JULIA MARCELL – Wspólna celebracja

Muzykujące panie raczej rzadko goszczą na tym, zdominowanym przez facetów portalu, zatem trzeba celebrować pojawienie się Julii Marcell, która swoją nową płytą narobi pewnie trochę bałaganu na polskiej, alternatywnej scenie. Podkreślam słowo „polskiej”, bo krążek „Proxy” – o którym pisałem już na naszych łamach – jak na razie adresowany jest głównie do rodaków. Wprawdzie Julia próby ze swoim zespołem odbywa w Berlinie, ale to co chce nam na dzień dzisiejszy przekazać, w większym lub mniejszym stopniu dotyczy właśnie naszego zabawnego życia nad Wisłą. W dodatku Julia swoje przemyślenia podkreśliła muzyką bardzo nośną, dotykającą z jednej strony ambitnego popu z drugiej – zjadliwej alternatywy, tworząc intrygujący, smakowity i świetnie zinstrumentowany kolaż. O tym, że jest dobrze, świadczy już numer „Tarantino”, zilustrowany ciekawym, mocnym teledyskiem i właśnie od tego rozpoczęliśmy naszą rozmowę.

Na początek z grubej rury w temacie teledysku „Tarantino” – Julia dostaje propozycję roli jurorki w telewizyjnym talent show. Co wtedy mówi? Nie? Tak? I dlaczego?

Już się spełniłam jako jurorka w Hungry 4 Fame, wystarczy…

Pytanie o tyle zasadne, że dzisiaj wielu młodym ludziom wydaje się, że właśnie dzięki takim programom mogą stać się kimś. Potępiasz tego rodzaju myślenie o karierze? Karierze rozumianej jako łatwy sposób „zaistnienia”, bez czegoś głębszego i ciężkiej pracy u podstaw… A może dostrzegasz w tym coś więcej? Coś – nazwijmy to – dobrego?

Na pewno nie potępiam takiej drogi, jest to jeden z wielu pomysłów na pokazanie się szerszej publiczności. Jak wiadomo, w przypadku niektórych artystów sprawdził się wyśmienicie. Dla mnie jednak rzeczywiście format talent show stał się symbolem łatwej, 5-cio minutowej sławy. Taki nastał klimat, że sława jest czymś bardzo pożądanym, a z drugiej strony nie musi nic za nią stać. Myślę, że wielu utalentowanych ludzi za wcześnie idzie się tam pokazać. Nawet jeśli zyskują rozpoznawalność, to nie mają jeszcze na tyle doświadczenia, żeby wiedzieć jak sprawić, by pracowała na ich korzyść.

Wspólna celebracja

Wspólna celebracja

Rozpoznawalność kojarzy mi się z największym grzechem współczesnej pop  kultury – przesytem. Zapracowaliśmy na to, że żyjemy w śmietniku, z każdej strony atakują nas kolejne „nowości”, „talenty” i „wydarzenia”. Za dużo, za szybko i za krótko. Masz jakąś receptę (nie powiem – uniwersalną…) na to by w tym biznesie trzymać równowagę? Równy oddech?

Nie mam i sama jej szukam. Też czuję się przytłoczona wielością i siłą rzeczy ograniczam się do śledzenia pewnych wybranych zdarzeń i zjawisk. Oczywiście, chcę wiedzieć co się dzieje i trzymać rękę na pulsie, jest to dla mnie ważne. Jednak oddzielenie informacji ważnych pochłania dużo czasu i energii.

Grzebanie w śmietniku… Zamiast delektowania pozostaje nam często ciągłe oddzielanie ziarna od plew. I kiedy już znajdziemy coś fajnego, jesteśmy zmęczeni i nie mamy siły na przeżywanie. Tobie udaje się jeszcze coś takiego jak „celebracja sztuki”? Taka zwyczajna, kiedy jesteś po prostu Julią – słuchaczem, konsumentem?

Nie tak często jakbym sobie tego życzyła. Ale staram się wydzielać sobie czas na to, bo, żeby naprawdę wsiąknąć w płytę, czy książkę, nie może mnie nic rozpraszać. Płyt słucham systemem – raz pobieżnie, a jeśli chwyci, to potrafię się miesiącami w jednej zasłuchiwać.

Ok, wprawdzie o to pytamy zazwyczaj na końcu, ale cóż – zdradź zatem, jaka płyta zrobiła na Tobie wrażenie w ostatnich miesiącach? Właśnie taka,  w której się zasłuchiwałaś?

Tak szczerze, w ostatnich miesiącach zasłuchiwałam się głównie w „Proxy”. Ponieważ płyta powstawała bardzo szybko, nie za bardzo miałam czas na więcej. Ale powoli wsiąkam w nową płytę Joanny Newsom „Divers”, a od dwóch lat niezmiennie zasłuchuję się w ostatniej długogrającej płycie Warpaint i ciągle nie mam dość.

Ja odkryłem ostatnio Half Free U.S. Girls. Do rzeczy zatem. Napisałem w recenzji „Proxy”, że to „mądra płyta”. Masz świadomość, że Twojej nowej muzyki słucha się także ze względu na teksty, co jest dzisiaj rzeczą dość niezwykłą? To tylko cieszy i zaskakuje, czy czujesz   może coś w rodzaju odpowiedzialności wobec słuchacza?

Cieszę się, że słucha się też moich tekstów, to dla mnie ważne. Myślę, że tekst jest bardzo ważną, ale często niedocenianą składową piosenki i moją ambicją jest pisać teksty nieobrażające inteligencji słuchacza. Staram się, co tu dużo mówić. I nie potrafię sobie odpuścić. A poza tym pasjonuje mnie pisanie tekstów, choć nie kryję, że jest trudne.

No i wychodzi świetnie. Taki zwrot jak „Na co komu ta mądrość/Tylko się człowiek stresuje/Głupotę ci każdy wybaczy/Brzydoty nie daruje” jest niemal wizjonerski i boleśnie punktujący naszą współczesność. Zastanawiam się tylko na ile jest to zwykła, nazwijmy to, kokieteryjna zabawa słowem, a na ile odbicie własnych doświadczeń?

Dla mnie to była reakcja na to co widzę wokół. Kult głupoty i plastikowego piękna. Kiedy po gali rozdania nagród innowacji, ludziom, którzy w swoich dziedzinach przodują i prezentują niesamowite pomysły mogące ulepszyć naszą rzeczywistość, jedynym tematem w mediach jest czerwony dywan…

Bo media temu służą… Ale wracając do płyty – dawno nie oglądałem tak sugestywnej okładki, świetnie obrazującej zawartość  albumu. Wiesz ile rekwizytów wzięło udział w sesji zdjęciowej?

Ha, ha… nie mam pojęcia, nie liczyłam, ale na pewno multum. Kilka godzin robiliśmy jedno zdjęcie okładkowe, przestawiając elementy scenografii, tak aby znaleźć ten odpowiedni układ. Dziewczyny, czyli fotografka Sonia Szóstak i scenografka Zuza Słomińska, dały radę.

Wspomniałaś wcześniej, że dopiero uczysz się nowej płyty a to sugeruje , że „Proxy” nie powstawała w tzw. organiczny sposób, z całym zespołem na sali prób, gdzie w pocie czoła wykuwały się aranżacje. Mam rację? A jeśli tak, to jak wyglądał cały proces tworzenia nowych piosenek?

Powstawała szybko i trochę w częściach. Nagrywaliśmy niektóre utwory zanim mieliśmy skończone inne. Najpierw napisałam piosenki. Potem razem z Thomasem Fietzem, który współprodukował „Proxy”, zrobiliśmy aranżacje wszystkich instrumentów i wokali, a potem w studio, już z muzykami, szliśmy na żywioł. Oni dodawali swoje pomysły i smaczki. Potem przy miksach jeszcze się zdarzało, że dogrywaliśmy ostatnie partie instrumentów. Więc była to taka praca nieco eksperymentalna jak dla mnie.JuliaMarcell1-fotSoniaSzostak

Kiedy spotkałaś się z muzykami podczas przygotowań przed koncertami, były próby odgrywania materiału 1:1 czy raczej tzw. luźne interpretacje?

Dużo skomponowanych partii było ważnych dla groovu, czy melodii piosenki. Podeszliśmy do sprawy z pewną prostotą i minimalizmem w zamyśle, nie chcieliśmy za bardzo odlatywać instrumentalnie.

Groove! Właśnie, od samego początku strasznie podoba mi się ten szorstki, naturalny puls bębnów. Przyznam, że trochę mnie już męczą te modne ostatnio koedukacyjne duety z elektronicznymi podkładami bez życia. Choć z drugiej strony trudno dzisiaj przebijać się z całym składem, bo ze względów logistycznych jest to ciężki kawałek chleba. Mam wrażenie, że tym razem postawiłaś wszystko na jedną kartę – jest polski język, prostsze i bardziej przebojowe kompozycje. Liczysz, że „się uda” i tym razem będzie sukces? I tu paradoks – bo „Tarantino”, choć w sumie nie taki prosty i raczej złośliwy, dobrze sobie radzi…

Nie wiem jak odpowiedzieć. Bo z jednej strony robię to, co ciśnie mnie od środka i każe się na świat wypuścić. Jak mnie pomysł napadnie, to nie ma zmiłuj. Nie ma w tym kalkulacji. Ale jest dbałość o komunikatywność. Oczywiście, zależy mi na tym, aby moje rzeczy docierały do ludzi, nie ma nic wspanialszego niż podzielić się swoją twórczością z innymi, dzięki tym rozmowom, tym reakcjom, nawiązuje się pewna wymiana energii. Ja wysyłam komunikat, ktoś na niego odpowiada. A jeśli jego forma będzie niezrozumiała, to nie dotrze. A komunikatywność, myślę, jest rzeczą, której się trzeba nauczyć. Dla mnie zawsze była trudna i myślę, że z czasem idzie mi coraz lepiej.

No właśnie – skąd ten zwrot w stronę polskiego słuchacza? Wiem, że byłaś (jesteś?) związana ze środowiskiem muzycznym Berlina, a nowa płyta jest w zasadzie w całości skierowana do krajowego odbiorcy. Co oczywiście cieszy, ale generuje też pytania – dlaczego? Mnie np. fascynuje ten odwrotny kierunek – zazwyczaj krajowi wykonawcy próbują zaistnieć na zachodzie a u Ciebie jest jakoby na odwrót…

Ha, ha, no faktycznie. Na pewno kilka czynników złożyło się na to, ale takim głównym była chęć dokopania się głębiej. Uwielbiam polski język, jest niesamowicie plastyczny, daje się wyginać i ciąć. I ten kontekst kulturowy, niesamowicie bogaty, polski humor, absurd, to wszystko ma specyficzny kolor, który nie do wszystkiego pasuje, ale jest fascynujący. Rosła we mnie potrzeba reakcji na rzeczywistość, opowiedzenia swoimi słowami o tym, co widzę i po polsku miało to dla mnie rację bytu. Co więcej, strasznie się wkręciłam, odkryłam nowe środki wyrazu, których wcześniej nie dane mi było używać. Była to więc potrzeba o naturze artystycznej.

Jest plan wydania anglojęzycznej wersji „Proxy”?

Nie myślałam o tym, ale nie wykluczam. Czas pokaże. Choć jak znam siebie, pewnie będę miała milion innych pomysłów w tym czasie.

Wszystko fajnie, ale ktoś może sobie pomyśleć – „nie wyszło jej na zachodzie„. Co Ty na to? Czy ta mityczna, tu i ówdzie wyczekiwana niczym mesjasz kariera na zachodzie w rzeczywistości jest możliwa? Pomijam tu zespoły metalowe, które tą „karierę” okupują setkami morderczych koncertów i tras…

Hmmm… kariera na zachodzie jest jak kariera w Polsce, trzeba ją okupić trasami, a im większy rynek tym więcej tych tras. Mnie się udało fajnie dotrzeć do ludzi z moimi piosenkami, koncertami, gramy w Europie, zdarza się Azja, nie narzekam. Polscy artyści coraz częściej i śmielej docierają za granicę, zobaczysz, niedługo rozpanoszymy się na dobre, nie tylko w metalu (śmiech).

Opowiedz o swoim zespole. Z jakimi muzykami grasz? Czy to tzw. skład mieszany, czy w tym momencie gustujesz w nadwiślańskich muzykantach?

Mam już od wielu lat ten sam skład. Od początku gra ze mną Mandy Ping Pong – altowiolistka, ostatnio również odpowiedzialna za klawisze, no i niesamowicie śpiewająca. A sekcję rytmiczną mam z Niemiec – to Thomas Fietz na bębnach i Thomsen Slowey Merkel na basie. Przyjaźnimy się bardzo, są dla mnie jak rodzina i uwielbiam z nimi grać i nagrywać.

Jak wyglądają takie międzynarodowe przygotowania do koncertów? Z logistycznego punktu widzenia wydaje się to być mocno karkołomne…

No tak, jest dużo jeżdżenia pociągiem na trasie Warszawa-Berlin.  Mamy salę prób w Berlinie i tam się spotykamy najczęściej.

To niezły rozrzut… Jak naszym niemieckim przyjaciołom gra się na polskiej ziemi? Mieli jakieś ciekawe spostrzeżenia w tym temacie?

Lubią tu grać. Lubią polską publiczność i gościnność, są fanami polskiej kuchni, myślę, że czują się  u nas jak ryba w wodzie.

A – i tu pozwolę sobie na jedyne w tym zestawie polityczne pytanie – jak postrzegają te wszystkie zmiany i zamieszanie wokół polityki itp. spraw? Czy faktycznie odbija się to na zachodzie aż takim echem, jak chciałyby polskie, komercyjne media?

Oni już pod tym względem na pewno mają perspektywę podobną do naszej. Bo choć mieszkają w Berlinie na co dzień, to siłą rzeczy dużo w Polsce przebywają, widzą, słyszą i rozmawiają z ludźmi na temat naszej sytuacji politycznej. Jest to gorący temat, ale o wrażenia musiałbyś już zapytać ich bezpośrednio…

Myślę, że na koniec powinno paść zasadnicze pytanie – masz świetną płytę i musisz przyznać się, jak wyobrażasz sobie sukces tego materiału? Jakie są Twoje w tym względzie nadzieje? Zdradzisz się, czy zostawiasz to dla siebie?

Ha, ha ok! Nadzieje mam takie, że dużo osób będzie wpadać na koncerty. Tego bym sobie życzyła, takiej wspólnej celebracji…

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Sonia Szostak