KEN MODE – Swoisty pomnik przeszłości

Kanadyjski KEN mode po szesnastu latach narodził się na nowo. I choć widzimy tutaj świeżość w najczystszej postaci, to jednak mamy wrażenie jakbyśmy cofnęli się o te 20 lat. Ewolucja niejedno ma imię. W przypadku KEN mode ewolucja zatoczyła koło, a jednocześnie przeniosła nas do innego wymiaru. Czym jest Success i co ma wspólnego z KEN mode? Zapytałem o to wokalistę i gitarzystę zespołu – Jesse’ Matthewsona.

Co dla Was znaczy termin „sukces”? Czy KEN mode jest już u szczytu sukcesu?

Sukces oznacza dla nas pewien poziom nieosiągalnego zadowolenia z życia, ale jako ogólne pojęcie, przez jego ogromną względność staje się dla nas powodem do zabawy. Dlatego też postanowiliśmy uczynić go przedmiotem tego koncepcyjnego albumu. Przypuszczam, że możesz uważać, że KEN mode czerpie przyjemność z rzekomego sukcesu, jaki osiągnął wydając szósty album, jednak nie chcieliśmy kiedykolwiek ujmować tego w ten sposób. Ale rzeczywiście, jesteśmy teraz znacznie popularniejsi niż kiedykolwiek wcześniej.

Stworzona przez Randy’ego Ortiza ilustracja do okładki napawa ironią gdy wejdziemy w korelację z występującym na niej bohaterem a tytułem albumu. NaKEN live czym to oddziaływanie polega?

Okładka albumu w sposób dosadny oddaje przygnębiające pochylenie się nad przedmiotem omawianym na tej płycie, w tym samym czasie pozostałe elementy wyrazu artystycznego są dużo bardziej niejednoznaczne – wszystko zależy od interpretacji widzów. Sama scena ukazuje jeden z możliwych wyników dążenia do klasycznego, „zachodniego” osiągania sukcesu; dochodzi do załamania psychicznego, nie jesteś w stanie dłużej tłamsić w sobie napięcia. Pozostałe elementy kompozycji zostały specjalnie skierowane zarówno do mężczyzn jak i kobiet, tak aby każdy mógł stać się uczestnikiem tej sytuacji i zadecydować o pozytywnym lub negatywnym jej znaczeniu. Ta zmienność nakręca całą zabawę.

To chyba najbardziej punk/rockowy album KEN mode. Więcej tutaj tradycyjnego, noise rockowego warsztatu niż hardcore’a sprzed lat. Co wpłynęło na wygląd tego albumu?

Chcieliśmy oddać hołd zespołom, które sprawiły, że zaczęliśmy tworzyć muzykę w momencie potwornego, muzycznego głodu, gdy byliśmy jeszcze nastolatkami. Noise i niezależny rock lat 80. i 90. były tym, co najlepiej nakręcało nasze młode umysły, dopiero później zaczęliśmy się interesować hardcorem czy metalem. Dlatego chcieliśmy się skupić przede wszystkim na tych pierwotnych doznaniach, co sprawiło, że był to naturalny proces w osiągnięciu zamierzenia; właśnie tego potrzebowaliśmy w 2015 roku. Chcieliśmy na tej płycie dotknąć zespołów, które miały na nas wpływ, ale nie były tak oczywiste, mowa tutaj o Drive Like Jehu, Cows, Circus Lupus, Big Black, Slint czy Sonic Youth.

Jesteś zadowolony z efektu końcowego? To znaczy, czy Wasze wyobrażenia co do tego albumu odnalazły odzwierciedlenie w rzeczywistości?

Jestem niezwykle usatysfakcjonowany drogą jaką się to wszystko potoczyło, począwszy od procesu nagrywania na samej okładce kończąc. Każdy kawałek układanki przerósł nasze oczekiwania, a że zazwyczaj mamy bardzo wygórowane ambicje, to musi coś oznaczać.

Co stało się głównym impulsem stworzenia tego albumu, jakie cele sobie postawiliście?

Niewytłumaczalne pragnienie tworzenia i bycia słyszalnym, to były główne cele. Zawsze staramy się ustalić najlepszą wersję naszej wizji w danym momencie i to właśnie była podstawa do wyznaczenia drogi jaką szliśmy podczas prac nad płytą. To jasno skonkretyzowane doświadczenie tego, kim jesteśmy – jako ludzie, jako indywidualiści próbujący rozgryźć zagadkę, o co właściwie w tym ziemskim życiu chodzi?

Poruszacie w tekstach kwestie związane z funkcjonowaniem społeczeństwa, a właściwie problemami go nękającymi, niepokojem społecznym czy ludzkimi słabościami. Na co tym razem stawiacie największy nacisk?

Lirycznie, największy nacisk kładziemy na wspomniany przedmiot obracający się wokół definicji pojęcia sukcesu według „zachodniego” modelu, co najlepiej ilustruje próba urzeczywistniania „amerykańskiego snu”. Nie jest to oczywiście odniesienie wyłącznie względem amerykańskiego punktu widzenia, chodzi raczej o koncepcję w skali globalnej. Religia, seks, biznes, sport, międzyludzkie relacje; wiele aspektów z jakimi człowiek konfrontuje się w życiu, zostało wziętych pod mikroskop.

Co sprawia, ze „Success” jest wyjątkowy, inny niż poprzednie albumy?

Myślę, że „Success” jest znacznie prostszy, zbudowany na standardowych, rockowych patentach, nagrywany bezpośrednio na żywo (co jest typowe dla pracy Steve’a Albiniego) i przede wszystkim ukazujący nasze samokrytyczne usposobienie. „Success” przypomina album stworzony przez weteranów, stroniących od jakiejkolwiek manii wielkości, bez żadnych, nierealnych oczekiwań względem wpasowania się w konkretne miejsce w świecie.

Swoisty pomnik przeszłości

Swoisty pomnik przeszłości

Jak w pryzmacie tych niemal 16 lat funkcjonowania zespołu oceniasz Waszą drogę ewolucji?

Sądzę, że był to proces usprawniania i doskonalenia naszego warsztatu z albumu na album. Przez cały czas był to na pewno cykl dojrzewania, taki na który czekasz od samego początku. Oczywistością jest fakt, że dzisiaj, mając trzydziestkę na karku, nie jesteśmy tymi samymi ludźmi co 16 lat temu…

Jest to Wasza druga płyta w barwach Season Of Mist. Co sprawiło, że wylądowaliście tutaj i dlaczego zrezygnowaliście ze współpracy z Profound Lore? Czy poszukiwaliście nowych możliwości rozwoju?

Ta zmiana była formą eksperymentowania. Profound Lore to jednoosobowa firma, Season Of Mist to bardziej globalny podmiot. Chcieliśmy sprawdzić czy jesteśmy w stanie trafić do nieco szerszej publiczności ze sceny metalowej i byliśmy ciekawi czy ta współpraca otworzy dla nas nowe rynki.

W wywiadach często wymieniacie, że inspiracją do tworzenia jest muzyka takich, legendarnych już dzisiaj zespołów jak The Jesus Lizard, Unsane, Melvins. Czy jest coś we współczesnej muzyce, co nakręca Was do działania?

Na pewno są współczesne zespoły, które dzisiaj nas inspirują. Może niekoniecznie muzycznie, co estetycznie, lubiłem nagrania zespołów Death From Above 1979, Single Mothers, White Lung, Aeges, Greys, Austerity Program z 2014 roku. Wydaje mi się, że należy systematycznie szukać nowych inspiracji, w przeciwnym wypadku własna muzyka ulega stagnacji, mimo, że świat ciągle brnie do przodu.

Czy producent „Success” – Steve Albini miał wpływ na Waszą muzykę? Zwłaszcza w kontekście sporego pokrewieństwa najnowszego albumu z brzmieniem The Jesus Lizard…

Steve Albini ma zawsze ogromny wpływ na zespół, czy to na brzmienie muzyki, jako inżynier dźwięku czy w kontekście ogólnego procesu tworzenia albumu. Nie da się ukryć, że rodzicem KEN mode była scena noise rockowa, której nieodzownym elementem w latach 80 był Steve. Nawet podczas sesji nagraniowej „Success” doznałem bardzo dziwnego uczucia: w momencie gdy usłyszałem głos Albiniego mówiącego coś do mnie, od razu przed oczami pojawiły mi się czasy gdy mając 13 lat słucham nagrań Big Black. To było naprawdę dziwne.KEN live2

Rock nie umarł, rock pod rękę z „Success” wdrapuje się na piedestał chwały. To swoisty pomnik przeszłości. To zdanie zaczerpnięte z mojej recenzji „Success”. Czy zgadzasz się tą opinią?

Nie wiem czy jestem na tyle bezczelny by się z tą opinią zgodzić, natomiast czuję się zaszczycony, że odbierasz to w ten sposób. Wszystko co robimy skupia się na tworzeniu muzyki, która ma znaczenie dla nas, a jeżeli inni czują tak samo, wtedy zdajemy sobie sprawę, że coś naprawdę osiągnęliśmy.

Tytułem zakończenia powiedz mi, jaki album zrobił na Tobie największe wrażenie w przeciągu ostatniego roku? I czy jest jakiś zespół, na którego materiał czekasz z utęsknieniem?

W ostatnim roku? Prawdopodobnie „Deep Fantasy” od White Lung. Ma potężnego, punkowego kopa, przy tym jest to bardzo chwytliwy materiał. Inteligentne posługiwanie się gitarą przypomina mi Sonic Youth wymieszane z The Jesus Lizard. Co do zbliżających się materiałów, nie jestem do końca pewny co przyniesie ten rok i na co będę czekał z niecierpliwością. Zazwyczaj jest tak, że rzeczy, które robią na mnie największe wrażenie, pojawiają się nieoczekiwanie. Ale na chwilę obecną to najchętniej chciałbym posłuchać nowego materiału Fight Amp, ponieważ to spoko kolesie, z którymi ruszamy wkrótce w trasę!

Dzięki serdeczne za wywiad, życzę pozytywnego przyjęcia przez słuchaczy albumu „Success”!

Dzięki bardzo!

Rozmawiał Adam Piętak

Zdjęcia: archiwum zespołu/Greg Gallinger (live)