KATIE CAULFIELD – szczęście nie jest wartością najwyższą

Dzieci i ryby nie mają głosu, chyba, że są aroganckie i nie znają tego przysłowia. Wtedy mogą bez kompleksów podejść do dziedzictwa alternatywnego hałasu, wziąć sobie z niego co tylko chcą i stworzyć własny świat nad Wisłą. Krakowski zespół Katie Caulfield to nowicjusze, grają od około roku i właśnie popisali się debiutancką płytą, która może wprawić w konsternację bywalców OFF-a, znawców 90-emo, shoegaze, nojzu i co tam jeszcze można do tego worka wrzucić. Dlaczego? Bo tak „po prostu” nagrali materiał cholernie dojrzały, cholernie ciekawy, prosty, zgrzytliwy i pełny miodziastych melodii. Ale z drugiej strony, bardzo emocjonalny, depresyjny i lekko pretensjonalny w postrzeganiu rzeczywistości. I właśnie dlatego przejść obojętnie obok Sow Thistles raczej się nie da. O różnych kwestiach rozmawiałem ze śpiewającym gitarzystą zespołu, ukrywającym się pod pseudonimem Katie Hurdles. Antydepresanty zażyte? Ruszamy.   

Na początek sprawa, której staram się unikać, ale w Waszym przypadku to konieczność. Jesteście dość tajemniczym zespołem – mało o Was wiadomo, używacie dziwnych nazwisk itp. Rzuć trochę światła na tę historię…

Pomysł by powołać do życia Katie Caulfield, narodził się w mojej głowie mniej więcej rok temu. Chciałem obudować moje piosenki, zwiększyć ich wartość, dlatego zaprosiłem do gryKatie shoegaze perkusistę Maćka Jakubka. Rozstaliśmy się ponieważ przestało mu odpowiadać to co chciałem grać. Potem wpadłem na pomysł zaproszenia Michała, którego znalem praktycznie od szkoły podstawowej. Zaczynaliśmy jako duet i nagraliśmy razem naszą pierwszą ep-kę „a freak, an animal”. Paweł doszedł po obejrzeniu naszego koncertu w grudniu 2014. Podszedł do nas po występie i usłyszeliśmy, że ta muzyka go zabija i musi z nami grać.  Jeśli pytasz o nazwiska to Katie Hurdles jest rzeczywiście moim pseudonimem. Chciałem nadać sobie kobiece imię ze względu na fascynację pewną irracjonalnością i szaleństwem występującym tylko u kobiet, najpiękniejszym opętaniem i zdolnością do poświęcenia. Czegoś co chciałbym posiadać a mogę tylko oglądać z boku.

Przyznam, że to jest zaskakujące. Gdzieś przeczytałem czyjeś narzekania, jak to możliwe, że tak młodzi ludzie grają tak dojrzałą i krwawiącą muzykę. Dołączam się do tych złorzeczeń… No, jak to możliwe?

Myślę, że to kwestia spoglądania na muzykę w inny sposób. Największym grzechem zdaje mi się wykluczenie jej ze zbioru sztuk jako takich. Bierze się to stąd, że traktujemy ją jako sztukę, nie chcemy się dobrze bawić, tylko tworzyć. Przecież nawet Rimbaud miał 17 lat, kiedy pisał swoje najlepsze wiersze. Dla mnie punktem zwrotnym był Cohen; usłyszałem „It’s seems so long ago” mając może 8 lat i nie chciałem już tańczyć przy The Beatles, tylko siedzieć sam w pokoju i słuchać Cohena. Poznałem go dzięki mamie.

Od Cohena do hałasu droga daleka. A konkretnie droga do lat 90-tych, gdzie chyba zakorzeniliście na dłużej. Kto poza Cohenem wywrócił Twoje myślenie o muzyce? Skąd przyszła rewolucja?

Może to oczywiste, ale kiedy naprawdę zrozumiałem czym jest „Loveless” popatrzyłem na muzykę inaczej. Wiem, że ludzie porównują nas z Nirvaną czy grupą Corgana. Smashing Pumpkins nie bardzo lubię, do Cobaina mam bardzo sceptyczne nastawienie, chociaż muszę przyznać, że jako mały chłopiec ekscytowałem się słuchając „In Utero”. Uważam, że jeśli rzeczywiście przyszła rewolucja to nie w sensie inspiracji jakimkolwiek gatunkiem tylko raczej reakcjami, które potrafi wywoływać. A, że niektórzy kojarzą nas z Seatlle, wychodzi raczej przypadkowo, nie z jakiegokolwiek założenia. Więc jeśli pytasz o to kto wywrócił moje myślenie o muzyce, odpowiem, że Syd Barrett, Chopin, Patti Smith, Frusciante, ale jedyną osobą, która w jakiś sposób odpowiada za skojarzenia z latami 90. jest Kevin Shields. Zostawiając Stany z boku, tylko o My Bloody Valentine mogę powiedzieć z czystym sumieniem, że mają wpływ na to jak chcieliśmy brzmieć.

Właśnie – i zmierzamy do celu, czyli potężnych pokładów depresji drzemiącej w tej bardzo emocjonalnej muzyce. Mam wrażenie, że to nie tylko fascynacja dźwiękami, ale przede wszystkich chęć wywalenia z siebie złych emocji, oczyszczenia się. Dobry trop?

Dobry, ale raczej chodzi o samooczyszczenie, niekoniecznie o wyrzucenie złych emocji, odrzeczywistnienie siebie, tak jakby wszystko co wyrzucasz, miało pozbyć się ciała i znaleźć gdzieś ponad wszystkim, wzlecieć. Ja to sobie nazwałem uduchowionym krzykiem. Jeśli mowa o depresji, nigdy nie uważałem szczęścia jako wartości najwyższej, istnieje coś w stylu smutku przyjemnego, może to pewnego rodzaju psychiczny masochizm. Zawsze uważałem uczucia negatywne za w pewien sposób wyższe. Po prostu wesoła muzyka mnie drażni. Sam w sobie smutek kojarzy mi się z jakimś czerwono-czarnym pięknem. Więc jeśli są tam pokłady depresji to na pewno nie są to pokłady depresji apatycznej. Może to zabrzmi banalnie, ale na tej płycie jest dużo miłości.

Równie ciekawy jest tekst „reklamowy”, jaki wysyłacie w ramach promocji płyty. „Kiedy byłem małym chłopcem, co niedzielę oglądałem wynurzający się z półmroku krzyż z wiszącym Chrystusem….„. O co chodzi, skąd taka tematyka?! Mam wrażenie, że zaczynamy się zbliżać do gabinetu psychoterapeuty. Czy religijne inklinacje są czymś, co w jakimś sensie Ciebie ukształtowało?

Tak, nie wiem właściwie czemu na mnie tak to zadziałało, ale największą ciekawość wzbudził obraz ukrzyżowanego ciała, charakterystyczny zapach i chłód. Wyobraź sobie strach i fascynację z jaką wtedy na to spoglądałem. To cyklicznie powtarzane doświadczenie dało mi umiłowanie mistyki a cała, jakże romantyczna opowieść o cierpieniu, parzącym Słońcu i drzewach oliwnych wyobrażenie nieopisywalne, nastrój którym chcę nasączyć naszą muzykę. To śmieszne, ale to mnie nie ureligijniło ale uduchowiło, dało poczucie tajemnicy, za którą powinno się gonić chociaż nie można jej dogonić, i to, mam nadzieję, także można znaleźć na naszej płycie. Stąd zresztą wzięła się jej nazwa. Mlecze to bardzo mało znany, młodopolski symbol cierpienia chrystusowego.

szczęście nie jest wartością najwyższą

szczęście nie jest wartością najwyższą

Nie boisz się, że wrzucą Was do worka z napisem „rock chrześcijański”? A jeśli się nie boisz akurat tego, to może przyszło Ci do głowy, że ktoś może uznać to za bluźnierstwo? A może… chodzi o reklamę?

Rzeczywiście, spotkaliśmy się z tym, że uznali nas za pretensjonalnych chłopców, którzy wysyłają taką notkę promocyjną. Nie boję się tego, bo żeby tak sklasyfikować trzeba nie posiadać umiejętności czytania. Jeśli ktoś tak to nazywa, znaczy, że nie posiada pewnego rodzaju wrażliwości. W naszych czasach, a tym bardziej w Polsce, jeśli użyjesz słowa Jezus od razu zostajesz albo posądzony o bluźnierstwo albo o opis swoich przeżyć religijnych. Kiedyś Patti Smith miała podobny problem z rozpoczęciem swojej pierwszej płyty „Horses”. Nie ma tam nic pretensjonalnego, ani tym bardziej religijnego, odwołuje się do doświadczenia czysto fizycznego, które nadało kształt i charakterystykę postrzegania świata przez człowieka, który chce to zachować w swojej twórczości. Cóż mogłoby więc o tej płycie opowiadać lepiej?

W dzisiejszych czasach takie artystyczne obnażenie może być bardzo rożnie postrzegane. Szczególnie, jeśli się do tego dorzuci kolejny tekst z notatki, czyli „umieranie podczas nagrania”. Ile w tym metafory a ile prawdziwej krwi wylanej podczas sesji?

Właściwie o tym, że nagrywamy płytę zdecydowaliśmy bardzo spontanicznie. Nie mogłem już psychicznie wytrzymać braku tych utworów w jakimkolwiek formacie. W czwartek podjęliśmy decyzję, w piątek wieczorem piliśmy już wino w studio, dyskutując o tym co chcemy uzyskać. Na naszych nielicznych koncertach piosenki miały formę dosyć luźną; prawda jest taka, że wchodząc do studia nie mieliśmy zaplanowanego ani jednego utworu. Jest to w pewien sposób urok tego albumu. Spędziliśmy więc dwa dni na nagrywaniu muzyki i ja jeden niecały na nagrywaniu wokali. Przeżyliśmy istny maraton zarówno fizyczny, ponieważ moje palce nie przywykły do częstej gry na gitarze, jak i mentalnie. Pamiętam, że kiedy nagrywaliśmy „Nails&Nails” Michał chodził bardzo przygnębiony, myślałem, że chodzi mu o zmęczenie, on jednak powiedział, że ta piosenka jest tak smutna i przygniatająca, że już nie może wytrzymać. Więc, kiedy pisaliśmy o tym, że prawie umarliśmy, nagrywając ten album, mieliśmy przed oczami potężne zmęczenie i dosłowną krew, którą tam zostawiliśmy. Dzięki temu niesamowicie zżyliśmy się z tą płytą. Dochodziliśmy do sytuacji, w której nie chcieliśmy jakiegoś podejścia ponieważ pierwszy akord nie poruszał. Chcieliśmy znaleźć ciemną siłę, która towarzyszy niektórym artystom, której nie da się nazwać, ale jest w ich muzyce, coś takiego ma np. Cohen czy też na niektóre płyty Cave’a. Ja np. podczas podejścia starałem się ciągle mieć przed oczami twarz swej ukochanej, żeby się uskrzydlić i nadać temu albumowi czegoś więcej. To takie podejście prawie nas zabiło…

To ciekawe, bo mimo spontanu, ogromu emocji, powstał album, który wcale nie brzmi bałaganiarsko. Owszem, luźno, może ciut arogancko z tym swoim nonszalanckim podejściem do dźwięku, ale słychać piosenki. „N&N” to najbardziej przebojowy temat na płycie. Skoro jednak nagrywanie było taką próbą sił, czy teraz jesteś w stanie zupełnie na zimno i z dystansem podejść do stworzonej muzyki?

Na początku rzeczywiście zastanawialiśmy się nad czysto technicznymi elementami, ja jednak od razu chciałem spojrzeć na płytę z boku, wyobrazić sobie, że to nie ja nagrałem i ocenić bez tych wszystkich, studyjnych wspomnień. Bardzo bałem się efektu, ale posłuchałem i uderzyło mnie. Wydaje mi się, że wiem co dostali ludzie. Zachwyciło mnie, że uzyskaliśmy dokładnie to czego chcieliśmy. Nie wiem czy taki całkowity dystans jest możliwy. Gdyby był, nie wiem czy dobrze by to o nas świadczyło. Zakochałem się we własnej płycie, więc chyba jednak nie jestem na nią w stanie patrzeć na zimno. Nie wiem czy coś takiego istnieje, ale to chyba takie artystyczne macierzyństwo.

A jeśli miałbyś w jednym zdaniu opowiedzieć czym jest płyta? Jest jakiś główny wątek, który organizuje emocjonalny przekaz tych nagrań?

Wyobraziłem sobie przed nagrywaniem „Children with…” kobietę, która umarła, patrzy na wszystko dookoła w niebie i pragnie umrzeć jeszcze raz, ponieważ nie widzi tam swojej miłości; ta płyta to właśnie jej uczucie, przynajmniej chciałbym żeby nim była. Poza tym myślę, że to opowieść o samotności, najpiękniejszej możliwej, bo samotności z kimś.

Poleciłbyś tę płytę komuś ze skłonnościami samobójczymi?

Tak – pomimo tego, że ta płyta nie należy do najweselszych, ma w sobie dużo nadziei. Ukrytej gdzieś bardzo głęboko, ale jednak nadziei. Śmierć w niebie także niesie ze sobą pewnego rodzaju obietnicę, nie jest ona już do końca śmiercią.

Jak odnosisz się do tego, że waszą muzykę wrzucają do worka z napisem „shoegaze”? Czym jest dla Ciebie ten gatunek muzyki?

Shoegaze kojarzy mi się z rozmyciem, więc jak najbardziej podoba mi się to porównanie. Nie wiem czy byłbym w stanie lepiej ją nazwać. Tylko, że tam trochę ładniej się śpiewa. Sam nurt lubię, ale nie robi na mnie dużego wrażenia. Właściwie shoegaze to dla mnie tylko My Bloody Valentine, nic więcej do mnie specjalnie nie przemawia, ale już wyżej wspomniane „Loveless” dla mnie i Michała jest pewnego rodzaju muzycznym absolutem.

Słuchając Waszej płyty przyszedł mi do głowy jeszcze jeden zespół, mianowicie zapomniany dzisiaj band Chokebore. Czy coś Ci to mówi?

Tak, słyszałem parę ich utworów, niestety ani jednego LP. Podoba mi się pewien sposób wrażliwości, który można odkryć w ich piosenkach, ale szczerze mówiąc, nie mam większego pojęcia na temat ich twórczości.promo 2

Na płycie występuje pewna dychotomia – są tu piosenki, ale jest też sporo zgrzytu, noise’u czy nawet elementy chaotycznych improwizacji. Czuję tu pewne rozdarcie – w którą stronę jest Wam bardziej po drodze?

Zastanawiam się, czy jest tu jakiś kompromis. Myślę, że stoimy dokładnie pośrodku, patrzymy jak te rzeczy się przenikają i bardzo nam się ten widok podoba. Myślę, że charakterystyką tych zgrzytów i noisów jest właśnie jakaś dziwna melodyjność. Wiem jednak, że jeśli dojedziemy kiedyś do nagrania np. trzeciej płyty, będzie ona mieć jeszcze jazgotliwszą formę. Druga płyta będzie spokojniejsze, trzecia szalona i wyjdzie z ram naszej piosenkowej estetyki. Może to absurdalne, ale wydaje mi się, że wiem co będziemy chcieli wyrazić i jakich środków użyjemy w przyszłości. Ale jeśli mam ściśle odpowiedzieć na pytanie: bliżej mi do Barretta niż Giry.

Zanim jednak dojdziemy do trzeciej płyty, ważniejszą kwestią jest to, czy tak dobry materiał zamierzacie przedstawić w końcu na jakimś nośniku, czy raczej nie ma na to szans?

Tak, jesteśmy właśnie na etapie szukania jakiejś niezależnej wytwórni w kraju albo za granicą. Mnie trochę przeraziły realia tego, jak trudno jest coś takiego zrobić, myślę, że ludzie ze względu na nasz wiek nie traktują nas na tyle poważnie, żeby przesłuchać ten materiał…

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu/Tomasz Tofilski