KEN MODE – to nie my wybraliśmy noise, to noise wybrał nas!

W życiu każdego dziennikarza zajmującego się muzyką są takie chwile, kiedy czuje się szczególnie dumny. Dla mnie taką chwilą był wywiad z KEN mode. Nie dlatego, że to zespół znany, popularny i każdy chce się ogrzać w jego blasku. Tacy artyści mnie w tym momencie nie interesują, za to ciągle maniakalnie poszukuję zespołów, które nie będąc w centrum zainteresowania, mają coś ciekawego do powiedzenia. Przed wami pierwszy w tym kraju wywiad z kanadyjskim KEN mode, zespołem, który uważam za jedno z moich większych, osobistych odkryć. Upust emocjom dałem już w recenzji najnowszej płyty grupy „Vernerable”, teraz możecie przeczytać zapis wywiadu z wokalistą i gitarzystą zespołu, Jesse Matthewsonem. Po tej rozmowie jestem w stanie uwierzyć w to, że muzyka ich wybrała a oni się tylko jej podporządkowali…

KEN mode nie jest zbyt dobrze znanym zespołem w naszym kraju, tym większą przyjemność sprawia mi możliwość przedstawienia Was naszym maniakom hałasu. Kilka słów o historii zespołu?

KEN mode powstał w 1999 roku a głównym powodem utworzenia formacji była przemożna chęć  tworzenia brudnego, hałaśliwego i ciężkiego rocka, jaka wystąpiła w pewnym momencie u mnie, Shane’a i pierwszego basisty zespołu – Darryla Laxdala. Kiedy Darryl odszedł w 2005 roku, ciągle mamy ruch na stanowisku basisty. Przez pięć lat mieliśmy pięciu basistów. To duży sukces, prawda? Wydaliśmy cztery płyty – „Mongrel” i „Reprisal”, które ukazały się z logo Escape Artist Recordes, warto dodać, że w tej stajni swoje pierwsze dzieła publikowały takie giganty jak ISIS czy Keelhaul. W 2008 roku własnym sumptem wydaliśmy trzeci krążek „Mennonite”, który był promowany w Europie, podczas trasy z Taint. W 2010 upomniała się w o nas znakomita wytwórnia Profound Lore i z jej logo na świecie pojawiła się płyta „Venerable”. Przez ostatnich 9 lat przejechaliśmy wzdłuż i wszerz Kanadę, Stany Zjednoczone i Europę i zamierzamy jeszcze bardziej szaleć koncertowo, promując nowe dzieło. Ot, i cała nasza historia…

Ja to wiem, ale może inni nie wiedzą, dlatego zdradźcie, kto w największym stopniu ukształtował Wasz muzyczny światopogląd?

Muzycznie nasz styl kształtuje muzyka, która rozciąga się od tej bardziej noisowej, niezależnej strony metalu, przez hardcore aż do indie rocka. Zespoły, które spowodowały, że chciało nam się chwycić za instrumenty i nadal mamy na to ochotę to min. Melvins, Today Is The Day, Drive Like Jehu, Dazzling Killmen, TAD, The Jesus Lizard, Unsane, Kittens… Oczywiście, nie jesteśmy głusi na nowinki, np. bardzo mocno kibicujemy Deathspell Omega, Yob czy takim bardziej popowym noise rockowcom w stylu Future of the Left. Jako nastolatkowie zawsze słuchaliśmy muzyki,  którą fascynowali się ludzie o dekadę od nas starsi. Może chodzi o potęgę samego riffu, duże znaczenie ma dla nas także gitara basowa, bo jej częstotliwości i odpowiednio mocne użycie powodują, że muzyka zyskuje nową jakość. To wszystko, wraz z pewnymi elementami aestetyki, brzydoty dźwiękowej, chcemy zachowywać w naszych nagraniach. Jeśli chodzi o nasze teksty, to i wcześniej i aktualnie przekaz krąży wokół socjalnych niepokojów, jakie trawią współczesne społeczeństwo, dotykamy też naszych wewnętrznych lęków, ludzkich ograniczeń, które przeszkadzają w omijaniu przeszkód, na jakie codziennie w życiu napotykamy. Traktuję teksty bardzo poważnie. Wprawdzie muzyka zawsze powstaje jako pierwsza a potem dopracowywane są wokale, nie znaczy to jednak, że staram się dopasowywać słowa do konstrukcji muzycznych, tak by tylko forma była odpowiednio dopracowana. Wszystkie aspekty naszej twórczości muszą być doprowadzone do pewnego standardu – staramy się powtarzać je tak długo, aż jesteśmy z finalnego efektu zadowoleni. Oczywiście, nie chcę pisać filozoficznych elaboratów, czy sprawozdań z naukowych poszukiwań; zazwyczaj znajduję jakiś przedmiot, historię i staram się wyrazić na ten temat swoje zdanie. Nie są to jakieś przełomowe przemyślenia, choć nadal mam nadzieję, że udaje mi się w jakiś sposób oddziaływać na ludzi…

Możecie w jakiś zwięzły sposób opisać ludziom, którzy nie znają KEN mode swoje dźwięki?

A więc KEN mode gra brudny, zasyfiony, lekko progresywny, zmetalizowany noise rock z wpływami hardcore’a, post rocka a także sludge i doom metalu. Nigdy w jakiś szczególny sposób nie byliśmy związani z konkretną sceną, raczej łączymy w sobie różne elementy, będąc takim radarem, wyłapującym pewne, interesujące nas elementy muzycznego podziemia. Zachowujemy się w tym wypadku jak słuchacze, którzy szukają czegoś nowego w muzyce…

Płyta „Venerable” jest moim zdaniem wyjątkowa, bo zawiera połączenie starego noise rocka z pierwszej połowy lat 90 – tych ze współczesnym, potężnym brzmieniem – zgodzicie się z takim twierdzeniem?

To jest dokładnie to, do czego dążymy w kreowaniu dźwięku. Bierzemy wpływy sprzed dwóch dekad, o których już mówiłem i filtrujemy przez współczesne spojrzenie na metal i hardcore. Dokładnie tak…

Możesz powiedzieć kilka słów na temat różnic, jakie występują między waszym poprzednim krążkiem a „Venerable”?

„Venerable” to kulminacja wszystkiego, co osiągnęliśmy jako zespół, wszystkich naszych poszukiwań i odkryć, jakich dokonaliśmy. Nowa płyta jest w moim odczuciu połączeniem chwytliwości „Mennonite” z surową brutalnością „Reprisal”. Najważniejsze jest jednak to, że zachowuje świeżą perspektywę naszego spojrzenia na całokształt ekstremalnej muzyki. Jeśli mówimy o nagraniu jako takim, to jest to najdojrzalsze dźwiękowo dzieło, jakie udało nam się stworzyć. Po prostu, tym razem zrealizowaliśmy większość przygotowanych pomysłów. Sesja nagraniowa była dość relaksująca, oczywiście z wszystkimi tymi sarkastycznymi zachowaniami i żartami, jakie zawsze w tym miejscu się w pojawiają. Duże znaczenie miała współpraca z Kurtem Ballou, który wiele rzeczy nam objaśnił, stawiając pewne kwestie na ostrzu przysłowiowego noża. Socjologicznie rzecz ujmując, była to dla nas doskonała i ważna lekcja. Jak nie wierzycie, to poszukajcie w Internecie filmików ze studia…

Bardzo podoba mi się okładka nowej płyty, bo jest inna od typowych dla ciężkiej muzyki motywów i epatowania jakimiś strasznymi bohomazami. Jest za to w pewnym sensie symboliczna. Zdradźcie kulisy prac nad wizualną stroną waszych płyt?

W przypadku naszych grafik nie ma specjalnych wpływów. Zazwyczaj przy każdej płycie współpracujemy z artystami, których prace nam się podobają, których darzymy szacunkiem za to, co sobą reprezentują. Dlatego zazwyczaj dajemy im dużą swobodę w ich podejściu do naszej muzyki. Nasze płyty są ozdobione malunkami takich świetnych artystów jak np. Aaron Turner („Mongrel”), Stephen Kasner („Reprisal”), Ben Bonner i Randy Ortiz („Mennonite”). Jeśli chodzi o najnowszą płytę, to okładkę wykonała nowojorska artystka Julie Anne Mann, zaś cały layout należał do znanego wszystkim Josha Grahama (Neurosis, Soundgarden czy A Storm Of Light). Wersja, która znalazła się na okładce płyty to kombinacja fotografii rzeźb odpowiednio obrobionych cyfrowo. Dla przykładu na okładce winyla jest czyste zdjęcie, wykorzystujące tą samą rzeźbę. To był pewien etap – pracując nad okładką nie byliśmy zadowoleni ze zmian, stąd też kilka wariantów, z których niektóre zostały wykorzystane na różnych wersjach płyty.

Czym zajmujecie się poza zespołem – macie normalne, etatowe prace?

Przed wydaniem “Venerable” Shane i ja pracowaliśmy jako księgowi, Shane na nieco wyższym stanowisku, nasza   basistka zajmuje się z kolei projektowaniem stron internetowych. Teraz i ja i Shane poświęcamy cały swój czas zespołowi. Przez resztę roku bez reszty zajmować się będziemy trasami, koncertami i promowaniem naszej płyty. Przyjęliśmy taki system, że pracujemy dwa lata nad nowymi rzeczami, w tym czasie musimy jakoś żyć, ale kiedy pojawi się płyta, zamieniamy się w pełnoetatowych muzyków. Prawda jest taka, że nie da się pogodzić normalnej pracy z promowaniem płyty w pełnym wymiarze. Zawsze któraś strona tej bajki będzie poszkodowana…

Z tego co mówisz, wynika, że koncerty są dla Was najważniejszą stroną działalności KEN mode. Możesz powiedzieć coś na ten temat?

Przez ostatnie lata graliśmy z wieloma znakomitymi zespołami. Byliśmy w trasach z Gaza, Grayceon, Castevet, Deafheaven, Wolvhammer, The Secret, Kill The Client, Dark Castle czy Easy Action. W najbliższych tygodniach mamy kilka koncertów, gdzie będziemy dzielić sceny min. z  Engineer, Black Breath, Khann, Ganon i Fuck The Facts. Mamy sporo roboty i nie oszczędzamy się. Zaliczyliśmy sporo świetnych koncertów przez te lata i naprawdę trudno wybrać ten jeden najlepszy. Taki pamiętny gig, który przychodzi mi w tej chwili do głowy, to występ w Paryżu, gdzie graliśmy z Taint i Revok, chętnie popędziłbym tam znowu. Na równym, wysokim poziomie są zawsze występy w Ottawie, to warte zapamiętania chwile. Nigdy nie zachęcam ludzi do wspólnego śpiewania, zresztą nie mamy wielu takich chwytliwych momentów, jednak bardzo często widzę, że oni razem ze mną śpiewają. To robi wrażenie… Zaś kiepski moment przytrafił się nam za to gdzieś w 2001 czy 2002, kiedy graliśmy ze Strapping Young Lad w Winnipeg. Byłem chory jak pies i ledwo trzymałem się na nogach, w dodatku bębny Shane’a ślizgały się prawie po całej scenie, no nic nie słyszeliśmy, bo realizator dźwięku miał w dupie nasz zespół, byliśmy przecież tylko supportem. Oby jak najmniej takich nieszczęśliwych koncertów…

Na koniec kilka słów na temat najbliższych planów?

Będziemy starać się koncertować ile tylko można, w drugiej połowie roku pojawimy się ponownie w Europie, jednocześnie zabieramy się już za pisanie nowych numerów na następcę „Venerable”. Na pewno nie planujemy zwolnić!

Dzięki za wywiad!

Dzięki, sprawdźcie koniecznie „Venerable”  i wspierajcie niezależnych artystów…

Rozmawiał Arek Lerch