JESIEŃ – Niepiosenki

Nie załapałem się na Jesień jesienią, czynię to zatem zimą. Za oknem minus 16, a w duszy gra muzyka, która potrafi w sekundę zagotować gar zimnej wody. I to bardzo oszczędnymi środkami. Jesień wpisuje się w szereg zespołów bardzo niepozornych, stojących sobie gdzieś z boku a jednocześnie montujących dźwięki wielce ekscytujące. I choć w poniższym wywiadzie pojawia się kilka nazw z jedynie słusznej ery hałasu, to Jesień tworzy tu i teraz, stanowiąc świetny kontrapunkt dla spiętej i roszczeniowej branży rozrywkowej. Zamiast uczestniczyć w muzycznym wyścigu szczurów, tworzą sobie na boku i robią to z zabójczą skutecznością. Czy kiedyś staną się wielcy? Chyba nie. I nie muszą, bo dla mnie już dzisiaj są jednym z najlepszych, absolutnie nieoryginalnych oryginalnych zespołów nad Wisłą. Przed Państwem trzech członków – założycieli: Michał, Szymon i Maciej.

Na początek tak banalnie, że aż śmiesznie. Dlaczego Jesień? Bo mnie, kiedy słuchałem Waszej muzyki, objawiła się Wiosna…

Michał: Może to nawet całkiem naturalne, że przyjmując taką nazwę trochę się od niej oddalamy? Banałem jest powiedzieć, że to stan umysłu, te deszczowe wieczory, trochę nihilizmu i te wszystkie byłe kobiety. I prostota, jedno polskie słowo, które przecież każdemu może się kojarzyć z czymś innym. To, że słowo jest polskie, jest znaczące. Pamiętasz, był taki zespół Miłość, grał free-jazz. A im się udało odczarować to słowo. Ja słysząc „miłość”, najpierw widzę chłopaków grających dzikie fryty, dopiero później ten cały sztafaż prozaicznych skojarzeń. Szymon: Odnośnie nazwy, to czasem się zastanawiam czy lepiej jest rozpatrywać ją w kontekście tego, co przed nami, a czego jeszcze nie wiemy, czy może warto spojrzeć wstecz i już powiedzieć coś konkretnego w związku z tą Jesienią, no ale Jesień 1chyba ciągle chodzi o to co przed, a więc nie do końca znane i uświadomione… hmmm, taka konstatacja.

Ja zdecydowanie widzę wiosnę, jezioro i w nim trzech chłopaków. Coś Wam to przypomina?

Michał: No pewnie. Zdjęcie zrobione przez Willa Oldhama zespołowi Slint, poszło na okładkę nieśmiertelnego „Spiderland”. Ale pamiętasz, zdjęcie jest w takiej mrocznej, czarno-białej estetyce. Może tutaj tkwi szkopuł – z jednej strony wiosna i beztroska, a z drugiej – nostalgia. Bo w tym zdjęciu jest nostalgia. Maciej: Chopin, Chopin…

No to jedno porównanie mamy. Zauważyłem pewną bezradność dziennikarzy – bo nostalgia jest wspólna (taka polska??), ale nazw w Waszym kontekście pojawia się całkiem sporo – Tortoise, Slint, June of 44, Ewa Braun itp. Czy postrzegacie tę dezorientację jako zaletę?

Michał: Wiesz, po pierwsze to nostalgia ściany wschodniej nigdy nie będzie taka sama jak w przypadku zachodu. June of 44 nie ma tego dziwnego, pięknego nerwu co np. 19 Wiosen, który na zachodzie byłby chyba niezrozumiały. To samo tyczy się polskiej literatury, filmu. My nie wchodzimy w żadną kieszeń, jak kiedyś młode zespoły chcące grać „tak jak ich ulubiony zespół”. To, że ktoś wyczuwa punkty wspólne, to chyba zaleta jego bacznego ucha, które potrafi wyciągnąć niuanse. Jeśli istnieje jakaś dezorientacja, to na pewno nie dla nas. Porównywani byliśmy też do Świetlików i Much. I do Kazika. Kto by się tym w gruncie rzeczy przejmował, głowa prędzej pęknie…

Ale zgodzicie się, że najlepiej Waszą muzykę zrozumie ktoś, kto wychował się na latach 90? To moja obsesja, wiem, przesada, ale tak to widzę…

Michał: Chyba się nie zgodzimy, to by bardzo nieładnie świadczyło o słuchaczach wychowanych na innych latach. Może to złudzenie spowodowane tym, że nie używamy elektroniki, po prostu? Pytanie, ile w tym celowości. Ja z lat 90. pamiętam taką petardę bezpretensjonalności, która charakteryzowała wtedy gitarowe granie. Tu, zgoda. Szymon: Wychowywaliśmy się w latach 90., na kasetach, na tych zespołach, ale na starszych i nowszych też, w końcu może to i wyłazi jakoś z człowieka.

Dlatego musicie wydać „O” na kasecie…

Michał: Kaseta i płyta Jesieni zostały wydane w moim mikrolabelu Złe Litery. Do tej pory wydaliśmy sześć albumów. W tym nasze projekty – Jesień i Święto Zmarłych. Promocja nie jest potężna, dlatego mało osób jeszcze o tym wie. Ale w nowym roku się to zmieni. Muzyki można posłuchać na bandcampie.

Niepiosenki

Niepiosenki

Muszę Was bardzo pochwalić za język. Polskie narzecze bardzo fajnie pasuje do tej, muzycznej formuły. Trudno było nagiąć język polski do tych kompozycji? Niektórzy twierdzą, że jest on zbyt „twardy”… te spółgłoski itp.

Szymon: Nie jest łatwo z tym polskim czasami, ale język jest tu dość mocno szlifowany, przy powściągnięciu środków i dostosowaniu ich do muzyki jakoś udaje się nie stracić ładunku i sensu słów. Wymaga to pracy, poza tym trochę w języku siedzę, tomiki jakieś pisałem; pewne tematy,  zagadnienia, słowa, sensy mam przerobione, więc jest to jakaś dobra baza, z tym, że w piosenkach tych są teksty piosenek, a nie wiersze – trzeba uważać, ale nie należy się bać, twarde głoski dobrze grają, jak się je zestroi na przykład z metalicznie brzmiącym basem. Staram się w ogóle nie myśleć w tym wypadku o ograniczeniach polskiego języka, bo i jakie one są? W innych językach też są, a że nie ma z tego anglojęzycznego gniota o „dupie maryni”, tylko tekst, który w pełni rozumiem i wydalam z siebie, sprawia, że przestajesz się takimi głupotami przejmować.

W muzyce Jesieni podoba mi się taki fajny mariaż eksperymentu i piosenki, np. „Myszka” taka jest. Z jakiego punktu wychodzicie podczas pracy nad utworami – improwizacja, zwykła piosenka, która urasta do większej formy?

Maciej: Naszą bronią jest zaskoczenie, lubimy to robić. Z mojej perspektywy, jako słuchacza, to najbardziej chyba pożądany element muzyki. Zarówno na poziomie kompozycji kawałka, jak i składania koncertów staramy się trzymać odbiorcę w niepewności. Szymon: Ostatnio doszedłem do wniosku, że gramy niepiosenki, a polegałoby to na tym, o czym wspominamy dość często: rozwalamy piosenkę i robimy z niej coś na kształt piosenki, lub też z czegoś, co może być piosenką, robimy inną piosenkę, no i improwizacja, tutaj granice są bardzo ruchome i forma, do której się dąży nie jest jasno określona. Ja bym to określił jako aktualny stan przetworzenia pewnego materiału, który potem staje się piosenką. Michał: Każdy utwór powstawał inaczej. Nigdy nie było chyba tak, że koncepcja utworu została stworzona od A do Z przed zagraniem. Niektóre utwory wychodzą z improwizacji, potem są zapominane i pół roku wracamy – nagle pojawia się jakiś kolejny pomysł, cięcie, sklejanie. Czasem zaskakujemy samych siebie.

Czyli jednak burzenie piosenek. Ale musi być ciężko, bo ponoć kawałki z nowej ep-ki miały po kilkanaście wersji. Co to za plotka? Jesteście masochistami? Czy pedantami?

Szymon: Prace nad „O” były pewnego rodzaju masochizmem, ale w rozumieniu producenckim, szukaliśmy rozwiązań brzmieniowych, no i po przemieleniu kilkunastu wersji poszczególnych utworów wróciliśmy do surowizny i na tej podstawie Mateusz Stolnicki wykonał swoją pracę producencką. Michał: Nie lubimy się nudzić. Tutaj dochodzimy do czegoś, co mi się osobiście podoba w naszym graniu. Nawet jeśli utwory mają jakieś ramy, to po pół roku możemy zagrać je zupełnie inaczej. Jak tejki w jazzie, wiesz, inne podejścia do pozornie zamkniętych kompozycji. Pedantyzmu raczej mało, jesteśmy otwarci na ciągłe zmaganie się z tymi utworami, to przynosi nam przyjemność. Dużo z tego naszego podejścia wychodzi na koncertach. Lubimy polecieć, zrobić dziurę w utworze, zagrać tam coś nieoczekiwanego. Rejestracja tych utworów była dla nas swego rodzaju wyzwoleniem – nie musimy ich już grać tak samo. Odgrywanie to nie jest nasza naturalna zespołowa cecha.

Jesień O

JESIEŃ – O   Małe remanenty z minionego roku. Przyznam, że przegapiłem premierę tej płyty, co uważam za błąd, zważywszy na jej jakość. Jesień to kolejny, niepozorny zespół o dziwnej nazwie, którego potencjał jest bezsporny – panowie potrafią wytrącić słuchacza z letargu i to wcale nie za pomocą natłoku gryzących mózg dźwięków. „O” to kawał dobrej roboty, skrzącej się różnymi wpływami; zasadniczo Jesień to postrockowy, nostalgiczny klimat, wyciszone piosenki, które w jakiś dziwaczny sposób zapadają w pamięć. Najważniejszym elementem jest tu oszczędność, znana chociażby z dokonań takich prekursorów jak Slint czy Chrome. Jesień idzie jeszcze dalej, bo potrafi zachować umiar, choć miejscami muzyka staje się bardzo emocjonalna, napięta, co umiejscawia ich poszukiwania w minionych dekadach. Zatem – zero metalu, zero ściany dźwięku, aranż budowany z wyczuciem i świetny, nieco nostalgiczny klimat. Chciałby się powiedzieć – jesienny… Płyta jest stosunkowo krótka, ale udało się zbudować pełny, intrygujący wizerunek. Startuje wszystko od spokojnych, medytacyjnych dźwięków „Bardzo” czy hooverowatego „Do dziewczyny”. Kiedy trzeba, zespół potrafi bardziej nerwowo poruszyć łapkami, co szczególnie widoczne jest w „Tanio i przyjemnie”, choć tu z kolei można napotkać dodatkowo awangardowe odjazdy. Zaskoczeniem jest „Kopać”,  w którym znajdziemy i trans, i skrzypeczki a także żeński wokal a wszystko wyraźnie ciąży w stronę cave’owskiego, przyjemnego ponuractwa. Świetnie wypada rozbudowana „Karetka”, gdzie akcentowanie tekstu kojarzy się jako żywo z manierą Grzegorza Nawrockiego (Kobiety). A na koniec, zapewne chcąc udowodnić, że piosenki pisać umieją, zespół zapodaje „Myszkę”, gdzie w mistrzowski sposób łączy wciągającą melodykę z noise. Tak to trza umić… Jednocześnie jest w tej muzyce coś… niepozornego, banalnego wręcz, ot, trzech chłopaków bawi się instrumentami, jakby od niechcenia, bez spinki i tak tylko mimochodem wychodzą im lepiące się do ucha dźwięki. Nazwijcie sobie to jak chcecie, dla mnie to jest talent. A jeśli komuś się spodobało, to spieszę donieść, że gotowa jest już kolejna, duża płyta. Będzie się działo…

Czyli mam rozumieć, że każde, koncertowe wykonanie tych utworów przynosi coś nowego? Jak daleko możecie się posunąć w interpretowaniu tych numerów? Gdzie jest granica?

Szymon: Kurde, nie wiem, gdzieś tam jest, może jak już to się staje niewydolne? Michał: W zdrowym rozsądku. Gramy już ze sobą tyle lat, że mamy jakąś muzyczną świadomość materiału, którym dysponujemy. Po co męczyć siebie i słuchacza? Wiesz, my się bardzo dobrze rozumiemy grając. Chyba wszyscy w naszym trójkącie wiemy gdzie leży ta niewidoczna granica. Gdyby U2 tak robiło, to fani byliby wkurwieni, że nie dostają piosenek odegranych jeden do jeden. Ciekawe, czy nas też to czeka, he, he…

Musicie zrobić przebój. I potem na koncercie zamiast chorusów grać improwizację.

Michał: Mamy już przebój! I nawet z miejscem do śpiewania dla publiczności. Na razie wychodzi tylko w Toruniu, bo, wiadomo, ojczyzna to i ludzie nas znają. Okazuje się, że fraza „Boziu, daj mi trochę gotówki, bo przy duszy nie mam ani złotówki” ma całkiem spory potencjał stadionowy. Szymon: To mógłby być hicior Euro 2012.

Czuję tęsknotę za estradą…

Michał: Polska piosenka estradowa to wielka rzecz była. Wielki szacunek dla Wodeckiego z tego miejsca, ode mnie. Opole jednak nas nie ciągnie, niestety. Takie czasy. Ale koncerty, mnóstwo koncertów – jak najbardziej, w przyszłym roku chcemy więcej i więcej.

To pozostaje pytanie – co zrobić w tej naszej rzeczywistości, żeby tych koncertów było więcej? Macie jakąś receptę? Poza fajnymi wywiadami? I szczyptą arogancji…

Szymon: Maciek, może masz jakąś receptę (śmiech)? Michał: Szczypta arogancji to chyba element składowy każdej, szanującej się kapeli gitarowej. The Rolling Stones dało wszystkim porządną lekcję. A tak na serio, wiesz, ja o tym myślę cały czas i prostej odpowiedzi nie ma. Żeby koncerty się odbywały, ludzie muszą chcieć na nie chodzić. Jeśli ludzie chcą wyjść z domu na koncert – to organizator może zrobić koncert za odpowiednią stawkę. Jak jest zapewniony jakiś podstawowy szacunek, to zespół chce grać i nagrywać coraz więcej. Wtedy ludzie dostają więcej i chcą chodzić na koncerty. Błędne koło? Boli, że byłem na tylu dobrych gitarowych kapelach, coś znaczących, świetnie grających, ale ludzi nie było, tak po prostu. Sam siedzisz w muzyce więc wiesz, że trudno jest przewidzieć przyszłość, gusta publiczności poddawane są ciągłej obróbce. A jak ktoś nie gra pod gusta to istnieje szansa, że się nie wpasuje w ten cały kocioł.

Kolejny banał – robić swoje.

Szymon: Samozaparcia trzeba i wsparcia, środowiskowych kontaktów, niezłomności, szczęścia, ale też jakiejś umiejętności pokazywania ludziom, że to nie takie straszne, niszowe i hermetyczne, jak im się wydaje, że to także w jakimś stopniu od ludzi, odbiorców zależy!Jesień live

W przypadku Waszej muzyki często pojawia się nalepka NOISE. Pasuje Wam coś takiego?

Szymon: Ja traktuję noise jako element składowy tego co gramy, a nie coś, co tę muzykę charakteryzuje. Michał: No właśnie, czym jest noise w naszym wypadku? Szymon dobrze mówi. To po prostu czasem pojawiający się element brzmienia, dodatkowy instrument, forma ekspresji. Nasza muzyka nie jest osadzona na noise, choć hałas lubimy, ale tylko w jakimś celu.

Ha! No i tu dochodzimy do clou: jak można nazwać muzykę Jesieni? W dwóch słowach?

Michał: A musimy to robić?

Mus. Konieczność.

Michał: Kiedyś to mógłby być Ping-Pong (bo odbijanie się od jednego znaczenia do drugiego). Ja w mojej głowie wymyśliłem kiedyś coś takiego jak Psycho-Dramatic. Bo jest psychodelicznie, ale jest też jakiś zdrowy dramatyzm w tej muzyce. Ale to jakieś neologizmy… Szymon, Ty masz jakieś narzędzia, może podołasz temu pytaniu…

Niech będzie. To teraz bardziej na koniec – doszły mnie plotki, że coś nagrywacie nowego. Prawda to czy mam złych informatorów?

Szymon: Nagraliśmy we wrześniu materiał, jest już prawie gotowy, teraz szukamy wydawcy: płyta „Jeleń”, 12 numerów, owoc naszej pracy tegorocznej. Michał: Stare i nowe utwory, na setkę, szybko i sprawnie, bez zbędnego owijania w bawełnę. Miksem i masteringiem zajął się Michał Kupicz, bo wiedzieliśmy, że on zrozumie nasze brzmienie. Teraz trzeba trzymać kciuki za to, że ktoś będzie chciał tego naszego „Jelenia” wydać.

Będą eksperymenty w stylu „Kopać” – skrzypeczki, klimacik Crime & The City Solution?

Michał: W jednym numerze zagrał z nami na saksofonie Natan Kryszk – freejazowy kot z Warszawy. Największa petarda na płycie, jeden z naszych najwcześniejszych kawałków. W nim określenie „noise” wychodzi na pierwszy plan, nie da się ukryć. Szymon: Poza tym spektrum doznań jak najbardziej szerokie i zaskakujące.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu/Mariusz „Marand” Wiśniewski