autostradzie.

Może teraz nieco Wam się narażę, ale nie przekonuje mnie do końca brzmienie bębnów – czy wynika ono z „koncepcji” dominacji gitarowych faktur nad rytmem czy też po prostu „tak wyszło?

m: Ależ gitar jest bardzo mało! Było więcej!
s: Mi się narażasz bo tam bas jest na pierwszym planie z beczkami, chyba  że inaczej słyszymy! Brzmienie bębnów miało być jak najbardziej żywe i się sporo napociliśmy żeby wszystko zagrało, z paru powodów realizacyjnych.

Coś na temat waszych obserwacji – czy są jakieś polskie zespoły, na które zwróciliście ostatnimi czasy uwagę? Może Organoleptic Trio?

m: Organoleptic Trio ciekawe, chciałbym jednak żeby Wojtek oprócz tego bębnił  np. w Nyia. Ostatnimi czasy najdłużej słuchałem Marcina Wasilewskiego “Faithful”, piękna płyta. Z klimatów bliższych naszej twórczości na pewno najlepszy album w zeszłym roku zrobili Obscure Sphinx. Czekam też z utęsknieniem na nowe Hetane, zapowiadający je song cudo. No i Jeleń ma barytonowego Gibsona!
s: Moim osobistym i sentymentalnym faworytem jest poznański The Butterfly Trajectory albo AuroraAurora.

Moim skromnym zdaniem muzyka z „2nd…” miałaby duże powodzenie poza granicami Polski – jest szansa na jakieś ruchy na tzw. zachodzie (dzięki promocji internetowej…), czy odpuszczacie sobie te wątpliwe kokosy?

m: Poszukiwania na Zachodzie dopiero rozpoczynamy, są pierwsze perspektywy, ale za wcześnie żeby ujawnić jakikolwiek konkret.
s: Jeśli tylko znajdzie się ciekawy wydawca, z pewnością tam uderzymy na szerszą skalę.

Jakie ruchy podejmiecie po 13 stycznia? Jakieś ciekawe plany, trasy, teledyski, skandale…?

m: Skandale to nie, bo my ani się nie malujemy, ani nas nie interesują przedszkolne zagrywki z darciem Biblii. Koncertów parę będzie, klip również w planie – gdzieś początkiem lutego zaczniemy kręcić. Poza tym zabieramy się za nagrywanie nowego materiału. Przy naszym tempie lepiej zacząć robić to jak najszybciej…

Czy nie czujecie się niedocenieni w Polsce? Mając takie pomysły, technikę i wizję, musicie oglądać te wszystkie bezpłciowe, głupie zespoły, które trzaskają niezłą kasę, tak na prawdę nic sobą nie reprezentując…

m: Nie mogę obiektywnie stwierdzić, czy jesteśmy tacy hiper mega i tylko przez wiejący wiatr w oczy nam biedaczynom się nie udaje. Trzeba realnie popatrzeć ile zrobiliśmy do tej pory, a ile te co poniektóre zespoły i wtedy odpowiedzieć. Myślę, że jak będziemy dalej nagrywać albumy to prędzej czy później jakiś tam sukces przyjdzie.

Rozmawiał Arek Lerch