JESIEŃ – Życie w czasach katastrofy

Zrozumienie „Błota” to w pewnym sensie zrozumienie tego, gdzie zmierza krajowa alternatywa. Oczywiście, wspomniana płyta, najnowsze dzieło toruńskiej Jesieni, nie jest jakimś papierkiem lakmusowym tego środowiska, ale daje odczuć, w jaki sposób zderza się z rzeczywistością współczesny, gitarowy niezal. Paradoksem jest fakt, że dokonuje się tu swoiste „cofnięcie” do form pierwotnych. Celowa rezygnacja z rozwijania wątków improwizowanych i jazzowych (które pojawiły się na „Jeleniu”), w stronę rdzennej szorstkości, dotykającej punkowego nihilizmu, ale także chęć wyrwania się z pewnego, oczywistego dla słuchacza kierunku poszukiwań. Kiedy już otrząśniemy się ze zdziwienia i zaakceptujemy ten stan, „Błoto” objawi nam swoje drugie oblicze. O tej ewolucji rozmawiam z twórcami – gitarzystą/wokalistą Szymonem Szwarcem i basistą Michałem Supczińskim. 

Poprzednią rozmowę w 2016 roku zakończyliśmy dywagacjami, jaka jest najlepsza publika dla Jesieni. Dzisiaj muszę zacząć trochę bardziej pesymistycznie, patrząc na tzw scenę alternatywną – czy jest w ogóle jakaś określona publika, do której adresujecie swoją muzykę? Coś się w tym temacie zmieniło?

Szymon: Trudne pytanie, które – grając w jakimś niszowym zespole jak np. Jesień – można sobie zadawać nieustannie. Czasami zastanawiam się, czy jednak sobie takiego pytania nie darować. Skoro sami komplikujemy sobie kwestie „targetowe”, grając nie do końca w ramach jakiegoś określonego gatunku czy paradygmatu, czy możemy oczekiwać, że jakiś rodzaj publiczności to kupi? Czy w ten sposób stajemy się jakimś solipsystycznym tworem? Chyba nie. Graliśmy koncerty na skłotach i w pizzeriach, nie za bardzo przejmując się kontekstem i tym, co w danym momencie oferujemy. Muzyka alternatywna i odbiorcy takiej muzyki, to obecnie określenie, które jest chyba worem bez dna, dlatego trudno sprofilować odbiorcę. Nie jest ona i nie będzie też nigdy stuprocentową realizacją ani gatunkową, ani ideową, dlatego być może nigdy nie zaspokoi niczyich potrzeb, a raczej zostawi niedosyt, konsternację.

Michał: Nasza publika jest po prostu szalenie różna i nie naszym zadaniem jest sobie ją wybierać. To są ludzie z różnych kręgów, czasami nawet się zastanawiam jakimi kanałami do nas dotarli. Poza tym, chyba czasy publiczności, która jest przyporządkowana jakiemuś gatunkowi muzyki, dawno się skończyły; ludzie słuchają wszystkiego i są zewsząd. A poza tym, wiesz, jest tak, jak zawsze – bardzo dużo ludzi to po prostu „scena”, przyjaciele i znajomi, którzy grają, organizują, animują. Na naszym pułapie chyba nadal jest to powszechne.

Zadałem to trudne pytanie na początek, bo – jak to trafnie określił Bartek z Obiektów i Próchna – koncerty, które kiedyś były małe, teraz stały się jeszcze mniejsze. Mam wrażenie, że sprawy promocji i koncertów są odwrotnie proporcjonalne do świetnej, wielobarwnej i coraz bardziej łamiącej granice muzyki…

Michał: Nie chciałbym chyba zbyt mocno rozwijać tego tematu, bo skończy się jakimś narzekaniem, którym nie powinniśmy sobie zaprzątać głowy. Grajmy, róbmy, próbujmy. Bodźców jest wiele – zakończę banałem: to co ma się przebić to się przebije i znajdzie swojego odbiorcę.

Życie w czasach katastrofy

Życie w czasach katastrofy

Trochę w tym kontekście – od świetnego „Jelenia” minęły w sumie trzy lata – jak oceniacie ten czas, co udało się zrobić i jak ten okres wpłynął na was jako zespół?

Michał: Pierwsza płyta przyniosła otwarcie, dzięki któremu zaczęliśmy grać więcej koncertów i zapuszczać się w coraz to dalsze rejony, od Hiszpanii po Estonię. Te doświadczenia utwierdziły nas w tym, że warto robić to dalej. A materiał powstawał w międzyczasie, niespiesznie. Może nawet zbyt długo to trwało, zanim ujrzał światło dzienne, ale przynajmniej wiemy o tym, że ma mocne fundamenty, jest zbudowany „na czymś”. Nie mówiąc już o tym, że sporo się zadziało obok macierzystego zespołu – bo każdy z nas coś tam robi na boku i realizuje się dźwiękowo na innych polach.

Na pewno to bardzo dojrzałe dzieło. No i zaskakujące; przyznam, że po niektórych fragmentach „Jelenia” wnioskowałem, że pójdziecie właśnie w stronę improwizacji, dark jazzu itp. Tymczasem odnoszę wrażenie, że wy dokonaliście czegoś w stylu świadomego kroku wstecz. Staliście się bardziej post punkowi, surowi. Być moze przez to bardziej autentyczni… Czy to trafna diagnoza?

Szymon: Bardzo trafna. Poszliśmy w aranże i motorykę, większość utworów jest zbudowana w oparciu o gitarowe patenty. Jest to też wynik doświadczeń koncertowych, jednak droga do tego kroku była bardzo okrężna. W pewnym momencie po prostu pojawiło się zbyt wiele opcji, np. saksofon, więcej improwizacji. Ale życie zweryfikowało to tak, że  dokonaliśmy jakiejś redukcji w podejściu do tej muzy i do siebie.

Redukcja jest dobrym określeniem. W pierwszym momencie płyta wydaje się być prosta, dopiero kolejne przesłuchania ujawniają niuanse – post punkowego ducha z jednej strony, wyraźniejsze ukłony w stronę starego noise, ale też skłonność do lekkich, post rockowych naleciałości. Pasuje do tego okładka autorstwa Mariuszy Figli. Z jednej strony bałaganiarska, ale im dłużej się jej przyglądamy, układa się w jakąś całość. Chcecie być przewrotni?

Michał: My chyba zawsze w jakiś sposób byliśmy przewrotni. Na początku za pomocą prostych narzędzi muzycznych i zabawie z oczekiwaniami słuchacza, z tym do czego jest przyzwyczajony. Teraz już w sposób bardziej zniuansowany. W graniu „przewrotnej” muzyki można się zapędzić za daleko, stać się zespołem „cyrkowym”, chaotycznym. A my postanowiliśmy się jednak przyjrzeć bliżej niektórym rozwiązaniom i motywom, skupić na ich rozegraniu i wybrzmieniu, niespodzianki ukrywając głębiej. Z tym, że my sami już nie mamy do tego dystansu, nie wiemy co dla kogo może być niespodzianką – niektóre elementy, które dla kogoś mogą być zaskakujące, dla nas są immanentną częścią naszego stylu. Zawsze staramy się jednak stawiać rozwiązania muzyczne wobec siebie, w jakimś zwarciu czy dialogu.

…i z tego „przyglądania się” powstało BŁOTO. Jak mam interpretować ten tytuł? Nasuwa mi się kilka różnych rozwiązań, ale chyba musicie pomóc.

Szymon: Właściwie częściowo już sobie odpowiedziałeś na to pytanie. Błoto to jest taki powrót do źródeł. Źródła te nigdy nie były czyste, sporo też mówią o tym pierwsze frazy tytułowego utworu. Ta płyta mówi właśnie o niemożności ujrzenia rzeczy w sposób spójny, czysty i krystaliczny. Jednocześnie natura błota jest szalenie interesująca, mroczna, żywotna i organiczna, zawiera w sobie jakiś niepokojący, ale i afirmatywny pierwiastek.

Jest też błoto żywiołem niebezpiecznym. Może wciągnąć i doprowadzić do śmierci osoby, która się z nim zetknie. Pociaga was niebezpieczeństwo, jakie niesie ze spobą granie muyzki będącej „gdzieś obok” wszystkiego? Nie boicie się odtrącenia/niezrozumienia a może zwyczejnej obojętności, de facto wynikającej z natłoku zdarzeń?

Szymon: Moim zdaniem, granie czegoś, co jest obok, jest trudne. Nie chodzi o ryzyko frustracji czy niezrozumienia, ale mogą przyjść momenty, w których pytasz się, po co to w ogóle robisz. Może lepiej zagrać jak ten i ten, zrobić tak i tak, i będzie w dechę. Ale wtedy zastanawiam się, czy jeśli tak zrobiłbym, to czy nie byłoby to bardziej frustrujące. Uczciwie przyznam, że dla mnie jest to dość problematyczne. Ale gdybyśmy się tego rzeczywiście bali, to raczej byśmy się po którymś wydawnictwie rozpadli. A jest nieco inaczej – okazuje się, że ludzie przychodzą na koncerty. Po koncertach mówią, że coś im to daje. I to jest chyba sedno, nawet jeśli są to dwie osoby.

„Siłaczki” sceny alternatywnej? To niesienie muzyki wbrew sytuacji i bibline wręcz zadowolenie z nawet jednego nawróconego słuchacza jest godne pochwały, ale gdzie w tym wszystkim w takim razie prosty, banalny i fundamentalny w sumie rock’n’roll? Czujecie się muzykami czy bardziej misjonarzami?

Michał: Hej, ale nie chodzi tutaj o to, żeby kogoś nawracać. W ogóle nie czujemy się reprezentantami jakiegoś muzycznego ruchu, cierpiącego na brak atencji czy niezrozumienia. Po prostu miło widzieć, że ktoś po naszym koncercie czuje się zainteresowany pomimo formy w jakiej to przedstawiamy, a może właśnie dzięki niej. Fundamentalny rock’n’roll nie istnieje, bluesa grają bluesmani, a punk sam w sobie ma też bardzo wiele twarzy. Dla mnie bardziej atrakcyjne są rzeczy, które w latach dziewięćdziesiątych robili np. Dog Faced Hermans, bo ich post-punk był na nowo, był faktycznie „post”, ze wskazaniem na eksperyment i osobność. Podoba mi się to, co robi teraz np. Przepych – oni do nikogo się nie przymilają, bo nie jest ich celem, żeby wszyscy to od razu łyknęli. Naszym też nie. Miejmy trochę wiary w gusta i chęć poszukiwań ludzi – po co pisać kolejny kryminał; niektóre może i świetnie się czyta, ale odpowiedzi na pewne pytania odnajdzie się gdzie indziej.

Dobrze powiedziane, choć wiara w przewidywalność albo intencjonalność (w sensie chęci poświęcenia czasu) ludzi/słuchaczy jest godna podziwu. Ok., przyjmujemy, że mamy odbiorcę i produkt. Chciałbym się w tym kontekście dowiedzieć, co będzie dla was sukcesem, jeśli chodzi o „Błoto”? Czy jest to element „obliczalny”?

Michał: Faktycznie, rozmawialiśmy sobie o tym ostatnio, tuż przed wydaniem „Błota”. O tym, gdzie moglibyśmy pójść i co zrobić z tą naszą muzyką. I doszliśmy do wniosku, że robiąc nadal profesjonalnie to, co robimy, chcielibyśmy po prostu bardzo dużo jeździć, mieć na to czas i środki, eksplorować, spotykać ludzi… Banał? Na pewno motywuje nas tutaj fakt, że nasza muzyka spotyka się z bardzo dobrym odbiorem za granicami naszego kraju. Ludzie mówią, że nie muszą mieć angielskich tekstów, wchodzą w naszą narrację i odbierają ją wręcz fizycznie. Po kilku takich doświadczeniach wiemy, że wzorem naszych kolegów z Wrocławia chcemy po prostu częściej pakować się w granie poza granicami naszego kraju. Nie chcę, żeby to źle zabrzmiało, ale tam szacunek dla nietypowych rozwiązań w kwestii muzyki gitarowej wydaje się być o wiele większy, w powietrzu czuć jakby mniej kompleksów i więcej zrozumienia.

Co jest najważniejszym, waszym zdaniem oczywiście, elementem tej płyty? Co decyduje o jej wyjątkowości? Pytanie jest troszeczkę inspirowane pewną recenzją, gdzie stwierdzono, że Jesień jest jedynym zespołem, gdzie najważniejszą z gitar jest BAS (śmiech)…

Michał: Tutaj dochodzimy po prostu do brzmienia, które sobie wypracowaliśmy przez te dziesięć lat grania. Każdy na coś innego zwróci uwagę, ale my wiemy czego chcemy, jakich narzędzi używamy i jak one ze sobą współpracują. Jest to też czasem wypadkowa naszych charakterów – mój bas jest jaki jest, ponieważ jestem mocno ekstrawertyczną osobą, zwykle mam dużo do powiedzenia (śmiech). Poza tym, szybko wymyśliłem sobie jak chcę brzmieć. Częściej jednak ludzie są pod wrażeniem Macieja – może tego nie słychać na płycie na pierwszy rzut ucha, ale jak ktoś był na naszym koncercie to wie dlaczego – jego natura jest poszukująca i rozwiązania, na które wpada w czasie rzeczywistym, są efektowne i godne podziwu. Na skrajach zaś czai się Szymon, który jest z nas trzech najbardziej pracowity i ma niesłychaną wręcz zdolność okiełznywania tych naszych popieprzonych harmonii. Jedno jest pewne – każdy z nas to niezłe indywiduum, które udało się ze sobą zgodzić w kwestii muzycznej; nie ma walki – jest konsensus. I chyba to świadczy o tym, że jest to w jakiś sposób wyjątkowe, ta zgoda w wypracowanym przez nas brzmieniu.Jesień

I tu czai się pytanie o waszą współpracę: zazwyczaj zespół to jeden wielki KOMPROMIS. Jak wam udaje sie okiełznać emocje na poziomie towarzyskim i muzycznym? Iskrzy, czy coś jeszcze mocniejszego?

Szymon: Spotykamy się rzadziej niż kiedyś, mniej pijemy, więcej pracujemy. Cały proces powstawania płyty to jednak była praca, która wymagała nie tyle kompromisu, co jakiegoś wspólnego azymutu, w którym każdy jakoś będzie się realizował. Postawiliśmy właśnie na bycie working bandem bardziej niż na impro. Czasem było to męczące, ale myślę, że iskrzy, szczególnie na koncertach, na których, mimo bardziej zwartych form utworów na płycie, zostawiamy sobie przestrzenie do rozwijania pewnych wątków w sposób improwizowany, jest więcej gruzu itp. Granie nieprzyjemnych piosenek, jak to określił ostatnio kolega Zalewski Marcin, to wspólna reakcja na chujowy czas i okoliczności, w których powstawały. I nieważne czy jakiś krytyk napisze, że bas jest ważniejszy od gitary, a gitara jest ważniejsza od zmanierowanego wokalu, a jeszcze inny napisze, jak to powinno być zmiksowane lub zagrane. Ta muzyka jest elementem naszej tożsamości, z tego zespołu wyrosło wiele innych muzycznych inicjatyw i projektów. Stąd być może decyzja o zrobieniu kroku wstecz, żeby zachować i zrealizować jej pierwotne założenia. Myślę, że dzięki tej płycie nie rozmyliśmy się we własnych dążeniach, które są różne, a wręcz zbliżyliśmy się do siebie po to, żeby robić coś bardziej spójnego. I jeśli wymaga to „regresu” lub pracy u podstaw, to warto czasem to zrobić.

Nawiązując do „chujowego czasu i okoliczności” – coś więcej możesz o tym powiedzieć?

Szymon: Jak pewnie zauważyłeś, trochę tekstów traktuje o pewnych aspektach współczesności. Ale dwa główne to chyba życie w wydaniu prekarnym, które paradoksalnie daje nam jakieś absurdalne poczucie wolności oraz życie w czasie, kiedy konsumpcja i system neoliberalny orzą planetę. Daję ogólniki, może górnolotnie. A zatem – życie w trakcie katastrofy. Dodajmy do tego politykę w polskim wydaniu, która na większości szczebli prowadzi donikąd i mamy stan umysłu, w który wręcz nie pozwala grać przyjemnych piosenek. Z całym szacunkiem dla przyjemnych piosenek. To samo masz na poziomie produkcji. To już nawet nie wynika z jarania się latami dziewięćdziesiątymi, tylko z realistycznego podejścia do tematu. Czyli setka, czyli bez większych bajerów, czyli element koncertu na płycie i inne takie.

Z tego wszystkiego wyłania się obraz zespołu poważnego. Dojrzałego i bardzo świadomego. Przytłacza was życie?

Szymon: Pewnie nawet o tym nie wiemy (dużo śmiechu). Walka trwa, nie będziemy się nad sobą rozczulać. Jak najbardziej świadomie wybieramy niezal. Wybieramy ten trud i znój.

Może kiedyś przyjdzie zapłata za ten znój i małe koncerty, które stają się jeszcze mniejsze…

Szymon: Małe koncerty są fajne. Możesz pogadać z każdą osobą, która na nie przyszła…

I na koniec – żeby nie było smutno – zdradźcie co poczuliście, kiedy pierwszy raz zobaczyliście okładkowy obrazek?

Szymon: Poczuliśmy się jak w domu.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Krzysztof Gałązka