KATATONIA – Zawsze warto spróbować czegoś nowego

Katatonia już od kilku lat mieni się jedną z gwiazd depresyjnego rocka/metalu złożonego na progresywnym fundamencie. W tym kontekście luźne i bezstresowe podejście muzyków do prasy cieszy dodatkowo. Przed gdańskim koncertem uciąłem krótką pogawędkę z filarami kapeli, nierozerwalnym duetem w postaci Jonasa Renkse oraz Andersa Nystroma.

Na poprzednich koncertach trasy „Fallen Hearts of Europe” graliście jedynie 4 utwory z najnowszego krążka. Dlaczego?

JR: Kilka czynników odcisnęło piętno na takiej decyzji. Chcemy, aby nasze najnowsze utwory z każdą kolejną sztuką zyskiwały coraz to lepszy sposób wykonania. Poza tym nie zawsze mamy czas na granie ich podczas prób. Mimo wszystko – bez obaw! Pracujemy nad tym. Jak można zauważyć, wykonujemy również sporo starszych numerów. Szukamy złotego środka. Prezentujemy słuchaczom przekrój naszej dyskografii. Niedługo w koncertowym secie zagości kolejny kawałek z The Fall of Hearts.

Jaki?

JR: Prawdopodobnie będzie to „The Night Subscriber”.

Greg Mackintosh z Paradise Lost zagrał solo w kawałku dostępnym na limitowanej edycji „The Fall of Hearts” – „Night Awake in Quietus”. Wspomniane wcześniej Paradise Lost z hukiem wróciło do swoich początków na krążku „The Plague Within”. Nie korci was, by znowu krążek w stylu „Brave Murder Day”?

JR: Nie do końca. Anders i ja mamy przecież Bloodbath. To właśnie w tej kapeli realizujemy swoje death metalowe pomysły. Od samego początku zawarliśmy w niej wszystko, co w tym gatunku cenimy najbardziej. Dodam, że bardzo podoba mi się „The Plague Within”, aczkolwiek my cały czas przemy do przodu i poszukujemy nowego.K

Więc jeśli to do Bloodbath inkorporujecie wasze ulubione elementy death metalu, skąd w waszej dyskografii tak od nich odmienne „Dance of December Souls” lub „Brave Murder Day”?

JR: Tak. Zresztą, sam pewnie wiesz, że gdy sformowaliśmy Katatonię w 1991, nie graliśmy typowo szwedzkiego death metalu. Ani wtedy, ani tym bardziej uprzednio. Kochaliśmy tę muzykę od samego początku, lecz wtedy kusiła nas wizja pójścia drogą wytyczoną przez kapele doom’owe i melodyjniejsze. Kilka lat później powstało Bloodbath i wtedy mogliśmy spokojnie tworzyć szwedzką łupankę, której fanami jesteśmy.

Jeśli już o Bloodbath mowa, wokalistą grupy jest Nick Holmes. Wielu fanów nie przepada za jego aktualnym sposobem growlu. Dlaczego wybraliście akurat jego?

JR: Ten koleś jest dla nas prawdziwym herosem. Do dzisiaj mam ciarki przy jego partiach na starszych albumach Paradise Lost. Sam rozumiesz. Kiedy nadeszła szansa na współpracę, z chęcią na nią przystaliśmy. Jeśli ludziom się to nie podoba, bardzo nam przykro. To nasza kapela, której poczynania kochamy całym sercem.

Nie tworzyliście muzyki z „Grand Morbid Funeral” specjalnie pod jego głos?

JR: Nie powiedziałbym. Płyta byłaby skomponowana w ten sposób nawet z innym wokalistą w naszych szeregach. Przy końcowych etapach nagrywania i miksach chcieliśmy, mimo wszystko, uzyskać brzmienie surowsze od poprzedniczki. Nick świetnie się do niej wpasował ze swoim wyjątkowo oldskulowym growlem.

Dlaczego utwory z nowej płyty Bloodbath gracie na koncertach w wyższej tonacji, niż w studio?

AN: Serio to wychwyciłeś (śmiech)?

Tak, jak większość słuchaczy.

JR: Spowodowane to jest ogromną paletą strojeń, w których graliśmy przez te wszystkie lata. Nasza pierwsza ep-ka, „Breeding Death”, była nagrywana w jeszcze wyższym stroju. Ten sposób grania pozwala uniknąć nam zbędnych problemów na żywo i nie musimy brać ze sobą dziesięciu gitar.

W trasę zabraliście ze sobą djentowe Vola i Agent Fresco. Sądzicie, że djent może być świetlaną przyszłością cięższej muzyki?

JR: Ciężko powiedzieć. Na chwilę obecną jest niezwykle popularny, aczkolwiek nie śledzę zbytnio tej sceny. Po dziś dzień nie zapoznałem się z najpopularniejszymi w nurcie, więc trudno mi wyrokować.

Skąd więc wybór tych zespołów jako „rozgrzewaczy”?

JR: Tę decyzję podjął management, nie mieliśmy zbyt wiele do gadania. Tak się złożyło, że akurat te kapele były dla nas dostępne, więc na nie padł wybór. Moim zdaniem są świetne i wyjątkowo fajnie się ich słucha.

Zawsze warto spróbować czegoś nowego

Zawsze warto spróbować czegoś nowego

Anders, wielu ludzi uważa twoje riffy do „Tonight’s Decision” za zrzynkę z Paradise Lost. Co ty na to?

AN: Kurwa, kolejny z tym Paradise Lost (śmiech). Co mogę powiedzieć… Każdy ma prawo do swojej opinii i nikomu nie zamierzam go odbierać.

„The Fall of Hearts” jest kolejnym już wydawnictwem, na którym kroczycie po ścieżce wytyczonej przez „Night is the New Day”. Jeszcze parę ładnych lat temu wasi fani byli przyzwyczajeni do wielu eksperymentów i zmian stylu. Nie obawiacie się, że mogą być poirytowani słuchaniem kolejnej płyty brzmiącej w podobnym stylu?

JR: Wątpię, żebyśmy kroczyli jakąkolwiek wytyczoną ścieżką. Na każdym naszym albumie zawsze znajdziesz coś nowego. Zawsze mamy pewne innowacje do zaoferowania. Moim zdaniem, takie postrzeganie naszych ostatnich krążków może być błędne. Przynajmniej ja widzę je w inny sposób.

Kilka dni zagraliście show z orkiestrą w bułgarskim Płowdiwie. Jak wrażenia?

AN: Byliśmy nieco zdenerwowani. To pierwszy taki koncert w naszej karierze. Kompletnie nie wiedzieliśmy, czy całość wyjdzie dobrze i bez większych pomyłek. Mimo wszystko, chcieliśmy to zrobić. Możliwość grania z orkiestrą nie przytrafia się codziennie, dlatego też do tego koncertu doszło. Kurewsko udanego koncertu – warto dodać. JR: Przychylam się ku opinii Andersa. Zawsze warto spróbować czegoś nowego, wcześniej niespotykanego. To było przede wszystkim fajne i udane doświadczenie.

Z takich nietypowych koncertów Katatonii łatwo przypomnieć sobie akustyczną trasę promującą „Dethroned and Uncrowned”. Czy typowa sztuka z tejże wypadła lepiej od płowdiwskiej?

JR: Tak. Piosenki przearanżowane na stuprocentowo akustyczne wymagały znacznie większego skupienia i pracy na próbach. Ale sądzę jednak, że obie sztuki wypadły świetnie, ponieważ są tak inne od tego, co robimy w zespole na co dzień. AN: Ciężko wybrać, ale gdybyśmy promowali „Dethroned and Uncrowned z orkiestrą, czułbym się spełniony.

Zaplanowaliście jakieś niespodzianki na dzisiejszy koncert?

JR: Zależy, co masz na myśli.

Piosenki, których zazwyczaj nie gracie i tym podobne.

AN: Cały koncert jest niespodzianką, póki nie znasz setlisty danego zespołu (śmiech).

Niestety, sety wiszą w Internecie, każdy może je zobaczyć…

AN: Każdy może, lecz ty nie musisz (śmiech).

W listopadzie będziemy obchodzić dwudziestą rocznicę wydania „Brave Murder Day”. Czy odegracie ją w całości na żywo, tak jak „Last K1Fair Deal Gone Down” niegdyś?

JR: Nie. Ten rok upływa dla nas pod znakiem obchodzenia dziesiątej rocznicy wydania „The Great Cold Distance”. Mamy mało czasu na opanowywanie piosenek podczas prób. Zwłaszcza z Rogerem, nowym gitarzystą. Nie chcemy obarczać go obowiązkiem nauki partii gitarowych z kolejnej płyty.

Ale tak szczerze, wolicie „The Great Cold Distance” czy „Brave Murder Day”?

JR: Obie kocham tak samo, jak każdą z naszych płyt. Aczkolwiek ten rok należy do „The Great Cold Distance”. AN: Zgadzam się. No i „The Great Cold Distance” wchodzi znacznie łatwiej od „Brave Murder Day”.

Rozmawiał Łukasz Brzozowski

Zdjęcia: archiwum (promo), Janek Fronczak (live)