JD OVERDRIVE – zasrana satysfakcja!

Są w ojczyźnie rachunki krzywd, nucę sobie, słuchając nowej płyty JD Overdrive. Rachunek dotyczy ogromnych zaniedbań, jakie wobec ciężkiego rocka ma owa ojczyzna. Niby wszystko ok, ale czy JDO może dostać medal za promowanie amerykańskiej kultury na polskiej ziemi? Bo po przesłuchaniu płyty „Fortune Favors The Brave” w ustach czuję smak koli i danielsa, w nosie zapach trawki a w wyobraźni pojawiają się amerykańskie, spalone drogi i obskurne bary. Stąd już tylko krok do miejsca, gdzie Ed Gain zarzynał swoje ofiary. Tak, tak, JDO uosabia wszystko, co Amerykańskie a że czyni to rasowo i bez żenady, należy mu poświęcić kilka chwil. Jeśli przeczytaliście powyższe słowa, już wiecie, że będzie metalowo, stoner’owo z posmakiem sludge. Rasowy i soczysty hałas z wioski, ale nie tej pod Kielcami. O wszystkim, co ważne wypowiadali się panowie Wojciech Kałuża i Michał Stemplowski. 

JDO nie ma zaskakiwać, ma napierdalać i tyle!

Często spotykam się z takim tekstem – „no tak, JDO ma w składzie gościa z MMP, więc co się dziwić, że załapali się na kontrakt…” – co odpowiecie na takie malkontenckie zarzuty?

Wojciech Kałuża: Że mają poniekąd rację, bo to na pewno pomogło. Zresztą popatrz na całą scenę muzyczną w Polsce – każdy kto ma jakiekolwiek koneksje w tym kraju chętnie z nich korzysta. Czy to większe kapele, załatwiające sobie występy na dużych festiwalach, czy mniejsze, mające swoich ludzi w agencjach koncertowych, wytwórniach itp. Jeśli mamy zasłaniać JDOsię honorem i nie korzystać z pewnych przywilejów, a później patrzeć jak zespół „undergroundowy” wkręca się na support przed zagraniczną gwiazdą, bo pije wódkę z organizatorem gigu, to czulibyśmy się jak ostatni debile. Z taką muzyką, jaką gramy i tak nie sprzedamy milionów płyt, ale jeśli jest szansa pokazać się przed większą publiką, to my taką szansę chętnie wykorzystujemy. Koniec końców i tak muzyka musi się obronić sama – bo czy przeciętnego odbiorcę obchodzi kogo zna, a kogo nie zespół J. D. Overdrive? Chuja. Liczy się, czy to, co usłyszą na albumie ma ręce i nogi. Z takiego samego założenia wychodzi – możesz wierzyć lub nie, a pewnie wielu stwierdzi, że łżę jak pies – wydawca. Już przy poprzedniej płycie mieliśmy czysty układ – jeśli sprzedaż przyniesie straty, nie mamy co myśleć o drugim krążku. Kokosów co prawda nie zarobiliśmy, ale strat też nie było, więc „Fortune Favors the Brave” wydaliśmy ponownie w MMP.

Myślicie że koneksje z MMP pomagają? Bo np. na pewno łatwiej załatwić gości na płytę, ew. zagrać parę koncertów – nie ma co ukrywać, tak jest i trudno nie czerpać z tego jakichś tam korzyści. Są w tym układzie ciemniejsze strony? Np. Darek Ś. mówi – „nie grasz dzisiaj koncertu z JDO, tylko zapierdalasz obsługiwać np. gig Deep Purple…”.

WK: Na część rzeczy odpowiedziałem chyba przy okazji poprzedniego pytania (śmiech). Jeśli chodzi o załatwianie gości na płytę, to akurat poszło w pełni z naszej inicjatywy. Śmiem wręcz twierdzić, że te same persony pojawiłyby się na krążku, gdyby nie stała za nami duża wytwórnia (śmiech). Nam po prostu zależało na udziale ludzi, których znamy, cenimy i z którymi najzwyczajniej w świecie się lubimy. Pewnie, koneksje z MMP pozwolą co jakiś czas wcisnąć nas przed jakiś fajny zagraniczny band, ale nic na siłę – stylistyka musi się w miarę zgadzać (wyjątkiem jak na razie był chyba tylko Whitesnake). Co do ciemnych stron… Oczywiście praca jest priorytetem – jeśli MMP robi jakiś koncert, to siłą rzeczy muszę na nim być i JDO tego dnia nie zagra (chyba, że jako support, ale to się często nie zdarza). Dlatego staramy się bukować terminy tak, aby w miarę możliwości się ze sobą nie pokrywały (śmiech). Raz czy dwa musieliśmy z takiego powodu odwołać występ, ale na szczęście w większości przypadków radzimy sobie całkiem sprawnie…

Z powyższych racji mieliście okazję zagrać kilka większych gigów. Jak oceniasz granie przed dużymi nazwami – stres, chęć pokazania się itp? Jak od strony technicznej możesz porównać granie na obskurnym, skłotowatym klubiszczu i np. w Spodku? Kto z możnych tego biznesu Was rozczarował a kto zachwycił?

Michał Stemplowski: Oczywiście, że podczas grania przed takim Downem czy BLS-em stres jest znacznie większy, niż przy naszym „standardowym” gigu. Tylko jest to w głównej mierze spowodowane znacznie większą ilością wymagającej publiki (śmiech). Do tego dochodzi świadomość, że za Twoimi plecami może stoi właśnie Rex Brown i słucha, jak zapierdalasz na gitarze. Na szczęście im więcej takich koncertów, tym bardziej się „opierzamy”. Wiesz, 5 lat koncertów, ponad 70 zagranych sztuk potrafiło nas wyćwiczyć, ale pewnie dużo jeszcze przed nami. Przy okazji tych większych występów mamy też okazję podpatrzeć „zawodowców”, co procentuje! Duże imprezy to też większy komfort dzięki lepszemu nagłośnieniu. Niemniej za każdym razem dajemy z siebie wszystko, bez względu czy stoimy przed dwoma tysiącami czy pięcioma osobami i czy dobrze się słyszymy na scenie czy też nie. Natomiast jeśli chodzi o możnych, to tutaj można się zdziwić, bo to normalni goście! Fajnie jest pogadać o zapuszczaniu brody z Tonym Camposem czy o pierdołach z Nickiem Catanese. Niestety, pod tym kątem rozczarowują kapele, które wyżej srają od własnej dupy, a przez to, że mają wsparcie Antyradia czy innej Eski Rock zachowują się jak pierdolone gwiazdy. Na szczęście zdecydowana większość „sceny” ma łeb na karku, a nie w dupie (śmiechu).

Pozostając przy temacie koncertów – pytanie do Wojciecha: Kiedyś występowałeś w brutalnych, skórzanych rękawiczkach, teraz bez. Co spowodowało tą drastyczną zmianę?

Wojciech podczas zajęć wokalnychWK: Zadanie sobie prostego pytania „a na chuj ci właściwie są potrzebne te rękawiczki?” (śmiech). Kiedy zakładaliśmy JDO, mieliśmy spore ciśnienie, żeby mieć jakiś „image”, najlepiej czerpiący z całej tej southernowej otoczki. Kiedy już trochę podrośliśmy, zdaliśmy sobie sprawę, że to właściwie bardziej nam przeszkadza niż pomaga, więc w kąt poszły rękawiczki, kapelusze i inne pedalskie gadżety. Została czaszka konia, montowana podczas koncertów na statywie do mikrofonu, a w przypadku nowej płyty pełniąca funkcję okładki (śmiech). Od southernu się do końca nie odcinamy – zwyczajnie nam się to nie uda, zwłaszcza, że nawet wytwórnia promuje nas pod takim szyldem. Ale staramy się być mniej nachalni w doczepianiu sobie łatek. Odcinamy się za to w pełni od stonera – zbyt wiele osób powiedziało nam, że nie gramy takiej muzyki, żebyśmy w końcu nie pojęli, że mają rację (śmiech).

Udało się Wam całkiem nieźle wypromować poprzedni album – jak oceniacie muzykę z „Sex, Whiskey & Southern Blood” z dzisiejszego, dojrzalszego niewątpliwie punktu widzenia?

WK: Bardzo lubię tę płytę jako debiut i w tej kategorii jest ona dla mnie ok, chociaż kilka rzeczy bym wyrzucił/zmienił. Dalej lubimy grać na żywo sporo materiału z tego krążka. Nie zmienia to jednak faktu, że nowy album zjada poprzedni na śniadanie – wszystko jest lepsze, bardziej przemyślane i dopracowane. Mam cichą nadzieję, że w przypadku kolejnej płyty będę mówił dokładnie to samo o „Fortune…” (śmiech).

MS: Na tamtym etapie zrobiliśmy taką płytę, na jaką było nas wówczas stać. Czasami sam do niej wracam, ale sporo rzeczy sam bym poprawił. Idziemy jednak dalej i faktycznie w naszej opinii „Fortune…” kładzie debiut na łopatki. Po prostu przy komponowaniu materiału na nowy album wyciągnęliśmy sporo wniosków, a efektów każdy może posłuchać pod postacią naszego drugiego krążka.

Muzyka to ciężki kawałek chleba, jeśli nie jest się telewizyjną kurwą, rzecz jasna. Jeśli się do tego dołoży muzykę raczej mało radiową (chodzi o Polskę…), powstaje pytanie – po co się męczyć? Czy z Waszego grania, zapytajmy brutalnie – są jakieś profity poza ew. darmowym alkoholem?? (tylko nie używajcie w odpowiedzi słowa „satysfakcja”…)

WK: Sratysfakcja. Ale szczerze mówiąc, chyba o to w tym chodzi (śmiech). Nie mamy złudzeń co do naszej tzw. „kariery”. Dla wielu będziemy solidnie grającą, polską kapelą, dla wielu marną podróbą Pantery/BLS/Downa/Godmack czy co sobie tam jeszcze wymyślą. Na Zachodzie mamy zbyt dużą konkurencję, żeby na poważnie zaistnieć, a w kraju wiadomo – fanów takiej muzyki nie liczy się w milionach. Mimo wszystko dalej będziemy się w to bawić, nawet jeśli tylko dla frajdy z tak trywialnych (zdaniem niektórych) rzeczy jak wydanie nowej płyty czy zagranie dobrze przyjętego koncertu. Nie wiem, jak chłopaki, ale ja zawsze traktowałem bycie w zespole jako hobby. Niektórzy jeżdżą na nartach, wydają masę pieniędzy na sprzęt, na podróże, zatracają się w swojej pasji. My robimy dokładnie to samo, z ładowaniem kasy included (śmiech). Ale robimy to na własne życzenie, tak jak ludzie, którzy na własne życzenie wydają tysiące na to, żeby rozwijać swoje zainteresowania. Wiesz, mnie okropnie boli kiedy słyszę znajomych z innych kapel łudzących się, że dzięki graniu metalu zarobią w Polsce jakieś pieniądze. Potem słyszę, że jestem ponurakiem (śmiech). Ale prawda jest taka, że nie licząc kilku wyjątków, kasy w tym nie ma i nie będzie. Co wtedy pozostaje? No właśnie ta zasrana satysfakcja (śmiech).

MS: Wiesz, fajnie by było wstawać rano i myśleć czy dzisiaj mam do zagrania koncert czy może jednak wpadnę do studia i nagram jakieś pomysły, a może właśnie po zagranej trasie po Japonii mam tydzień wolnego i mogę wygrzewać się na Karaibach. Not gonna happen! Jak budzę się rano, to myślę o tym, co mam dzisiaj do zrobienia w robocie. Ot, taka smutna, szara jak papier codzienność. Natomiast muzyka jest dla mnie idealną odskocznią od problemów i korpo-gówna i dzięki niej czuję, że życie nie przecieka mi przez palce. Jasne, mogę wzorem niektórych ciułać grosz do grosza i cieszyć się zakupionym, nowym samochodem albo wyjazdem do Egiptu czy świetnym 200-calowym „tiwikiem”. Natomiast zdecydowanie bardziej wolę czerpać przyjemność z grania i traktować je jako hobby, i z takiego działania czerpać tę zasraną satysfakcję, której każdy z nas w życiu potrzebuje.

 JD Overdrive

JD Overdrive

Jako że fortuna sprzyja odważnym, trzeba zapytać się o waszą odwagę – kiedy, jeśli chodzi o karierę JDO, owa odwaga wyważała drzwi i co dzięki odwadze udało się wypracować? A może to tylko slogan?

WK: Jak dla mnie odwagą poniekąd jest to, że dalej robimy swoje i zamiast pójść w bardziej komercyjne rejony, nagraliśmy płytę cięższą od poprzedniej. Pewnie wielu wzruszy ramionami i powie „co w tym takiego wyjątkowego”, ale dla mnie to duża rzecz. Bo wiem, że kolejny materiał będzie jeszcze bardziej bezkompromisowy (śmiech).

MS: Poza tym odwagą jest wywalić masę hajsu, której nikt nam nie zwróci na nagranie płyty, zakupienie dobrego sprzętu i poświęcenie ogromnej ilości czasu na szczeniackie marzenia o zostaniu „gwiazdą rocka” (śmiech). Wzorem dzisiejszych trendów powinniśmy przecież w garniturkach zapierdalać 12 godzin w biurze, aby po wszystkim w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku udać się na w pełni zasłużony, 2-tygodniowy urlop. Oczywiście, nie częściej niż raz na dwa lata, bo przecież nie wypada!

Nowa płyta jest SOLIDNA. Nie wykonaliście żadnego, drastycznego skoku w bok czy do przodu, po prostu jeszcze głębiej okopaliście się na zdobytych pozycjach. Dla jednych będzie to ok., inni zarzucą Wam brak rozwoju. Jak sami oceniacie zespołową progresję na przestrzeni ostatnich – dajmy na to – dwóch lat?

WK: Ciężko obiektywnie ocenić zespołowi czy się rozwinął, czy nie. Dla mnie osobiście – jest rozwój. Coś musiało się zmienić, żebyśmy mogli nagrać takie numery jak „Shadow of the Beast” czy „Hope For The Best…”. Jednocześnie nie odcięliśmy się od starej formuły, fakt. Staraliśmy się ją jednak ulepszyć i wierzę, że nam się to udało.

MS: Właśnie taki był poniekąd nasz zamiar – mamy być solidni, a nie innowacyjni. Gramy to, co chcemy i nie szukamy na siłę recepty na sukces pod postacią ciekawych pomysłów, których nikt, nigdy i nigdzie nie zastosował. Po co to komu? Jeśli ktoś lubi eksperymenty, to niech sięgnie po najnowszego Korna. JDO nie ma zaskakiwać, ma napierdalać i tyle!

Osobiście słyszę na nowej płycie wyraźny ukłon w stronę klasyki i hard rocka. Wokalne harmonie, część riffów, toż to lata 70 – jak w mordę szczelił! Czyli, zamiast southern blood mamy ponowne „odkrywanie” dziadków? Czy tym samym dajecie nam sygnał, że tylko stara muzyka ma jaja i duszę? Nic nowego Was nie rusza?

WK: Zauważ, że większość „nowego” polega właśnie na przypominaniu, jakie to „stare” było zajebiste (śmiech). Jeśli twierdzisz, że próbujemy się załapać na całą tą obecną modę na retro granie, to raczej się nie zgodzę, bo gramy zupełnie inną muzykę. Ale jeśli powiesz mi, że np. taki „Standing Tall” kojarzy Ci się ze starszymi klimatami, to nie będę miał nic przeciwko, bo mnie też (śmiech). Dla mnie ważne jest, by czerpać z wielu źródeł i to właśnie staraliśmy się robić na „Fortune…”. Jeśli gdzieś w tym natłoku dźwięków ktoś odnajdzie szacunek do zespołów, których słuchaliśmy za bajtla, to nie będzie daleki od prawdy (śmiech).

MS: Dokładnie tak, chociaż w takim „Like Heroes to the Slaughter” słyszę zdecydowanie bardziej nowoczesne granie, z lekkim ukłonem w stronę Machine Head. Poza tym dziadki miały jaja i potrafiły, a nawet do dzisiaj potrafią zawstydzić niejednego gitarowego shreddera. W takiej muzie chyba sprawdza się maksyma ‘less is more’, tyle.

Mam znajomego gitarzystę, który, kiedy ma zamiar skomponować nowe utwory do zespołu, najpierw siada i przesłuchuje w całości „Uprising” Entombed. Czy gitarzysta zacnego zespołu JDO ma takie płyty, które otwierają to „wewnętrzne oko”??

MS: Mnie otwiera słuchanie wielu różnych rzeczy, czasami będzie to „The Blessed Hellride” BLS-ów, czasami „La Futura” ZZ TOP, a czasami jakiś album Dream Theater. Nie znalazłem jeszcze dla siebie jednej recepty. Czerpię inspirację z wielu źródeł, ale bez bezczelnego kopiowania. Raczej ubieram je w to, co naturalnie leży mi pod ręką. Dla przykładu – „Standing Tall” to numer, gdzie mocno w głowie kołatał mi akurat Joe Bonamassa, a wspomniany wyżej „Like Heroes…” to zdecydowanie echa nowej płyty Machine Head.

Podoba mi się oszczędność aranżacyjna „Fortune Favors The Brave” – zamiast pakowania w aranżacje miliona pomysłów, skupiacie się na dogłębnym wyciśnięciu wszystkiego z potężnego riffu i równie osadzonych rytmów. Chodziło Wam o coś w stylu „back to the roots”? Zamiast poszukiwań – celebracja dźwięku?

WK: Mimo wszystko poszukiwania tu chyba jakieś są, może bardziej w sferze stylistyki niż samych kompozycji. Cieszy mnie, że nad każdym numerem siedzieliśmy tak długo, aż zaczął nam się w pełni podobać. Nie było sytuacji, kiedy mówiliśmy o kawałku „taki se, ale i tak wrzućmy go na płytę”.

MS: Poza tym to jest rock’n’roll, ale nie progresywne wygibasy. Ta muzyka ma bujać, a nie prowadzić do dywagacji na temat ilości zagranych dźwięków w danej sekundzie. Nie mam nic przeciwko technicznym i połamanym zagrywkom, wykonywanym przez ultra sprawnych gitarzystów, jak Petrucci czy Vai. Natomiast sam jestem świadom swoich ograniczeń oraz tego, czego wymagam od takiej muzyki i tutaj dla mnie podstawą jest solidny riff i porządna sekcja, a nie czarowanie na gryfie.JDO

Pytania o teksty w przypadku muzyki rockowej są trochę głupie, bo wiadomo, że nie o habilitacje tu chodzi, a o darcie mordy – obrażasz się Panie Wojtku na takie podsumowanie swojego „wokalowania”. Wystarczają Ci komplementy odnośnie techniki i formy czy chcesz jednak coś tam przekazać ludziom?

WK: Jeśli komuś zechce się wgłębiać w teksty, wierzę, że może odnaleźć tam coś ciekawego. Nie podchodzę do tego tematu po macoszemu, nie piszę tekstów typu „śmierć, wojna, zniszczenie”, gdzie nie byłoby chociaż jednej bardziej inteligentnej próby ugryzienia tematu. Jednocześnie mam świadomość, że dla wielu liryki są tak naprawdę jedynie dodatkiem. Sam słucham wielu kapel, których teksty mam zwyczajnie w dupie. Ale sam od siebie trochę jednak wymagam, więc ta sfera zawsze będzie w JDO „o czymś” i będzie dla mnie równie ważna jak układanie linii wokalnych. A co do darcia mordy – niby czemu miałbym obrażać się za nazywanie rzeczy po imieniu?

Dostałem płytę, to muszę pochwalić – Wojciechu, znakomite wokale. Ok., poważnie, tu widzę duży postęp. Jak przygotowywałeś swoje partie? Dużo ćwiczeń, jakiś nauczyciel czy surowe jajka?

WK: Nauczycieli brak, ćwiczeń specjalnie więcej też nie było. Na pewno pomaga fakt, że nie jesteśmy kapelą grającą próby raz na ruski rok, tylko staramy się ćwiczyć formę średnio raz, dwa razy w tygodniu. Bez tego nie ma mowy o zagraniu dobrego koncertu. A co do wokali, duży udział w tym, jak to wszystko ostatecznie zabrzmiało miał Rafał Nowak z S-tone Studio w Sosnowcu, gdzie nagrywałem swoje ścieżki. Ten facet nie toleruje i nie wybacza błędów – bywało, że nad niektórymi partiami siedzieliśmy ponad godzinę, aby uzyskać minutę satysfakcjonującego materiału. Ale po wszystkim wiedziałem, że dałem z siebie 110% (śmiech).

Jak w przypadku JDO przebiegają prace nad muzyką – musi być – nomen omen – Jack Daniels – czy w zaciszu sali prób jesteście grzecznymi chłopaczkami, co skupiają się na instrumentach? Ile w Waszej muzyce jest tego osławionego „sex drugs&r’n’r”??

MS: Przy pierwszej płycie przynosiłem praktycznie gotowe kompozycje, które modyfikowaliśmy wspólnie pod kątem aranżacji. Przy okazji prac nad „Fortune…” było nieco inaczej – na próbę przychodziłem z dwoma, trzema luźnymi riffami, wokół których jamowaliśmy. Czasami pod wpływem, zdecydowanie częściej bez wpływu, bo na próbę trza dojechać, a w stanie po spożyciu pojazdów nie prowadzimy. Efekt końcowy jest zdecydowanie lepszy. Nawet Suseł jest niejako ojcem dwóch riffów, które zanucił, a ja je po prostu odegrałem. Każdy z nas miał o wiele większy wkład w całość, niż przy okazji debiutu. Natomiast wspomnianą przez Ciebie maksymę nieco modyfikujemy i ostatecznie wychodzi nam „sex, alcohol and r’n’r” (śmiech).

Pozostając przy powyższym – już kiedyś o tym deliberowałem – polskie zespoły grające brodatego, amerykańskiego rocka są coraz lepsze muzycznie, jednak w porównaniu ze zniszczonymi i autentycznie doświadczonymi muzykantami pokroju Windsteina, Anselmo czy Zakka Wylde, żeby największych wymienić, jawią się jak, delikatnie rzecz ujmując, przylizani licealiści. Co z tym fantem trzeba zrobić? Tylko bez frazesów w stylu: „niech przemówi muzyka”…

Garowy napędzaWK: A co niby powinno się robić? Wiadomo, że nie będziemy na siłę udawać „prawdziwków”, uzależnionych od wódy i hery rockmanów, najlepiej po odsiadce. Czy brak takich doświadczeń umniejsza w jakiś sposób muzyce? Jeśli ktoś tak sądzi, to jego sprawa, ja mam to w dupie. Nie powiem, żebyśmy byli wzorcami cnót, bo każdy z nas ma pewnie coś na sumieniu. Jednocześnie nie będę ściemniał, jaka to z nas zgraja styranych życiem alkoholików (śmiech). Wiesz, miałem okazję w kwietniu tego roku organizować koncert Enslaved, gdzie supportem był brytyjski Winterfylleth, parający się dość klasycznym black metalem. Wyobraź sobie moje zdziwienie, kiedy na scenę wyszło 3 kolesi wyglądających jak sprzedawcy z Ikei plus bębniarz z wąsem na muszkietera. I zaczęli nakurwiać tak obskurny black metal, że aż się wystraszyłem (śmiech). A wszystko to bez jakiejkolwiek pozy – bez corpse-paintów, bez gadki o szatanie między każdym utworem, bez odwróconego krzyża na szyi. Po zejściu ze sceny – normalni, uprzejmi, do rany przyłóż ludzie. Da się? Da się.

Nie rozpakowałem jeszcze płyty, więc zdradźcie, w jakimż to studiu odbywała się sesja nagraniowa, ile dziwek przewinęło się w tym czasie, ile piwa wylano i ile strun/pałek zniszczyliście?

MS: W studiu nie ma miejsca na alkohol i dziwki, szczególnie kiedy za to studio płacisz z własnej kieszeni i jesteś rozliczany za godzinę (śmiech). 90% ludzi na tym świecie myśli, że skoro zespół ma kontrakt z wytwórnią, to wytwórnia zapłaci za wszystko i jeszcze dowiezie na miejsce skrzynkę łychy ze striptizerką. To już nie te czasy, a my dodatkowo jesteśmy maleńkim zespołem, którym mało kto się przejmuje (śmiech). W związku z tym sprężyliśmy dupy i tak oto bębny i wokale nagraliśmy w S-Tone Studio, gitary położyłem w bobrownickim Metstudio, a bas nasz dzielny basista ogarnął w zaciszu domowym, ku uciesze sąsiadów i okolicznej zwierzyny.

Udało się zrealizować 100% planu? MMP zapłacił za excesy?

WK: MMP dało troszkę mamony, za którą zrobiliśmy koszulki i cholernie tani teledysk. Na nagranie płyty, miks, master, okładkę i chuj wie co jeszcze łożyliśmy z własnej kieszeni. Piszę to tak na wypadek, jakby ktoś miał złudzenia, że dzięki kontraktowi z dużą wytwórnią latamy czarterami na koncerty i wyjadamy kawior z anusów nastoletnich groupies srebrną łyżeczką (śmiech). Co ciekawe, ostatni tekst pożyczyłem od Nicka Barreta z Pendragon, którego z tego miejsca chciałbym serdecznie pozdrowić (śmiech)!

Polska scena southern/stoner/sludge metalu rośnie w siłę, mamy całą masę fajnych zespołów – jak w tej stawce znajduje się JDO – jesteście nobliwymi dziadkami, czujecie, że byliście jednymi z pierwszych zespołów tak grających czy raczej nie zaprzątacie sobie głowy takimi dywagacjami? Co z naszej sceny robi na Was wrażenie? Zielony Belzebong czy leniwy Elvis?

WK: A gdzie tam. Dla wielu nie jesteśmy i nigdy nie byliśmy członkami tej sceny, sami też nie pchamy się tam z butami, choć może kiedyś tak było (śmiech). Prawda jest taka, że mamy na tej scenie kilka zaprzyjaźnionych bandów, kilku zaprzyjaźnionych… nazwijmy to „działaczy” i na tym nasza obecność tam się kończy. Ja osobiście jestem wielkim fanem tej szeroko pojętej „sceny” i cieszy mnie, że mamy tyle kapitalnych zespołów parających się stonerem, sludgem, doomem, retro-rockiem czy nawet space-rockiem. Cieszy mnie też, że tak wiele polskich kapel chce grać to, co na Zachodzie od lat gra się bez żadnej spiny. Czy jest w tym miejsce dla nas? Szczerze, to nie wiem. Rzuciłeś nazwami dwóch zespołów – osobiście lubię oba i ciężko mi wskazać, który bardziej, a który mniej, bo każdy z nich to zupełnie inna stylistyka. A my wydaje się jesteśmy stylistycznie pośrodku, ale mimo wszystko trochę z boku w takim zestawieniu. Słuchają nas ludzie wielbiący stonera, słuchają też ludzie, którzy o stonerze w życiu nie słyszeli. Mi to pasuje.

Okładka nowej płyty jest oszczędna i chyba bardziej zachowawcza niż „Sex, Whiskey…” – skąd ta ostrożność?

JDOMS: Na debiucie mogliśmy sobie pozwolić na lekką ekstrawagancję, pretensjonalny tytuł i laskę na okładce. Przy okazji „Fortune…” przykręciliśmy ten kurek świadomie w odniesieniu tak do samych utworów, jak i do okładki… która nota bene miała wyglądać zupełnie inaczej, ale niestety projekt finalny był daleki od oczekiwań, a terminy nas mocno już goniły. W związku z tym zaproponowałem, żeby wykorzystać naszego „piątego” członka kapeli, Lucjana, jako motyw przewodni w prostym koncepcie. W końcu gość ma już swoje lata i nie wiemy, jak długo jeszcze pociągnie, więc tym sposobem zrobiliśmy mu swego rodzaju „pomnik pamięci” (śmiech). Niestety w/w terminy nie sprzyjały także do końca solidnym przemyśleniom i dopiero ostatnio zdałem sobie sprawę z tego, że czaszka konia na okładce znowu wśród frustratów przywoła na myśl pustynię, stoner, southern czy inne łatki. Także czekamy z utęsknieniem na kolejną porcję przemiłych hejtów w naszą stronę (śmiech).

Rock, metal i okolice to muzyka, która przede wszystkim miała i może nawet nadal ma budzić kontrowersje, szokować i obrażać. Tymczasem zauważam, że krajowe, współczesne bandy chcą na siłę być „profesjonalne” z całym bagażem tego słowa i daleko im do siermiężnych lat 80 – tych, kiedy taki Lady Pank robił rozpierdol, który słychać jeszcze dzisiaj. Nie czujecie, że jest w tym jakaś ironia? Nie lepiej w chwale umrzeć na marskość wątroby?

WK: Właśnie najbardziej mnie rozśmiesza, kiedy zespołom zarzuca się bycie profesjonalnym, jakby to było coś złego. Że niby kłóci się to z jakimś przerysowanym etosem rockowego buntownika? Zejdźmy na ziemię. Za stary jestem na to, żeby zgrywać dupka i dorabiać sobie do tego filozofię. Może pomaga mi fakt, że znam ten biznes poniekąd od kuchni. Dla fanaOkładka Fortuny postawa „rozpierdalam wszystko” może się wydawać czymś fajnym, ale dla człowieka pracującego przy produkcji koncertu kutas pozostanie kutasem, nieważne z jakiej by nie był kapeli i czy tata bił go za młodu żelazkiem, czy kredensem. Kiedy wychodzimy na scenę, robimy to po to, żeby pokazać, że jesteśmy w stanie zagrać dobry, energiczny koncert. Jeszcze nie zdarzyło mi się zaśpiewać bez chociaż jednego piwka „przed”, ale też nie wlazłem nigdy na scenę najebany i to się raczej nie zdarzy, bo za bardzo szanuję siebie i własną pracę, jaką włożyłem w ten zespół (śmiech). A jeśli dla kogoś jest to synonim bycia ostatnią pizdą – cóż, jego problem…

Co dalej – teledyski, trasa, z kim kiedy i gdzie…

WK: Teledysk pierwszy (do „Funeral Stopper”) już za nami, nie wyszło to najgorzej, więc chyba pomyślimy nad następnym, musimy tylko ustalić między sobą w jaką formę pójdziemy tym razem. Trasa będzie prawdopodobnie na jesieni, ale gdzie i z kim to się jeszcze okaże. W międzyczasie zaliczymy po drodze gig 1 czerwca w Sosnowcu z Anti Tank Nun i kto wie, czy nie nasz największy event tego roku – występ na małej scenie Metalfestu 20 czerwca, u boku tak znakomitych kapel jak Thaw, Belzebong, Corruption, Elvis Deluxe, Karma To Burn i Red Fang! A na dużej scenie tego samego dnia m.in. Accept, Dillinger Escape Plan i Down – marzenie!

Ostatnie słowo jak zwykle dla zespołu. Macie teraz okazję, żeby obrazić kogo trzeba. I pochwalić Violence Online jako najlepszy portal na mieście.

WK: Na pewno najlepszy na osiedlu. Niestety, zupełnie nie mam pomysłu, kogo by tu obrazić…

MS: W obrażaniu jesteśmy kiepscy, bo na szczęście Suseł pracuje w MMP i nie musimy się frustrować na brak wujka czy teścia, który da kasę na płytę, zrobi promocję, itp. W związku z powyższym lepiej skupić się na sączeniu dobrego browarka, czego sobie i Wam życzę!

WK: Czy Ty wiesz coś, czego ja nie wiem?

Rozmawiał Arek Lerch

Foto: Marta Lebiocka, Marcin Pawłowski