JARUN – Tworzymy własną niszę

Jarun pojawił się w świadomości miłośników czarnego metalu niecałe trzy lata temu, choć istnieje znacznie dłużej. Wówczas zaskoczyli wszystkich debiutanckim „Wziemiozstąpieniem”, które było dość świeżym krążkiem na gruncie rozwojowej sceny krajowej. Na kolejną płytę kazali nam trochę poczekać. Poniższa rozmowa również miała sfinalizować się dość dawno. Czas planowania, przygotowania i oczekiwania był jeszcze dłuższy, niż sam wywiad, ale mam nadzieję, że zarówno na obszerne pogaduchy z założycielem – Zagreusem, jak i na najnowszą płytę – Pod niebem utkanym z popiołu – warto było poczekać. Tak więc, bez dalszych introdukcji, bo wszystko jest poniżej…

Cześć Jakubie. Drugi materiał w dorobku kapeli, to świetny powód do pogawędki, więc zaczynajmy. Początki „zespołu”, (bo wówczas jeszcze pewnie sam nie podejrzewałeś, że będzie to zespół) Jarun sięgają roku 2008. Pamiętam, kiedy lata temu, jeszcze w „erze myspace’a” Jarun funkcjonujący, jako tylko Twój projekt brzmiał zupełnie inaczej niż obecnie, znacznie bardziej folkowo i ludowo. W którym momencie w Twojej głowie narodził się koncept stworzenia tego projektu? Czy to rzeczywiście oficjalnie podawany rok 2008, a może taka muzyka „w duszy gra” Ci nieco dłużej?

Historia kapeli faktycznie zaczęła się w 2008 od mojego, bardzo luźnego, solowego projektu. Paru kawałków nagranych w dość prymitywnych, domowych warunkach. Bardziej zabawy, niż jakiegoś poważnego zamierzenia, czy nawet hobby. Ale ten 2008 to raczej data „oficjalna”, rok, w którym pierwsze nagrania ujrzały światło dzienne, pojawiła się nazwa projektu, a kilka kawałków wylądowało na, podówczas jeszcze znakomicie prosperującym Myspace. Pierwsze pomysły pojawiły się pewnie nieco wcześniej, sam zamysł chodził za mną już od dłuższego czasu, ale trudno mi już w tym momencie podać jakąś konkretna datę. Zwyczajnie nie pamiętam. Minęło sporo czasu, zanim stwierdziłem, że może jednak warto byłoby to nieco rozwinąć. Postanowiłem zamienić projekt w pełnoprawną kapelę. Zaprosiłem do współpracy kilku muzyków, w większości moich dobrych, sprawdzonych kumpli i tak narodził się Jarun. Chociaż tak naprawdę chciałem tylko nagrać materiał, który zalegał gdzieś w czeluściach komputera. Nie miałem żadnych, dalekosiężnych planów. Nie myślałem wtedy o koncertowaniu itd. Nasza pierwsza płyta – „Wziemiozstapienie” ukazała się jesienią 2012. Zaczęliśmy sporadycznie pojawiać się na scenicznych deskach, przy okazji pracując nad nowym materiałem. Trochę nam z nim zeszło, mieliśmy pewne kłopoty z nagrywaniem, miksem itp. Dlatego „Pod niebem utkanym z popiołu” ujrzało światło dzienne dopiero w maju tego roku. Wersja fizyczna krążka, nawet później, bo pod koniec czerwca.dh_featured_jarun

Odnośnie tego przedzespołowego Jarun, nie kusiło Cię nigdy, żeby podzielić się z obecnymi słuchaczami tymi „archaicznymi” początkami?

Zdecydowanie nie (śmiech). Abstrahując już od fatalnego brzmienia tych nagrań, ten rozdział w dziejach zespołu uważam za definitywnie zamknięty. Prapoczątki Jaruna były po prostu luźną zabawą, próbą zmierzenia się z muzyką, z którą nie miałem wcześniej do czynienia. Sprawiało mi przyjemność i autentyczną radość nagrywanie jakichś dziwnych instrumentów, eksperymentowanie z folkowymi melodiami, ale teraz nie chcę już do tego wracać. Nie sądzę, bym kiedykolwiek zdecydował się na upublicznienie tych nagrań, nawet gdyby miało to być jedynie ciekawostką.

Jarun nie jest Twoją pierwszą przygodą z muzyką. Wcześniej grałeś w kilku „lokalnych” kapelach, ponoć nawet próbowałeś swoich sił jako wokalista. Czy o „przedjarunowych” muzycznych przygodach też zechciałbyś coś opowiedzieć?

Zanim pojawił się Jarun, faktycznie przewinąłem się przez kilka składów. Chyba najważniejszym z nich był Archanger, zespół poruszający się gdzieś w rejonach melodyjnego death metalu, z mniej lub bardziej wyraźnymi wpływami doomowymi i thrashowymi. W Archanger oprócz funkcji gitarzysty faktycznie zajmowałem się też wokalem, ale nigdy nie byłem w tym szczególnie dobry. Nagraliśmy wspólnie dwie demówki, zagraliśmy sporo fajnych (choć głównie lokalnych) koncertów, ale niestety, w którymś momencie musieliśmy zakończyć działalność. Problemy sprzętowe, lokalowe, zmiany składu… Klasyczna historia. Podobnie wyglądała sytuacja z black metalowym Outbreak Of Evil. Z nimi też nagrałem kilka materiałów, zagrałem jakieś koncerty, po czym kapela rozpadła się na dobre z podobnych powodów co poprzednia. Ostatnią poważną próbą stworzenia czegoś sensownego był Chtonian, ale i on nie miał szczęścia. Graliśmy dość techniczny, pokręcony death metal, inspirowany m.in. Akercocke, Immolation, czy Zyklon, ale ostatecznie nie udało nam się dorobić żadnych sensownych nagrań ani nawet zebrać pełnego składu, bo ciągle brakowało nam kompetentnego basisty. Zaliczyłem jeszcze krótki epizod w heavy/thrash metalowym Stormrider, ale to akurat nie był mój projekt. Po prostu przez chwilę udzielałem się tam jako drugi gitarzysta. To w tym momencie bardzo odległe dzieje, ale wszystkie te zespoły były dla mnie kiedyś bardzo istotne. Nauczyłem się dzięki nim naprawdę wiele, rozwinąłem się jako muzyk, gitarzysta, kompozytor. No i oczywiście, przeżyłem sporo miłych chwil.

Jak już wiemy, Jarun rozpoczął swoją działalność, jako jednoosobowy projekt. Podkreślałeś niejednokrotnie, że osoby, które poprosiłeś o współpracę formując zespół nie były przypadkowe. To twoi wieloletni znajomi, przyjaciele… Jakie korzyści daje taki układ w zespole? A może nie daje żadnych? Czy uważasz, że miało by to sens, czy w ogóle Jarun mógłby istnieć jako zespół złożony z „przypadkowych” muzyków niepowiązanych żadnymi relacjami „kumpelskimi”?

Niewątpliwą korzyścią, zwłaszcza w początkowym okresie istnienia kapeli było to, że doskonale wiedziałem czego się spodziewać. Znałem możliwości ludzi, z którymi podjąłem współpracę, nie bałem się, że zawiodą, że coś pójdzie nie tak. Wiedziałem, że Meph i Rolsen (bo o nich tu mowa), to nie tylko kompetentni, doświadczeni muzycy, ale i osoby „odpowiadające” mi na gruncie towarzyskim, a to na pewno pomaga w działalności kapeli i eliminuje w większości przypadków prawdopodobieństwo wystąpienia jakichś konfliktów. Nieporozumienia oczywiście się zdarzają, ale dzięki przyjacielskim relacjom daje się je wyeliminować bez konieczności stosowania rękoczynów i wyrzucania kogokolwiek z kapeli. Pewnie z totalnie przypadkowym zestawem muzyków dałoby się stworzyć równie dobry układ, zwłaszcza od strony muzycznej, ale od samego początku chciałem by była to kapela działająca na nieco innych zasadach. Projekt nie tylko „artystyczno-biznesowy”, ale i towarzyski.

Premiera drugiej płyty to zawsze ważny krok w historii zespołu, nie tylko metalowego. Jest w pewnym sensie weryfikacją umiejętności twórczych. To także czas porównań, refleksji, podsumowań dotychczasowej działalności – zrób więc szybki bilans strat i zysków. Czy warto było „tracić czas” na zabawę w muzykę przez te 7 lat? Jak miejsce, w którym jesteś dziś, ma się do tego, o czym marzyłeś „chrzcząc” swoje dziecko imieniem Jarun?

Czasu na muzykę nigdy się nie „traci”. Osobiście nie żałuję ani chwili poświęconej na jej tworzenie. To od zawsze była moja pasja, wyjątkowo istotna część mojego życia. Coś, bez czego chyba nie potrafiłbym się już obejść. Gdy powstawał Jarun nie miałem żadnych konkretnych planów. Nawet wtedy gdy zaczął formować się stały skład i Jarun przestał być tylko moim projektem zależało mi głównie na nagraniu płyty. Nie wykluczałem nawet, że J1będzie to jednorazowa sprawa. Odzew po wydaniu pierwszego albumu przerósł nasze najśmielsze oczekiwania i siłą rzeczy rozbudził chęć na coś więcej. Patrząc na to gdzie jesteśmy w tej chwili, z perspektywy początków kapeli i pierwotnych planów, to znaleźliśmy się znacznie dalej i „wyżej” niż kiedykolwiek planowaliśmy. Ale cóż, apetyt rośnie w miarę jedzenia i teraz sądzę, że stać nas na znacznie więcej.

Na ten „ważny krok” musieliśmy czekać prawie trzy lata, choć wiem, że płyta była gotowa znacznie wcześniej, a po drodze musieliście pokonać sporo trudności. Jak te wszelkie komplikacje wpływają na pracę zespołową? Są spoiwem, które umacnia kapelę, wedle maksymy „co nas nie zabije, to nas wzmocni”, a może przeciwnie, pozostawiają trwałe rysy na wewnątrz-zespołowych relacjach? Nauczyły Was czego unikać w przyszłości?

Opóźnienie w wydaniu naszej drugiej płyty miało, niestety, niemal wyłącznie negatywne skutki. Sam materiał stracił sporo na świeżości, stał się nieco „wymęczony”. Nawet mnie samego już w żaden sposób nie ekscytuje. Cały proces mocno nas zmęczył, odebrał nieco radość z grania i co tu dużo kryć, wywołał nieco frustracji. Nie było na szczęście żadnych wewnątrz zespołowych tarć, kłótni, czy większych nieporozumień, ale i tak trochę się to na nas odbiło. No i niestety w pewnym stopniu miało chyba wpływ na decyzję naszego, byłego już basisty, Radogosta, o odejściu z zespołu. W jego przypadku „zmęczenie materiału” okazało się największe. Co do reszty to jakoś sobie z tym poradziliśmy. Rysy, nawet jeśli się jakieś pojawiły, to zasklepiły się bardzo szybko i teraz jesteśmy gotowi na nowe wyzwania. Myślę, że nauczyliśmy się po tym wszystkim naprawdę wiele. Wiemy jakich sytuacji unikać, jak przygotować się do nagrania kolejnego materiału. Nieco paradoksalnie wzrosła też nasza (a przynajmniej moja) determinacja i wola walki.

Nową płytę nagrywaliście tak jak poprzedniczkę w NS Studio, jednak miksami zajął się Gregor z lubelskiego SinMix. Nie był to pierwszy lepszy strzał, bo wcześniej sprawdzaliście możliwości kilku innych cenionych obecnie na rynku realizatorów. Czym więc „kupił” was Gregor? Czy brzmienie, które wydobył jest dla Was w pełni satysfakcjonujące? Jesteście zadowoleni z tej współpracy?

Historia miksowania tego materiału to prawdziwa epopeja. Trwało to bardzo długo i wpędziło nas w poważną nerwicę (śmiech). Początkowo miksami miał zająć się Armia, nasz realizator z NS Studio. Jednak po dłuższych zmaganiach i efektach bardzo dalekich od tego czego oczekiwaliśmy stwierdził w końcu, że to zadanie nieco go przerasta. Zostaliśmy na lodzie i wzięliśmy się za gorączkowe poszukiwania odpowiedniego człowieka, bo czas uciekał coraz bardziej a opóźnienie rosło. Faktycznie, kontaktowaliśmy się z paroma osobami, w tym również takimi, których nazwiska/ksywy są doskonale znane w podziemiu (i nie tylko). Niestety, efekty były rozczarowujące. Dopiero Gregor był w stanie zrobić coś sensownego z tym materiałem. Nie powiem żeby brzmienie, które ostatecznie udało nam się osiągnąć, satysfakcjonowało nas w pełni, ale jest najbliższe tego, czego oczekiwaliśmy. Wyciągnęliśmy wnioski na przyszłość i mam szczerą nadzieję, że taka sytuacja już się nie powtórzy. A SinMix szczerze polecam. Współpraca przebiegała bezproblemowo, a o jej efekcie można się przekonać na własne uszy słuchając naszego nowego albumu.

Debiutanckie „Wziemiozstąpienie” nakreśliło doskonale niebanalny charakter waszej muzyki. Kompozycje na nowym albumie zachowują charakterystyczne elementy, są jednak znacznie bardziej rozbudowane niż na debiucie. Czy progresywne granie znajduje się w centrum Twoich muzycznych zainteresowań? Często zdarza się również, że główną inspiracją osób tworzących muzykę określaną jako metal, są artyści całkowicie „niemetalowi”. Czy posiadasz takowych w swoich? Czy raczej jesteś wierny ciężkim brzmieniom?

Nie powiedziałbym, że jestem jakimś szczególnym maniakiem progresywnego grania. Bardzo lubię klasykę tego gatunku, od Pink Floyd, czy King Crimson, przez Jethro Tull, Hawkwind aż po Rush, ale to raczej sentymenty z młodości. Ogólnie moje muzyczne inspiracje są bardzo obszerne i gdybym miał je tutaj wszystkie wymieniać pewnie zabrakłoby na to miejsca. Wszystko zależy od nastroju chwili. Z równą przyjemnością słucham brutalnego grind core’a jak i klasycznego jazzu i wszystkiego, co pomiędzy. Czasem sięgam po klasykę, czasem po starego bluesa. Ale nie da się ukryć, że to metal jest mi najbliższy. A ze wszystkich jego odmian najbardziej jednak cenią sobie te brutalniejsze i cięższe. Trudno wskazać jakieś konkretne inspiracje, które wpłynęły na muzykę Jarun. Tak naprawdę jest tam wszystko, a w niektórych kawałkach pobrzmiewają nawet motywy nawiązujące do twórczości np. Franka Zappy, albo Maanam. Ale bardzo sprytnie je poukrywaliśmy.

O ile kompozycje na debiucie to w całości Twoja robota, tak swoistym novum na drugim albumie jest fakt, że Rolsen, drugi gitarzysta, wtrącił doń swoje trzy grosze. Czy zatem obecne muzyczne „ja” Jarun narodziło się ze związku Waszych wspólnych fascynacji muzycznych? Czy raczej mimo wszystko to nadal od początku do końca Twoja wizja?

Nowy album rzeczywiście jest znacznie bardziej kolektywnym dziełem, niż miało to miejsce w przypadku debiutu. Dwa utwory na płycie są w całości autorstwa Rolsena, w kilku innych dołożył spore fragmenty, nie wspominając nawet o tym, że wszystkie swoje partie aranżował we własnym zakresie. Ale tak akurat było również na „Wziemiozstąpieniu”. W tej chwili wygląda to tak, że to ja nadaję ogólny kształt tworowi znanemu jako Jarun, ale już treścią wypełniamy go wspólnie. Staram się pilnować obranego kierunku i nie zbaczać przesadnie z raz obranej ścieżki (chociaż małe wycieczki w tę, czy tamtą stronę są jak najbardziej wskazane), ale w jej obrębie stawiam na pełną swobodę i wszystkie pomysły, z którymi wychodzą inni członkowie zespołu są zawsze brane pod uwagę. Co nie zmienia faktu, że główny ciężar tworzenia spoczywa na moich barkach i to raczej się nie zmieni. Ale wsparcie ze strony Rolsena jest dla mnie bardzo ważne i cenne, bo to znakomity, doświadczony i kreatywny muzyk. Bez jego wkładu Jarun na pewno nie brzmiałby tak dobrze.

Tworzymy własną niszę

Tworzymy własną niszę

Nie jest chyba tajemnicą, że wychowałeś się na wsi. Nie trzeba też być Sherlockiem, aby zdawać sobie sprawę, że życie i dorastanie na wsi wykształca w człowieku inną wrażliwość niż wielkomiejski chaos (nie twierdzę, że lepszą, aby nikt nie poczuł się urażony, po prostu inną). Ową wrażliwość przemycasz do swoich muzycznych poczynań. Czy fakt ten ma związek z całą tą „folkową” otoczką Waszej muzyki? Zastanawiałeś się kiedyś, jak brzmiałby Jarun, gdyby powstał nie w zaciszu leśnych dziczy, a pośród betonowych płyt? Czy w ogóle brzmiałby?

Fakt, że dorastałem otoczony przez lasy, łąki i góry na pewno bardzo mocno na mnie wpłynął. Nie tylko jako muzyka, ale i człowieka jako takiego. Temu nie można zaprzeczyć. Czy byłbym inny gdybym dorastał w wielkim mieście? Tego nie wiem. Myślę, że pewne cechy mojego charakteru, jakaś ogólna wrażliwość jest nieco bardziej uniwersalna i nie zależy do końca od otoczenia. Jestem za to pewien, że Jarun byłby wtedy inny. Może faktycznie w ogóle by nie powstał. Może skierowałbym swoje twórcze potrzeby w jakimś innym kierunku. Ale to tylko takie gdybanie. Jarun zawsze czerpał z natury. Zarówno muzycznie jak i tekstowo najlepsze pomysły przychodziły mi zawsze do głowy podczas jakichś górskich wędrówek, czy leśnych spacerów. W otoczeniu betonu pewnie wyglądałoby to inaczej, a pomysły byłyby inne.

W kontekście Jarun pada bardzo dużo słów, ale (prócz spornego „pagan”, jednak o tym lada moment) najczęściej pojawiają się dwa, obecne już wcześniej również w naszej rozmowie: „progresja” i „folk”. Uważasz, że te właśnie elementy są najważniejsze w Waszej muzyce? A jeśli nie do końca, to co jest w niej najważniejsze dla Ciebie jako twórcy?

Jarun jest przede wszystkim kapelą metalową, czy jak kto woli, black metalową. To podstawa, szkielet, wokół którego budujemy całą resztę. Elementy zaczerpnięte z innych stylów muzycznych w naszej twórczości były, są i będą, ale to metal spaja je w jedną całość. Te wszystkie dodatki, epitety w stylu „progresja”, „folk”, czy co tam jeszcze, służą jedynie bardziej szczegółowemu opisaniu naszej muzyki, ułatwiają potencjalnym słuchaczom odnalezienie się w niej. Lubię zabawę dźwiękiem, eksperymentowanie, szukanie nowych dróg ekspresji. Gdybym miał nagrywać wciąż takie same albumy, tworzyć wciąż takie same kawałki, tylko po to, żeby zmieścić się w gatunkowych ramach, pewnie dałbym sobie spokój. Gramy metal i będziemy go grać, a zawartość dodatkowych elementów w naszej muzyce będzie się pewnie zmieniać w zależności od nastroju…

„Pod niebem utkanym z popiołu” to materiał bardziej wyrazisty niż debiut. Zdaje się, że postawiliście dużo mocniej na granie metalowe, nie odrzucając jednak całkiem obecnego gdzieniegdzie ducha „Wziemiozstąpienia”… Czy według Ciebie dobry, mocny riff to podstawa udanej kompozycji? A może po prostu chcieliście odrobinę uciec od przypinanej Wam notorycznie łatki pagan metalu, której sami nie podzielacie?

Zasadniczo, takie było założenie. Od początku chcieliśmy nagrać materiał nieco mocniejszy, ostrzejszy, a przy tym bardziej rozbudowany i w jakimś sensie progresywny. W planach było też pewne ograniczenie elementów folkowych. Myślę, że udało nam się to zrealizować, nie tracąc jednocześnie zbyt wiele z klimatu poprzedniego wydawnictwa, z tej specyficznej „jarunowej” melodyki i melancholii. A bez solidnego riffu nie obejdzie się żaden dobry, metalowy kawałek.

Zostańmy przy tym nieszczęsnym „pagan”, bo wiem, że odrobinę Cię to irytuje. Pomimo faktu, że z ideologią pagan metalu, jak już wielokrotnie wspominałeś, wam nie po drodze, nie da się odeprzeć wrażenia, że posiadasz sporą wiedzę na temat pogaństwa, czy może precyzyjniej naszych słowiańskich korzeni. Być może to, co dla Ciebie jest naturalną konsekwencją czy to wychowania (bo sama też wychowałam się na wsi i wiem, że tutaj pogańskie obrzędy i przesądy nadal żyją własnym życiem jedynie przyćmione chrześcijańską retoryką), czy zainteresowań, dla odbiorców staje się pretekstem do wyszukiwania ideologicznych teorii? Gdybyś jednak musiał powiedzieć słówko na temat ideologii, którą kieruje się Jarun w procesie tworzenia i funkcjonowania, miałaby ona jakikolwiek związek ze słowiańską duchowością? Czy jednak współczesne idee, które wami kierują, mają się do tego nijak?

Zacznijmy od tego, że łatka „pagan” bynajmniej mnie nie irytuje. Jest po prostu nie do końca trafna i może wprowadzać w błąd ludzi, którzy z naszą twórczością nie są do końca obeznani. Jak już wielokrotnie mówiłem, nie jestem, (ani też żaden z członków zespołu nie jest) członkiem jakiejkolwiek grupy rodzimowierczej, kościoła, stowarzyszenia, czy czegokolwiek w tym stylu. Jednocześnie mam wielu znajomych, którzy na tym polu aktywnie się udzielają, dla których jest to ważne, również z duchowego punktu widzenia. I doskonale to podejście rozumiem, szanuję i popieram. Wiedza na pewne tematy, w moim przypadku bierze się głównie z zamiłowania do historii i archeologii. To dziedziny, którymi pasjonuję się od zawsze. W sumie tylko przez przypadek nie zostałem „profesjonalnym” archeologiem. Nie da się również ukryć, że środowisko, w którym się wychowywałem miało spory wpływ na mój sposób odczuwania, na zaszczepienie we mnie pewnych zainteresowań i idei. Tym niemniej Jarun nigdy nie był kapelą, w pełnym tego słowa znaczeniu, „pagan metalową”. Nie piszę tekstów o dawnych bogach, nie odnoszę się bezpośrednio do dawnych kultur, folkloru i zbliżonych tematów. A to moim zdaniem, a nie muzyka jako taka, jest wyróżnikiem kapel z tego nurtu. Nie da się jednak ukryć, że tematy, które w swoich tekstach poruszam, ze względu chociażby na liczne nawiązania do natury, mają w sobie pewną dozę „pogańskości”. Ale czy jest to „ideologia”, którą się kierujemy w jakimkolwiek aspekcie działalności kapeli? Nie sądzę. Ale nie sądzę również, by kierowały nami jakiekolwiek inne, mniej lub bardziej współczesne idee. A już tym bardziej ideologie.

A skoro o wiedzy mowa była, porozmawiajmy chwilę o niewiedzy. Bo jednak często niewiedza prowadzi do ignorancji i towarzyszy chociażby błędnej klasyfikacji i przypinaniu łatek. Co jak co, żyjemy w kraju, w którym w szkołach dzieci uczą się o bogach greckich czy rzymskich, jak gdyby nasi pradawni w ogóle nie istnieli. Czy zastanawiałeś się kiedyś nad tym, co by było gdyby jednak sprawa wyglądała zgoła inaczej? Gdybyśmy od dziecka mieli możliwość obcowania z tematem? Jak sądzisz, czy wówczas tematyka pogaństwa i rodzimej wiary byłaby równie atrakcyjna i chętnie wykorzystywana choćby przez zespoły muzyczne?

Szczerze mówiąc, nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Ale jednak nie sądzę by to wpłynęło jakoś negatywnie na atrakcyjność tematu. Jest przecież całe mnóstwo kapel poruszających w swoich tekstach tematykę zaczerpniętą wprost, z wydawałoby się totalnie wyeksploatowanych, mitów greckich. Wszystko zależy od podejścia.

Zerkając na recenzje muzycznego dorobku Jarun można zauważyć porównania waszej twórczości do kapel takich jak chociażby Opeth, Agalloch czy Furia – ta przywoływana jest nader często, zostaliście nawet nazwani „folkową Furią”. Czy Twoim zdaniem tego typu porównania szkodzą zespołowi czy wręcz przeciwnie, dają słuchaczom pewnego rodzaju drogowskaz w poszukiwaniach interesujących bandów? Denerwują, czy bawią? Uważasz, że Jarun jest zespołem oryginalnym i wolnym od wpływów?

Zupełnie nie mogę zgodzić się z takimi opiniami i porównaniami. Nazwy, które przywołałaś, cóż znam i nawet lubię, (chociaż np. z twórczością Agalloch zatknąłem się po raz pierwszy całkiem niedawno, już właściwie po powstaniu większości materiału na „Pod niebem…”, a Furia zdołała mnie do siebie jakoś przekonać dopiero ostatnim albumem), ale absolutnie nie mają one wpływu na naszą muzykę i zdecydowanie nie zaliczyłbym ich do naszych inspiracji. Do Furii porównują nas zresztą , jak słusznie zauważyłaś, od samego początku, ale jedyne podobieństwa jakie ja jestem w stanie wyłapać to fakt, że gramy black metal z polskimi tekstami. Ciekawe, że nikt nigdy nie wymienia kapel, które naprawdę w jakimś tam stopniu mnie inspirują (chociaż bardziej na zasadzie podejścia do muzyki, niż konkretnych dźwiękowych zapożyczeń). Od Enslaved, Primordial, czy Negura Bunget, po Led Zeppelin i Pink Floyd… długo by wymieniać. Rozumiem, że takie porównania są potrzebne, zarówno recenzentom, jak i potencjalnym odbiorcom, żeby jakoś to sobie zaszufladkować, łatwiej się odnaleźć, ale na dłuższa metę są szkodliwe. Nie twierdzę, że Jarun jest jakimś niewiarygodnie oryginalnym zespołem. Trudno jest tworzyć muzykę utrzymującą się w gatunkowych ramach i uniknąć mniej, lub bardziej świadomych wpływów. Sądzę jednak, że w obrębie (przynajmniej polskiej) sceny jesteśmy na swój sposób unikatowi. Unikamy modnych trendów, nie gramy ani wesołego folk metalu z przytupem, ani nowoczesnego, „kapturowego” blacku, jak obecnie co druga kapela w tym kraju. Tworzymy własną niszę i zamierzamy ją w miarę możliwości poszerzać. Skutkuje to pewną alienacją, ale cóż, jeśli taka jest cena oryginalności, to chętnie ją zapłacimy.Jarun-band

Obie płyty Jarun zyskały uznanie słuchaczy i recenzentów. Czy pozytywny wydźwięk tych materiałów pozwolił Wam w zdecydowany sposób wyrwać się z kręgu sceny lokalnej? A skoro już jesteśmy przy odbiorze waszej muzyki. Jakie opinie docierają do Ciebie najczęściej? Czy są to same pochlebstwa? A może komuś wyjątkowo nie przypadliście do gustu? Czy słyszałeś/czytałeś jakieś określenia, porównania, które cię czy to rozbawiły, czy może nawet zirytowały? Jaki wpływ ma „feedback” słuchaczy na Waszą twórczość? Czy w ogóle ma jakiś?

Reakcje na nową płytą są zasadniczo bardzo pozytywne, ale i też znacznie bardziej zróżnicowane niż w przypadku debiutu. „Wziemiozstąpienie” było płytą stosunkową prostą i w sumie łatwą w odbiorze, dlatego szybko zyskało sobie spore grono oddanych zwolenników. Z nowym krążkiem jest nieco inaczej. Jest trudniejszy, bardziej różnorodny, skomplikowany formalnie, stąd opinie są bardzo różne. Często naprawdę skrajne. Jedni twierdzą, że jest zbyt długi, inni dla odmiany, że zbyt krótki. Dla jednych jest zbyt zróżnicowany, dla innych zbyt monotonny, jedni brzmienie chwalą, inni ganią itd. Również poszczególne utwory wzbudzają skrajne emocje. Kawałki, które dla niektórych są najlepsze na płycie inni uważają za słabsze, a czasami wręcz zbędne. Zetknąłem się już z dziesiątkami opinii i chyba żadne z nich się nie pokrywały. Oczywiście pojawiały się też słowa krytyki, czasami nawet dosyć surowe, ale jeśli były rzeczowe i sensowne, to absolutnie nie brałem ich do siebie. Wyjątek czynię jedynie dla pojawiających się czasem (na szczęście, bardzo, bardzo rzadko) opinii ze strony kompletnych ignorantów i ”hejterów”. Przyznam szczerze, że irytuje mnie, gdy za recenzowanie płyt biorą się osoby niemające zielonego pojęcia o muzyce, a przy tym władające raczej marnym piórem. Cierpią na tym zarówno oceniani przez nich twórcy, jak i czytelnicy, którzy muszą czytać takie, marnej jakości, dzieła. Dzięki jednemu z takich „autorów” dowiedzieliśmy się np. że gramy dark gothic metal. Na szczęście, takich opinie to absolutny margines. Opinie słuchaczy i recenzentów oczywiście mają dla nas znaczenie, nie ignorujemy ich i nie przechodzimy nad nimi do porządku dziennego, ale na pewno nie zamierzamy się nimi sugerować przy tworzeniu kolejnych materiałów. Gramy swoje, a że nie robimy tego raczej dla pieniędzy możemy sobie pozwolić na artystyczna niezależność.

Nowy materiał, podobnie jak debiut, ubraliście w bardzo gustowny i prosty w formie layout. Dwoista kolorystyka, swoisty minimalizm… Jesteście zwolennikami czystej formy czy może taka, a nie inna prezentacja graficzna ma na celu, na zasadzie kontrastu, uwydatnić różnorodność muzyki Jarun?

Wygląd okładki naszego nowego wydawnictwa oczywiście nie jest przypadkowy. Podobnie jak w przypadku oprawy graficznej „Wziemiozstapienia”, czy chociażby logówki, dążyliśmy do tego aby osiągnąć odpowiedni efekt, przy użyciu możliwie skromnych, niemal ascetycznych środków. Być może faktycznie, podświadomie chcieliśmy zrównoważyć w ten sposób, dla odmiany, mocno rozbudowaną i wielowarstwową stronę muzyczną albumu. Myślę, że w przyszłości również będziemy się trzymać zbliżonego stylu graficznego. Lubię czystą formę. Motywy, które przez swoją wieloznaczność, dają do myślenia i pozostawiają szersze pole do interpretacji.

Właśnie, layout. Jego twórcą jest Wasz były już basista – Radogost. Czy jego odejście z kapeli będzie oznaczać zmianę grafika na ewentualnych przyszłych wydawnictwach, a może w tej kwestii zamierzacie pozostać we współpracy?

Prawdę mówiąc, nie zastanawiałem się jeszcze nad tym. Wiem tylko, że chciałbym, jak już wspomniałem, utrzymać styl graficzny obecny na poprzednich wydawnictwach, dlatego całkiem możliwe jest, że znów poproszę o pomoc naszego byłego basistę. Radogost nie jest profesjonalnym grafikiem, ale radzi sobie znakomicie, a co najważniejsze jest bardzo kreatywny. Póki co połączenie naszych wizji dawało bardzo dobre rezultaty i liczę na to, że i w przyszłości też tak będzie, zwłaszcza, że nadal utrzymujemy bliskie kontakty (nie tylko ze względu na łączące nas pokrewieństwo).

Jeszcze słówko o zmianach personalnych. Miejsce Radogosta zajął Dawid grający wcześniej w zaprzyjaźnionej krakowskiej kapeli Formosus. W tym też zespole, zanim zasilił wasze szeregi po rozstaniu z Radoslavem, bębnił Pazera – wasz obecny perkusista. Jak oceniasz te zmiany? Czy uważasz, że zmiany w zespole są motorem rozwoju, powiewem świeżości, a może jedynie niemiłą koniecznością? Jak w Twoim odczuciu zmienił się Jarun wraz z wymianą pałkera i basisty?

Nie przepadam za zmianami i wolałbym ich uniknąć, niestety, okoliczności sprawiły, że stało się tak a nie inaczej. Takie sytuacje są zawsze trudne dla zespołu, nawet jeśli na dłuższą metę przynoszą czasem korzyści. Tak było ze zmianą na stanowisku perkusisty. Przez dłuższy czas sytuacja w zespole wyglądała dość nieciekawie. Zobowiązania Radka wobec innych kapel, w których się podówczas udzielał sprawiały, że nie mógł nam poświęcić wystarczającej uwagi. Działalność zespołu dość mocno na tym ucierpiała. Musieliśmy odrzucić sporo ciekawych propozycji koncertowych itp. Mimo to, gdy w końcu nasze drogi się rozeszły bynajmniej nie odczułem ulgi. Na szczęście, okazało się, że dość szybko znaleźliśmy zastępstwo, a co więcej nowy perkusista znakomicie wpasował się w zespół, zarówno na gruncie muzycznym jak i personalnym i bardzo wiele do niego wniósł. W tym momencie wzajemna współpraca układa nam się znakomicie. Jeśli chodzi o zmianę na stanowisku basisty, to w tym momencie jeszcze ciężko ocenić, jakie przyniosła skutki, bo to wciąż zbyt świeża sprawa. Mogę jedynie powiedzieć, że decyzja Radogosta o odejściu z zespołu była dla nas wszystkich trudna do przełknięcia, bo stanowił on bardzo ważny element całości i z wielu względów będzie nam go brakowało.

Ważnym elementem waszej muzyki są także teksty, których jesteś autorem, podobnie jak miało to miejsce na debiucie. Moim zdaniem mają one duży wpływ na dodawanie do Waszej muzyki przywoływanego już wielokrotnie określenia „folk”. Mnóstwo w nich odniesień do natury, która jest punktem wyjścia do lirycznych opisów bardzo osobistych spostrzeżeń i emocji. Mnóstwo w nich smutku, nostalgii, śmierci… Nie pierwszy raz powtórzę, że pisanie w ojczystym języku jest niezwykle trudne, gdyż łatwo można popaść w banał. W Twoich tekstach banału nie uświadczymy. Czy dla Ciebie to „tylko” teksty, czy już wiersze? Powstają w bólach, a może w chwili natchnienia?

Dziękuję za miłe słowa. Wiem, że wiele osób ma na ten temat odmienne zdanie, ale dla mnie to zawsze są tylko (albo aż) teksty. Nie piszę wierszy, nie uważam się za poetę i nie sądzę żebym był postrzegany w ten sposób. Teksty Jarun są integralną częścią muzyki i moim zdaniem nie obroniłyby się bez niej. Nie jestem natchnionym twórcą, artystą słowa. Jestem muzykiem. Teksty pełnią więc niejako rolę służebną wobec muzyki i zawsze powstają po niej. Są jej dopełnieniem i w pewnym sensie „wzmacniaczem” przekazu. A powstają w bardzo różny sposób, niektóre przychodzą lekko, są owocem „natchnienia”, inne wymagają wysiłku i sporego nakładu czasu. Tak czy inaczej niemal nigdy nie jestem z nich zadowolony i ciągle coś poprawiam, co czasem mocno irytuje naszego wokalistę.

„Pod niebem utkanym z popiołu” to początek współpracy Jarun z Unquiet Records. Jaki zakres ma ten deal, bo materiał początkowo mieliście wydać własnym sumptem? Uważacie, że dziś kontakt z wytwórnią jest konieczny by zespół mógł się rozwijać? Jak doszło do Waszej współpracy i czy jest ona dla Was satysfakcjonująca?

Układ z Unquiet jest bardzo prosty. Wytwórnia wsparła nas finansowo przy produkcji płyty, a w zamian część nakładu trafiła do jej wyłącznej dystrybucji. Poza tym, oczywiście możemy liczyć na wsparcie marketingowe itp. Tak, czy inaczej zdecydowana większość ciężaru, jeśli chodzi o wszelkiego rodzaju kwestie organizacyjne wciąż spoczywa na naszych barkach. Tak naprawdę niewiele więcej da się na ten temat powiedzieć. Do współpracy doszło w sumie przypadkiem. Nie szukaliśmy wydawcy i płyta faktycznie miała się ukazać wyłącznie naszym sumptem, ale gdy Tytus z Unquiet wyraził swoje zainteresowanie i zaproponował wsparcie, stwierdziliśmy, że nic nie stoi na przeszkodzie. To bardzo „kumpelski” układ, za którym nic szczególnego się nie kryje. Nie wiem co przyniesie przyszłość, dużo zależy od tego jak będą postępować prace nad nowym albumem. Prawdopodobnie będziemy szukać większego wydawcy, spróbujemy trafić do szerszego grona odbiorców. Ale to wciąż póki co dosyć luźne plany.

Jarun nie jest zespołem hiperaktywnym koncertowo, niestety. Zagraliście co prawda trochę dobrych koncertów, ale nadal są to głownie rejony południowej Polski i ewentualnie naszych południowych sąsiadów, a przecież sporo fanów z innych rejonów kraju niecierpliwie czeka, aby zobaczyć, co zespół reprezentuje na żywo. Wiem, że dostajecie sporo propozycji koncertowych, niedawno padła taka nawet odnośnie wspólnej trasy z cenionym polskim zespołem, co więc stoi na przeszkodzie, że te wszystkie plany koncertowe odchodzą w niebyt?

To prawda. Nasza działalność koncertowa jest póki co dość mocno ograniczona. Nie wynika to bynajmniej z naszej niechęci do grania na żywo, ale raczej z ciągłych, niefortunnych splotów okoliczności. Otrzymujemy dość regularnie propozycje koncertowe, które z takich czy innych powodów, częstoJ2 nie dochodzą do skutku. Niestety, wszyscy członkowie kapeli mają poważne zobowiązania poza zespołowe, zarówno zawodowe jak i rodzinne i czasami ciężko jest nam wygospodarować czas i znaleźć wolne terminy. W tej chwili usilnie pracuję nad tym, by ta sytuacja uległa zmianie, Planujemy rozszerzyć naszą działalność sceniczną, być może zorganizować jakąś poważniejszą trasę. Chcemy również popracować nad oprawą i ogólnie stroną wizualną naszych koncertów. Mam nadzieję, że będziecie się mogli o tym przekonać już wkrótce.

Cóż, wypada powoli kończyć naszą rozmowę. Powiedz zatem, jakie są plany Jarun na najbliższy czas? Myślicie już o następczyni „Pod niebem…”, czy zamierzacie bardziej skupić się na promocji tego albumu? Gdzie będziemy mogli Was zobaczyć w najbliższym czasie? Dziękuję za pogawędkę, życząc oczywiście wszelkiej pomyślności.

Następny materiał powoli powstaje. Kilka utworów nabrało już całkiem konkretnych kształtów a cały czas pracujemy nad kolejnymi. Bardzo chcemy żeby następna płyta ukazała się w przyszłym roku. Ale nauczony doświadczeniem z ostatnim krążkiem, niczego nie obiecuję, ani nie podaję konkretniejszych terminów;) W planach mamy też zintensyfikowanie działalności koncertowej i pojawienie się w paru miejscach, w których nas jeszcze nie było, chociaż akurat jesień zapowiada się raczej spokojnie. Kolejny raz na scenicznych deskach pojawimy się dopiero 5 grudnia w Rzeszowie, razem z Saltus i Abusiveness. Bardzo dziękuję za te życzenia, za ciekawe, niebanalne pytania, no i oczywiście za dotychczasowe wsparcie z Waszej strony.

Rozmawiała: Justyna Bochenek

Zdjęcia: Archiwum zespołu