JESIEŃ – Pseudo jazz

Z toruńską Jesienią mieliśmy już na naszych łamach do czynienia i to całkiem niedawno. Cóż jednak zrobić, skoro zespół wyciął wszystkim niezły numer, krótkim czasie po ep-ce „O” wydając nowy materiał, który tak na prawdę… ale o tym przeczytacie w rozmowie z trójką jesieniowych muzyków. Ze swojej strony dodam tylko, że nowe dzieło pokazuje całkiem inną twarz Jesieni – co tu ukrywać – absolutnie rewelacyjną, dopracowaną, bardziej zadziorną, nie tylko muzyką, ale i słowem. Swojej fascynacji Jeleniem daję wyraz gdzieś obok, zatem, by nie tracić cennego czasu, zapraszam do lektury. 

Na początek musi pojawić się info o zakręconych losach nowej płyty, która miała powstać dawno temu, ale zamiast niej wydarzyło się coś innego, tylko po to, żeby Jeleń ukazał się dzisiaj…

Michał: Pierwsze podejście do albumu mieliśmy w 2014 roku. Koncepcja i lista utworów była wtedy zupełnie inna. Nagraliśmy ją w Toruniu, razem z Łukaszem Milewskim, realizatorem i akustykiem z klubu NRD. To była nasza pierwsza nagrywka w studio, jeszcze na ścieżki. Miks tej płyty to trochę horror, razem z Mateuszem Stolnickim dłubaliśmy w niej zdecydowanie za długo. W międzyczasie koncept się zmienił, postanowiliśmy nagrać wszystko na setkę; graliśmy wtedy wiele koncertów i zauważyliśmy, że jest coraz lepiej, palce nam coraz sprawniej chodzą, wypadałoby zawrzeć tę energię. Wybraliśmy więc ze starego „Jelenia” kilka utworów, które nam się podobały i z tej sesji powstała ep-ka „O”, o której już kiedyś rozmawialiśmy. Kolejna sesja przyniosła już właściwego „Jelenia”.

Mocno skomplikowane. Tym bardziej, że „Jeleń” mnie totalnie zaskoczył, jako całokształt, pokazując Wasze mocno „inne” oblicze… A co najciekawsze, o ile „O” kierowało moje spojrzenie na amerykańską alternatywę, tym razem nie jestem w stanie wyjechać z kraju. Ta płyta jest tak polska, że aż… oryginalna. Bredzę?

Szymon: Nie bredzisz, trafiasz w sedno. Mieliśmy nawet taki wieczór, gdzie doszliśmy do tego samego wniosku. Słuchając „Jelenia“ na przemian z produkcjami amerykańskimi, które mogłyby być jakoś pokrewne, stwierdziliśmy, że jest wschód, jest inaczej, jest wreszcie po polsku. Miało być po polsku! Miało być po naszemu. Stąd też decyzja o nagraniu na setę, pięć dni to zajęło. Po to te wszystkie obsuwy i wyczekiwanie. Żeby ktoś właśnie tak powiedział i żeby nie było co do tego wątpliwości.J1 (2)

Pogrążam się dalej – po lekturze płyty ukułem sobie określenie na Waszą muzykę – „noise’owa poezja śpiewana”. Co o takim czymś myślicie. Bo zderza mi się tu poetycka wizja z szorstkim hałasem, klimat z dysonansem…

Szymon: Trochę bredzisz, to nie jest poezja śpiewana, to się za bardzo z SDM kojarzy. Poetyckość jak najbardziej, tekst może stać się poetycki w każdych warunkach; wróćmy do poprzedniego wywiadu – nazwałem wtedy to co gramy „niepiosenkami“ i myślę, że tego należy się nadal trzymać. Maciej: Ale na pocieszenie dodam, że „szorstki hałas” brzmi znakomicie!

Ale problem w tym, że tu jest dużo tej… piosenki. Ale rozumianej jako pewna opowieść. Taka gawęda snująca się i otwierająca jakieś tam drzwi…

Szymon: W porządku, jest. Drzwi też są. Pokłady liryczne są duże, dowiaduję się o tym od ludzi, sporo nad tym pracowałem, również razem z chłopakami. Ale nie jest to tego rodzaju poezja, to są strzępy, które chcą do siebie przylegać i ułożyć się w coś bardziej spójnego. Jak przyjrzysz się temu z dalszej perspektywy to tak jest, jest tam narracja, jest opowieść, jest poezja, tylko ona nie jest wyśpiewywana, nie układa się w piosenki. Ona jest bardziej tutaj nawet przemilczana. Ta poezja cała. Maciej: Po prostu określenie poezja śpiewana działa nam na nerwy. Michał: Cieszę się, że ktoś odbiera tę płytę w kontekście narracyjnym. Zawsze lubiłem albumy, które się włączało i które pochłaniały. Że od pierwszej do ostatniej minuty jesteś w jakimś świecie.

Właśnie – najlepsze jest to, że ta płyta wciąga. Domaga się uwagi. Drażni i uspokaja. Już, prawie mam na końcu języka co chcę o niej powiedzieć, ale zaraz zmienia się wątek. Ale jeśli już, to trans pojawia się tu w duuużych ilościach…

Maciej: Taaak. Mi to rekompensuje nigdy nie doświadczone, acz długo wyczekiwane emocje przeżycia rykowiska. Byłem z ojcem myśliwym jako dziecko chyba z pięć razy… Michał: Tak, jest trans, bo tę formę grania też bardzo lubimy. Często na próbach jest to wypadkowa poszukiwań w przestrzeni danego utworu, sami dla siebie czasem rozszerzamy kompozycje, sprawdzamy ich granice, schodzimy głębiej. Nie wszystkie z tych rozwinięć znajdują się na płycie, ale sakro-techno w „Bozi“ to zdecydowanie jeden z naszych ulubionych momentów tego lotu.

Skoro przy konkretach jesteśmy, to moja trójca święta brzmi: „Do Bozi” – „Pokoik” – „Paluszki”. Nie wmówicie mi, że na koncertach gracie te numery identycznie. Dla mnie wystarczają one w zupełności, bo po rozwinięciu formy, mamy z godzinę grania…

Maciej: Jeśli już o zwierzętach, to niezłą zabawę sprawia nam robienie słuchacza w konia… Szymon: Owszem, trudno jest powtórzyć jeden do jeden takie „Paluszki” na przykład, jest to utwór półimprowizowany, na koncertach wychodzą te numery trochę dłużej, trochę więcej czasu jest na wejście w to, no i na koncertach, przynajmniej „Do Bozi” i „Pokoik” są to takie numery kontemplacyjne bardziej. Michał: W „Paluszkach” ważne jest też spotkanie – czasem jeszcze gramy je sami, ale głównie wtedy, kiedy mamy okazję wykonać je z Natanem, jak to na przykład miało miejsce ostatnio w Uchu. To często jest jazda, o której nie wiemy, jak się skończy. Na koncertach dużo się też dzieje w „Dziewczynach z Kurska”, trochę nas tam ostatnio ponosi. My w ogóle lubimy, jak nas ponosi. Maciej: O tak. Czasami tak nas ponosi, że wciągamy publiczność w uczestnictwo w kawałkach. Szymon: Koncerty staramy się też grać bez zwracania szczególnej uwagi na czas, bycie poza czasem antenowym ma swoje dobre strony, bo można trochę zapomnieć o tym, co nas ogranicza.Jeleń

No i to jest to, co ostatnio uwielbiam. Przychodzę na koncert i nie wiem, co się wydarzy. Zaskakujecie siebie na scenie? Kiedyś David Yow z The Jesus Lizard powiedział, że granie koncertów nie nudziło mu się właśnie dlatego, że na każdym kolejnym koncercie Duane Denison wymyślał jakieś zagrywki, które go kompletnie zaskakiwały…

Maciej: Kiedyś wpadła mi pałeczka we włosy… Szymon: Może jeszcze tam jest? Maciej: Ktoś by mi o tym powiedział. Michał: No tak, mówiliśmy już o tym, jest to rzecz, którą z chęcią uprawiamy. Przy tym, jak się dogadujemy ze sobą, cały czas jesteśmy gotowi na różne rozwiązania. W Gdyni tuż przed Paluszkami Szymonowi pękła struna. Zaczęliśmy inaczej niż na płycie – tylko ja, Maciek i Natan. Chwila płynięcia, wejście, improwizacja – przecież nie będziemy stali w ciszy i czekali, co nie? Szymon: Tak, pożyczyłem gitarę od Pawła Plotty i polecieliśmy dalej, była rzeź, po koncercie dostawałem pytania, czy aby nie zostało to wszystko zaaranżowane? No właśnie nie było… Michał: To jest bardzo miłe uczucie, chyba nie chciałbym nigdy odgrywać czegoś z zegarmistrzowską precyzją, to wydaje mi się mało muzyczne, w kontekście tego co robimy. Ale showmanami nie jesteśmy, żeby takie akcje ustawiać. Wydaje mi się, że to dlatego czasem można spotkać wobec nas określenie „pseudo-jazz”. To zabawne, jazzu nie gramy, ale czasem sprowadzamy się w okolice tej idei, ruchu molekuł na scenie.

No a tam gdzie saksofon uderza, robi się noise jazzowo. Na bank. Może trzeba jakiś koncert nagrać, bo okaże się że jest to nowa jakość?

Szymon: Jest jeszcze na to czas, plany odnośnie noise’owego jazzowania już sobie zarysowujemy, chcielibyśmy coś podłubać z Natanem jeszcze, bo bardzo nam się dobrze z nim tak dłubie i ryczy.

No to laski z Kurska. Tego to już nie kumam – skąd ten pomysł, skąd ta idea? Bo  z jednej strony brzmi jakoś tak… niezobowiązująco, z druguej człowiek się wsłuchuje, bo ten Kursk. Wietrzę w tym jakiś szwindel. Taka faza plateau na zakończenie płyty…

Michał: Kursk, ładne miasto w Rosji, odległe, trochę tajemnicze, egzotyczne. Jakie tam są dziewczyny?

Mi się to raczej kojarzy z dziewczynami z okrętu Kursk. Jakie były dziewczyny na Kursku?

Szymon: No tutaj popłynęliśmy, dla mnie wciąż jest to jeden z najbardziej wzruszających numerów, jakie w ogóle gramy. Dlaczego akurat dziewczyny z Kurska? Bo pomyśleliśmy sobie właśnie o dziewczynach, które żyją sobie w Kursku po dziś dzień, o dziewczynach, które gdzieś tam zostają i już nie mają na co czekać. Chcieliśmy odwrócić perspektywę. Łódź utonęła, miasto zostało, mniej więcej na tej zasadzie budowany był tekst. W samym utworze jest dużo symboliki, przybliżania się, oddalania, podgłaśniania ściszania, ogólnie chcieliśmy zarysować jakoś to całe poczucie utraty już nie siebie, jak na wstępie płyty, ale kogoś, no tutaj jest bardzo szerokie pole do interpretacji i jak najbardziej nie jest to szwindel. Michał: Jest to raczej utwór dramatyczny, ja go tak odbieram. I smutny.

W kontekście długości utworów z drugiej części płyty zastanawiam się, dlaczego „Schimmel’a” podzieliliście na dwie części?

Szymon: Chyba chodziło o to, żeby je jakoś delikatnie odróżnić, na koncertach gramy to właściwie z małą przerwą na wyrzucenie tamburyna, podział utworu i zwrócenie uwagi na jego dwudzielność pokazuje też różne podejście do podobnego tematu, no i to, że mogą istnieć jako odrębne utwory, które są ze sobą mocno powiązane. Poza tym można to też podzielić ze względu na tekst – w części pierwszej jest to „tiruru, lalala”, które w założeniu ma odzwierciedlać trochę język polityki, mediów, język wytarty ze znaczenia, traktowany czysto instrumentalnie; druga część zarysowuje już konkretną scenę: tekst zrodził się zaraz po wyborach parlamentarnych, kiedy szedłem ulicą, po której wiatr tarmosił pozrywane plakaty wyborcze, w istocie swojej już właściwie śmieci, chociaż śmieciami te plakaty były również przed dniem wyborczym.

Mimo, że bardo polskie (ok, to jest fajne…), to jednak muzyczne tropy nadal ciągną się gdzieś po obrzeżach Ameryki. Tu Sonic zabłyśnie, tu GvsB, tu jeszcze co innego. Czy możecie wymienić jakieś inspiracje, jakie Was stymulowały? Tylko bez „fuck idols”…

Michał: Wiesz, wiele rzeczy już zostało zagranych, muzyka rockowa, noise’owa, post, w ogóle rock’n’roll cały to bardzo pojemna sprawa przecież jest. Ja za siebie mogę mówić, że mi bardzo blisko jest do amerykańskiej sceny, do tej hooverowej, slintowej, czy fugazi melodyki. To było w pewnym momencie dla mnie bardzo odkrywcze. Metaliczny bas, konsonanse melodyki gitarowej. Ale to nie jest jakaś taka konieczna do odczytywania naszej muzyki inspiracja. Po prostu gdzieś to się w naszym życiu pojawiło. Podobnie jak Gustafsson się pojawił, jak Brygada Kryzys się pojawiła, jak King Crimson i francuska muzyka filmowa. W ogóle amerykańskie granie pokazało w pewnym momencie, co zrobić z gitarami. Połowa sceny się od tego uczyła. Ale teraz to już nie są konkretne odniesienia, to po prostu scheda kulturowa, wykorzystywanie pewnej wiedzy. Szymon: Materiał z płyty funkcjonuje już od kilku dobrych lat, no i jest dość różnorodny, więc trudno wymienić jakieś inspiracje, które były kluczowe czy fundamentalne, na pewno przerobiłem Swans i to dało jakieś podejście do muzyki w ogóle, nie wiem, słuchałeś np. Thinking Fellers Union Local 282?, mogę tu wymieniać, zawsze inspirujące rzeczy z Lado ABC, zawsze inspirująca Bydgoska scena, no te rzeczy jakoś pomogły, sporo jazzu w stylu The Necks czy Triosk, bardzo Metzów polubiłem swojego czasu, z takich zaoceanicznych popularnych, gitarowych, ale mam uczucie, że to było dawno, słuchamy wielu rzeczy, zawsze przeżyciem inspirującym jest Cocart i rzeczy, które się tam pojawiają, gramy nawet imprezy jako rocker dj’e i wychodzimy z założenia, że ze wszystkiego, co jest jakoś dobre, nieważne czy to funk czy punk, można wziąć jakąś naukę, coś dobrego. Michał: Poszukałbym też w polskich rzeczach. Starzy Singers, Thing, Columbus Duo, żeby takie mniej oczywiste na przykład wymienić. Się słucha, się myśli, się gra. Szymon: Sporo też ostatnio sobie po prostu improwizujemy z różnymi muzykami spoza zespołu, bo tutaj rodzi się najwięcej inspiracji. Nie wspomnieliśmy o Kurwsach prześwietnych, nie da rady wspomnieć o wszystkich…

I to wszystko zostało przetrawione, przeżute i  wydalone na płycie. A tak nawiasem, nie wydaje się Wam, że scena jazzowa i alternatywna zaczęły się niebezpiecznie do siebie zbliżać? Niechęć? Lotto? Wasze niektóre fragmenty? W ciekawy sposób obrazują nowe rozdanie tzw. jazzrocka. Tyle, że w przeciwieństwie do funkujących prekursorów, teraz zamiast funka jest właśnie dysonans i trans…

Szymon: Lotto jest super. Michał: Im więcej muzyków z różnych dziedzin gra ze sobą, tym więcej ciekawych rzeczy wychodzi. Gatunkowość zanika.J1 (1)

Pochodzicie z Torunia. A tuż obok jest Bydgoszcz, czyli miejsce, gdzie alternatywa nabiera nowego znaczenia. Jest między Wami jakaś rywalizacja? Co możecie polecić jeśli chodzi o muzyczno-alternatywny Toruń?

Szymon: Nie ma sensu rywalizować, wchodziłem już w jakieś projekty z Mikołajem Zielińskim, ogólnie trzeba się szanować, a jak jeszcze jest możliwość kooperacji, to tym lepiej dla wszystkich. Michał: Mózg to dla mnie ważne miejsce. Cholernie wielka inspiracja. Nawet nie sama muzyka, nie poszczególne płyty, ale ta idea podróżowania i poszukiwania, grania ze sobą wielogodzinnych improwizacji przez ludzi, którzy akademii muzycznej nie widzieli na oczy. Ostatnio pierwszy raz w Mózgu graliśmy jako Jesień i czułem się z tego powodu bardzo dobrze. Przyszli ludzie, których nie znaliśmy, słuchali z uwagą, której znana jest bydgoska publiczność. Czułem się tam z naszą muzyką na miejscu.

Wasza muzyka mocno wystaje ponad alternatywną scenę, jest świeża i intrygująca. Tak samo myślą organizatorzy? Kalendarz się zapełnia?

Szymon: Kroją się koncerty w Łodzi, Sochaczewie, Lublinie i Sierpcu, szczegóły niebawem, no ale trzeba więcej, mamy siłę, mamy chęć, mamy nawet sprzęt. Michał: Dopiero teraz się przekonamy, czy ta „świeżość” to rzecz, która zainteresuje organizatorów. Weszliśmy we współpracę z kimś, kto już na jesień załatwia nam koncerty, chociaż sami też próbujemy zgłaszać się do wielu miejsc. Chcemy grać dużo, bardzo dużo. Kto wie, może nie jest za późno jeszcze na jakiś festiwal? O wszystkim przekonujemy się na bieżąco. Jeśli ktoś chce pomóc, to oczywiście zapraszamy do promowania Jesieni w swoim mieście, z tym zawsze jest sporo pracy. Czasem się zastanawialiśmy, czy dla punkowej publiczności nie jesteśmy za mało punkowi, a dla, hm, „trójkowiczów”, nazwijmy to tak, zbyt ostrzy. Nie widzimy jeszcze mocno zarysowanego zbioru odbiorców. Być może się o tym przekonamy, a być może się nie przekonamy i będziemy nieprzekonani.

I tą ciekawą kwestią kończymy, pozostawiając ją bez odpowiedzi. Niech jej szukają na Waszych koncertach…

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia:  Małgorzata Replińska (zdjęcie z cieniem)/Mikołaj Zieliński (zdjęcie siedzące)